14:27
ocena: +5+x

Parę dni temu zaatakował nas oddział Niemiecki. Wiedzieli gdzie jesteśmy. Działali zbyt szybko aby mógł to być atak patrolu. Była godzina 14:37. Próbowaliśmy się bronić, ale element zaskoczenia wymusił na nas wycofanie się. Straciliśmy dwóch ludzi. Zostawiliśmy dużo uzbrojenia, w tym dwa karabiny MG-42. Ledwo ich zgubiliśmy. Postanowiliśmy poprosić inny oddział o wsparcie, a następnie spróbować odbić kryjówkę, zabrać sprzęt i zmienić miejscówkę.

Następnego dnia, we wtorek, z oddziału południowego otrzymaliśmy wsparcie w postaci 3 partyzantów. O godzinie 10:17 podkradliśmy się pod kryjówkę. Znaliśmy dobrze jej punkty obronne, wiedzieliśmy jak ją skutecznie zaatakować. Czekali z otworzeniem ognia, chcieli żebyśmy bliżej podeszli. Za ten czas wkradliśmy się bocznym wejściem. Nikt nie czekał. Było pusto. Następną godzinę spędziliśmy na przeszukiwaniu budynku i okolic. Nic nie było zabrane, zaminowane lub uszkodzone. Wszystko było na swoim miejscu. Nawet dokumenty. Zabrali jedynie ciała swoich towarzyszy.

O 14:37 znowu nas zaatakowali, podobnym oddziałem. Tym razem byliśmy gotowi, udało nam się ich odeprzeć. Wysłaliśmy pościg, nie udało nam się jednak ich znaleźć. Gdy wracaliśmy, nie było ciał. Nikt nie widział kogokolwiek, aby je sprzątał. Nikt tego nie zrobił. Uznaliśmy wtedy że winne tego są wściekłe psy, bądź też inne zwierzęta. Cichy był ranny. Chciałem wyjąć mu kulę. Nie było jej. Nie było dziury wylotowej.

Środa. Byłem wśród wysłanych po zapasy. Gdy wracaliśmy z koszami jedzenia spotkaliśmy oddział niemiecki. Też 12 żołnierzy. Byliśmy na tyle daleko, by nas nie zauważyli. Równo z nimi podkradliśmy się pod kryjówkę, a następnie otworzyliśmy do nich ogień. Pierwotnie chciałem pobiec wcześniej do chłopaków aby ich ostrzec, ale było to ryzykowne. I tak sami zorientowali się, że znów nas atakują. Kucając za drzewem wciągnąłem powietrze, wycelowałem w pierś nazisty i nacisnąłem spust. Złapał się za pierś i, ciągle wpatrzony w jakiś punkt przed nim, upadł. Gdy przeładowywałem zobaczyłem, jaką godzinę pokazuje mój zegarek. 14:37. Nim zrozumiałem, zabiłem jeszcze dwóch. Szybko odparliśmy ich atak. Tym razem bez strat. Zebraliśmy od nich broń i amunicję, zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego każdego dnia nas atakuje taki sam oddział, o tej samej godzinie. Dlaczego nie większy? Dlaczego ciągle o tej samej godzinie? Uzupełniłem magazynek mojej 98-ki i wszedłem do kryjówki aby naradzić się, co zrobić z ciałami. Omal nie zderzyłem się w drzwiach z Frankiem. "Broń zniknęła" powiedział. Odwróciłem się. Ciała również.

Wczoraj, o godzinie 14:30 zaczailiśmy się w okolicy kryjówki. Wejścia do niej zaminowaliśmy. O 14:37 eksplozja pułapki zabiła 4 Niemców, pozostałych 8 zastrzeliliśmy. Nie podchodziliśmy, nie spuszczaliśmy z ciał oczu. Minęło kilka minut, niektórzy poszli na zwiady. Ja zostałem z Cichym. Paląc papierosa poczułem, jak pali mnie w wargi, odrzuciłem go więc gwałtownie, instynktownie spoglądając w dół. Gdy uniosłem głowę, ciał nie było. Spojrzałem na Cichego. "Mrugnąłem i zniknęły". Uwierzyłem mu.

Dzisiaj, o godzinie 7:52 spotkaliśmy stojący oddział niemiecki w lesie. Obserwowaliśmy ich 15 minut, żaden się nie poruszył. Ktoś rzucił kamieniem w krzaki, i to nie wywołało reakcji. Strzeliłem w powietrze, bez następstw. Przeładowałem i ruszyłem w ich kierunku. Dotknąłem jego szyi ręką, była ciepła, bez pulsu ale ciepła. Dotknąłem jego szyi nożem. Pociągnąłem ostrzem. Z przeciętej skóry zaczęła lecieć strumieniem jasna krew. Żołnierz nie zmrużył oczu. Nie zmruży aż do 14:27. Wtedy jego rana na szyi zniknie, a on sam ruszy w drogę z resztą oddziału, ruszy w kierunku naszej kryjówki, by iść tam 5 minut. Przeszukaliśmy miejsca, gdzie stali. Nic nie znaleźliśmy. Ruszyliśmy do kryjówki. Odpalając papierosa odwróciłem się. Moja dłoń odruchowo powędrowała do broni, gdy zobaczyłem 12 Niemców, gotowych do marszu. Uspokoiłem się.

Nie było godziny 14:27.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported