Prospekt Luksemburg 17
ocena: +4+x

Maria Aleksiejewna Durowa w końcu zaczęła czuć się jak w domu w swoim nowym mieszkaniu przy Prospekcie Luksemburg 17 w Leningradzie.

Ona i jej mąż Stanisław wprowadzili się nieco ponad trzy miesiące temu. Po latach mieszkania w rejonie Puszkinskim, Maria potrzebowała trochę czasu, aby przyzwyczaić się do nowego otoczenia. Powoli zaczynała przyzwyczajać się do możliwości wyciągnięcia rąk bez uderzania o otynkowane tekturowe ściany. Każdej nocy budziła się, oczekując nieobecnego stukotu butów robotników wracających z nocnych zmian.

Budynek był kiedyś posiadłością arystokratycznego rodu, który uciekł z niej lub którym została ona wywłaszczona. "Pewno jakiegoś kniazia", jak wyjaśnił urzędnik Komisji Mieszkaniowej, nie podnosząc nawet wzroku.

Luksusowy wygląd zewnętrzny przeczył skromnemu wnętrzu gmachu. W głównym holu wisiał kryształowy żyrandol, a z sufitu zwisała pojedyncza żarówka. Wzory na gołej drewnianej podłodze ujawniały miejsca, w których kiedyś znajdowały się wystawne dywany. Pokoje niegdyś służące do gry w bilarda lub rozmów po kolacji były teraz podzielone, aby mogły pomieścić trzy lub więcej rodzin.

Były też inne niedogodności. Trzy piętra wspinaczki, żeby dostać się do mieszkania. Drewno do pieców znajdowało się dwa piętra pod kuchnią, w piwnicy. No i oczywiście skrzypienie charakterystyczne dla wszystkich starych domów.

Marii to jednak nie przeszkadzało. Postrzegała te braki jako aspirację. Żyrandole i kryształowe kieliszki do brandy będą pewnego dnia wspólną własnością wszystkich. Do tego czasu, cóż, mogła przynajmniej rozprostować ramiona i nie uderzyć w ścianę.

Identyfikator podmiotu: SCP-83184

Klasa podmiotu: Euclid

Pierwsze zaginięcie przy Prospekcie Luksemburg 17 przeszło niemal bez echa.

Maria nigdy nie poświęcała Wasilijowi zbyt wiele uwagi. Kształtny mężczyzna o wiecznie obojętnym wyrazie twarzy był na tyle niepozorny, że znikał w tle, gdy tysiące innych drobnych życiowych spraw brało górę. Rozmawiali kilka razy, ale nigdy na tematy inne niż drobne życiowe błahostki. Bywał na zebraniach komunałki, ale zawsze głosował zgodnie z większością. Zupełnie niewyróżniająca się persona. Gdyby nie jego częste charakterystyczne ataki świszczącego kaszlu, Maria być może zupełnie by o nim zapomniała.

Dopiero po kilku dniach ciszy w kamienicy, Maria zdała sobie sprawę z jego nieobecności. Zapytała Oksanę, z rodziny na dole, gdzie Wasilij wyjechał na wakacje. Oksana wpatrywała się w nią przez chwilę, po czym potrząsnęła głową. Maria od razu zrozumiała.

Przyszli jacyś ludzie z NKWD, policji czy czegokolwiek innego i zapukali do drzwi Wasilija. Poprosili, żeby poszedł z nimi i odpowiedział na kilka pytań. Więc poszedł z nimi, a teraz nie było już Wasilija.

Żywy, martwy czy też gdzieś pomiędzy, nie było sensu już wspominać o ich byłym sąsiedzie.

Istotnie, wszyscy zrozumieli, że mówienie o nim lub nawet myślenie o nim może przynieść tylko tragedię. Niewyróżniająca się persona zapadła się pod ziemię, jak gdyby nigdy nie istniała.

Tydzień później mieszkanie Wasilija zostało opróżnione i wprowadziła się do niego para emerytów. O Wasiliju się nie mówiło.

Specjalne Czynności Przechowawcze: Jedna instancja SCP-83184 ma być przechowywana w zewnętrznej komorze w Ośrodku 287.

Dwa tygodnie później Katarzyna zniknęła z Prospektu Luksemburg 17.

Maria wracała do domu z pracy w centrali telefonicznej, narzekając na to, że jej mieszkanie znajduje się na trzecim piętrze. Zobaczyła, że ktoś puka do drzwi Katarzyny na drugim piętrze. Maria dostrzegła tylko zgarbionego mężczyznę w płaszczu, odwróconego do niej plecami.

Następnego dnia Katarzyny nie było przy stole śniadaniowym. Marię przeszedł dreszcz. W krótkim czasie jej znajomości z Katarzyną, obie zdążyły się szybko zaprzyjaźnić, wymieniając między sobą niewybredne dowcipy przy herbacie i kaszy.

Bycie blisko z kimś, kto zniknął, nigdy nie było dobre. Inni mieszkańcy kuchni rzucali Marii ukradkowe spojrzenia i odpowiadali zdawkowo na jej pytania.

Tej nocy Staszek próbował ją pocieszyć, gdy leżeli w łóżku.

– Jeśli jest niewinna, na pewno ją wypuszczą. Oboje wiemy, że nie zrobiłaś nic złego. Nie masz czym się martwić – powiedział mężczyzna.

Miał drżący głos, jakby starał się w przypływie chwili wymyślić co jej powiedzieć.

Wszystkie instancje SCP-83184 na wolności mają zostać zlikwidowane poprzez spopielenie po wstępnym zabezpieczeniu przez Mobilną Formację Operacyjną Omicron-37 ("Sjigateli Rukopisey").

Do następnego zniknięcia pod adresem Luksemburg 17 doszło jeszcze zanim mieszkanie Katarzyny otrzymało nowego lokatora.

W harmonogramie Marii weekendy wypadały w czwartki. Mieszkanie było wtedy zawsze puste, poza nią i Tatianą, która zostawała z dwójką swoich maluchów. Maria ceniła sobie tę względną ciszę.

Siedziała w salonie, próbując zapamiętać swoje kwestie do skeczu, do którego została zgłoszona. Miała zagrać rolę pechowej rozmówczyni, której połączenia były wielokrotnie przerywane z powodu biurowych wygłupów.

– Czy was już zupełnie postradało? – powiedziała do siebie. – Dzwoniłam już pod trzy różne numery i żaden nie odpowiadał!

Nagle z korytarza rozległo się pukanie. Trzy stuknięcia. Mocne. Oficjalne. Maria podskoczyła, po czym zdała sobie sprawę, że to nie jej drzwi.

Przez chwilę siedziała nieruchomo, niepewna, co robić. Potem, niemal bez zastanowienia, wstała i podeszła do drzwi. Uchyliła je odrobinę.

Wystawiając swoją głowę z nich, Maria mogła dostrzec postać kobiety w długiej spódnicy stojącej przed drzwiami do domu Żyrowów. Po chwili drzwi otworzyły się i Tatiana stanęła w progu.

Para zaczęła rozmawiać, zbyt cicho, żeby Maria mogła cokolwiek zrozumieć. Tatiana skinęła głową, po czym potrząsnęła nią. Druga kobieta wskazała na schody. Tatiana ponownie potrząsnęła głową, po czym zamknęła drzwi.

Zanim Tatiana zdążyła zamknąć drzwi, coś wystrzeliło w jej stronę z klatki piersiowej drugiej kobiety. Pojawiło się tylko na chwilę. Maria usłyszała miękkie uderzenie. Nie potrafiła określić kształtu tego czegoś, poza tym, że miało kolor zaczerwienionej blizny.

Tatiana przewróciła się, uderzając lekko o starą drewnianą podłogę. Zamiast próbować jej pomóc, kobieta podeszła do leżącego ciała.

Gdy kobieta weszła do mieszkania, Maria zobaczyła krew na ścianie. Kawałki mózgu i kości pokrywały wyblakły róż tapety w paisley.

Ponownie spojrzała w stronę Tatiany. Wyglądała, jakby oderwano jej połowę głowy. Szarość i szkarłat mieszały się z brązem jej włosów. Krew zaczęła zbierać się wokół jej ciała.

Maria zamarła, nie wiedząc co robić. Jak to wszystko przyjąć.

Usłyszała dźwięk uderzenia, tym razem nieco przytłumiony. Potem kolejny kilka sekund później. Jej myśli powędrowały ku dwójce małych dzieci Tatiany, Nikołajowi i Jewgienijowi. Musiała zagryźć kciuki, żeby nie krzyknąć.

Kilka sekund później kobieta wyszła, odwracając się od Marii w kierunku schodów. Maria zatrzymała się na chwilę. Cokolwiek widziała, nie było to normalne.

Musiała dowiedzieć się kto to był, przynajmniej dla dobra Tatiany. Wypychając wszystkie myśli z umysłu, cicho pchnęła drzwi i wyszła z mieszkania.

Kobieta zniknęła w dół schodów. Maria ruszyła za nią w pewnej odległości, wtulając się w ściany krętych schodów. Klęła cicho, wciąż nie mogąc dostrzec rysów kobiety przez listwy balustrady.

Zeszła na drugie piętro, potem w dół do pierwszego, aż kobieta znalazła się na półpiętrze. Dopiero wtedy, gdy kobieta szła po płaskiej powierzchni, Maria to zauważyła. Kobieta nie stawiała kroków. Nie chodziło o to, że nie podnosiła stóp — jej nogi były całkowicie nieruchome.

Maria pochyliła się do przodu, żeby zobaczyć lepiej. Z pewnością jej się tak tylko wydawało.

Schody skrzypnęły. Kobieta odwróciła się w stronę Marii. Nie zrobiła tego z zaskoczeniem, ale nieśpiesznie i z opanowaniem.

Maria zacisnęła dłoń na ustach i schyliła się, mając nadzieję, że jakimś cudem nie została zauważona. Próbowała recytować modlitwy, których kiedyś nauczył ją dziadek, ale gubiła się w cichych słowach.

Jej oddech był płytki, gdy czekała, wpatrując się pustym wzrokiem w ścianę i wzór paisley na niej. Miała nadzieję, że ta kobieta — to coś — jej nie zauważyło. Chciała uciec, ale czuła w kościach, że byłoby to z góry skazane na porażkę.

Ze względu na geometrycznie rosnące zapotrzebowanie na pożywienie przez instancje SCP-83184 po wielokrotnym żywieniu, instancje powinny być zasiedlane przez personel Klasy D tylko wtedy, gdy współpraca jest niemożliwa do osiągnięcia w żaden inny sposób.

Co zrobić z ciałem? Ciałami. Nie. Szybko wyrzuciła tę myśl z głowy.

Co miałaby powiedzieć policji? Że jakaś istota zamordowała ich mięsnymi ostrzami? Że po prostu usłyszała jakieś zamieszanie? Była jedyną osobą w budynku. Na pewno by jej uwierzyli. Może stwór złoży kolejną wizytę.

Mogłaby wysprzątać to mieszkanie. Wyszorować ściany, umyć podłogi. Wytrzeć łóżeczka dzieci. Zadrżała. Nie. Ale co by to dało?

Łazar, pomyślała Maria. Mąż Tatiany. Był w pracy. Miał prawo wiedzieć, zamiast wracać do domu i… Zadrżała.

Telefon komunałki znajdował się w kuchni, na pierwszym piętrze. Maria zbiegła po schodach. Wzdrygała się przy każdym skrzypnięciu drewna.

Czy telefon zawsze był tak daleko? Czy schody były tak długie? Rozmyślała nad tym. Po tym, co wydawało się wiekami, Maria w końcu dotarła do telefonu. Nie spuszczając wzroku z drzwi, podniosła słuchawkę i poprosiła o połączenie z biurem Łazara w cementowni.

Gdy zadzwonił telefon po drugiej stronie, Maria poczuła, jak ściska jej się żołądek. Chciała, żeby Łazar lub ktoś — ktokolwiek — odebrał. W końcu odezwał się głos z drugiej strony.

– Dzień dobry – odezwał się głos na drugim końcu. Maria odetchnęła z ulgą, gdy rozpoznała poważny głos Łazara.

– Wracaj do domu szybko! – wykrztusiła. – Tatiana… Ona… Musisz tu przyjść.

– Zaraz będę – powiedział, po czym połączenie się urwało.

Maria usiadła, wpatrując się w kuchenne okno. Jej lewa noga poruszała się ciągle nerwowo w górę i w dół.

Zegar nad drzwiami tykał i wydawał dzięki w rytmie, którego nie rozumiała. Dom jęczał i trzeszczał. Stukała palcami o blat.

A co jeśli to coś znowu tu przyjdzie? Szybko wyrzuciła tę myśl z głowy.

Herbata! Pomyślała nagle. Łazar będzie potrzebował herbaty, kiedy się dowie. W ten sposób będzie mogła się na coś przydać. W jednej chwili wstała i zaczęła krzątać się po kuchni. Cegła herbaciana. Czajnik. Woda do zagotowania.

Maria zatrzymała się. W piecu nie było drewna. Spojrzała. Na stosie zostało tylko kilka ostatnich belek. W tym tygodniu to nie była jej zmiana. Ale musiała wyjść z kuchni. Miała okropne przeczucie, że to coś może czaić się na ulicy i tylko czekać, aż się pokaże.

Pognała do piwnicy, biorąc pudełko zapałek po drodze.

Wyciągając świecę z jej miejsca spoczynku na szczycie schodów, Maria zapaliła zapałkę i ruszyła w dół. Ciemność piwnicy zdawała się pochłaniać całe światło. Każdy stopień skrzypiał pod jej ciężarem.

Kobiety z komunałki niemal codziennie schodziły do piwnicy. W poszukiwaniu drewna, słoików z kiszonymi burakami czy jakiś szmat po poprzednim właścicielu. Każdej wiosny sprzątały ją nawet razem wraz z całą resztą budynku. A mimo to piwnica była wiecznie pełna pajęczyn i kurzu.

Maria przeklinała architekta, który zaprojektował ten budynek. Piwnica była znacznie większa, niż powinna być, a stos drewna został umieszczony w najdalszym punkcie od schodów. Na każdej ścianie znajdowało się pół tuzina różnych drzwi, wszystkie prowadziły donikąd. Katarzyna wyjaśniła jej, że były to kryjówki kochanek, w których pani domu je po kolei zamykała.

Mimo wszystko było to lepsze niż myśl, że kobieta stąd nie wróci.

Po co najmniej minucie marszu Maria usłyszała dźwięki. Zatrzymała się. Był to słaby dźwięk buczenia. Wytężyła swój słuch. Jakby śpiew. Albo krzyk.

Zrobiła kilka kroków do przodu, cementowa podłoga była zimna dla jej nagich stóp. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Dochodził ze ściany. Nie, zdała sobie nagle sprawę, z jednych z drzwi.

Zbliżyła się do nich. Gdy tylko podeszła bliżej, usłyszała go wyraźnie, jakby był obok niej. Jęk. Brzmiał jak jakiś język, ale nie mogła go rozpoznać. Głosy, które wydawały ten dźwięk były szorstkie, jakby mężczyzna próbował krzyczeć przez zdarte gardło. Wyciągnęła rękę, żeby przekręcić klamkę. Musiała zobaczyć, co jest w środku.

Dłoń dotknęła jej ramienia. Maria krzyknęła i prawie się przewróciła. Ręka ją jednak podtrzymała. Podniosła wzrok i zobaczyła Łazara. Jego twarz była poważna.

– Maria – powiedział. – gdzie jest Tatiana?

Maria potrzebowała chwili, żeby powrócić do rzeczywistości. Śpiew zniknął. Pozostał tylko zwykły jęk domu.

– Ona… – zaczęła.

– Przeszukałem dom wzdłuż i wszerz – przerwał jej. – gdzie ona jest?

– Nie – odpowiedziała Maria. Zaczęła prowadzić Łazara po schodach, ciągnąc dużego mężczyznę za rękę. – Nie, nie, ale przecie- ale przecież.

Zaprowadziła Łazara na górę, do mieszkania, w którym znajdowały się ciała.

Ale ciał już tam nie było.

Nie było krwi. Nie było mózgu, kości ani kawałków wnętrzności. Były tylko otwarte drzwi prowadzące do nieskazitelnie czystego mieszkania.

– Gdzie. Jest. Nikołaj i Jewgienij? – powtórzył Łazar. Panika była słyszalna w jego głosie.

– Była tutaj, przysięgam, a potem ktoś zapukał do drzwi.

Na twarzy Łazara pojawiło się przerażenie. Przytaknął.

– Proszę, nie mów już nic więcej – odpowiedział.

Maria patrzyła, jak Łazar wchodzi do mieszkania z oszołomionym wyrazem twarzy i zamyka za sobą drzwi.

Tej nocy Stanisław trzymał Marię w łóżku. Starała się nie myśleć o tym, co zobaczyła, ani o tym, czego nie zobaczyła.

Opis: SCP-83184 to zbiorcze oznaczenie na wszystkich ocalałych członków Ezoterycznego Kościoła Boskiego Wcielenia, niewielkiej sekty religijnej założonej w 1906 roku przez członków petersburskiej i moskiewskiej arystokracji zainteresowanych praktykami okultystycznymi. Pozyskana dokumentacja Kościoła wskazuje na istnienie 29 potencjalnie niezabezpieczonych instancji SCP-83184.

Ostatnie zaginięcia przy Prospekcie Luksemburg 17 miały miejsce dwa tygodnie później.

Zmiana w pracy Marii tego dnia obejmowała dodatkowe pięć godzin "dobrowolnej" pracy. Kiedy Maria zaprotestowała, jej szef wzruszył ramionami.

– Wszyscy musimy się poświęcać – powiedział, zanim wrócił do swojego biura. Wyszedł kwadrans po piątej.

Przesłuchania z instancjami SCP-83184 wskazują, że pomimo podobieństw i bezpośrednich powiązań z rytuałami sarkickimi, religia praktykowana przez członków Ezoterycznego Kościoła nie miała "nic wspólnego z tym parszywym chłopstwem".

Zanim zdążyła opuścić budynek, już musiała się rzucić do biegu na tramwaj. Nawet pomimo tego ledwo zdołała zdarzyć na ostatni kurs. Wagon, w którym siedziała, był pusty, tylko ona i rzędy wolnych siedzeń.

Normalnie byłaby wdzięczna za brak pijaków, którzy zdawali się roić w tramwajach po zachodzie słońca. Ale przynajmniej miałaby się na czym skupić. Teraz była sama ze swoimi myślami.

Każdy przebłysk czerwieni za oknem zamieniał się w krew Tatiany. A potem, równie szybko, znikał.

Delikatny warkot silnika przeradzał się we wrzaski w jej głowie.

Maria próbowała myśleć o Staszku trzymającym ją blisko. Próbowała myśleć o ich dziecku. Obrazy te rozpłynęły się w jej głowie pośród wnętrzności i krwi, nawet gdy próbowała usilnie z tym walczyć.

Maria była tak zamyślona, że prawie przegapiła swój przystanek. Wysiadła na chodnik chwilę przed tym, jak tramwaj ruszył dalej.

Przez ciemną noc wróciła do komunałki, sama ze swoimi myślami.

Dopiero gdy znalazła się kilka metrów przed budynkiem, zobaczyła, że okna pulsują głęboką czerwienią.

Kolorem świeżej rany.

Instancje SCP-83184 manifestują się jako duże budynki, głównie mieszkalne. Zewnętrzne i wewnętrzne ściany SCP-83184 są pokryte związkami organicznymi, które w przybliżeniu przypominają cechy typowych materiałów budowlanych, w tym drewna, tynku, cegły i płytek.

Maria od razu pomyślała o Staszku. Zawsze starał się zostawać dla niej w tak długie noce. Za każdym razem zasypiał na długo przed jej powrotem i sennie witał ją, dopiero gdy kładła się do łóżka.

Rzuciła się do tak szybkiego biegu jak tylko pozwalały jej na to nogi.

Ze względu na zawartość nieznanych związków chemicznych w jego strukturze, niepokryte części SCP-83184 są wysoce łatwopalne. Instancje SCP-83184 są nieruchome oraz zachowują wspomnienia i wzorce swojego dawnego humanoidalnego stylu życia. Instancje nie wydają się być w stanie samodzielnie manipulować swoim wyglądem zewnętrznym i wewnętrznym.

Docierając do drzwi, Maria sięgnęła po klucz, który miała na szyi. Jej blada skóra zmieniła kolor na karmazynowy, po czym zbladła do czerni nocy, a następnie znów stała się karmazynowa.

Po chwili, która wydawała się być wiecznością, udało jej się wpasować klucz w zamek i w końcu otworzyć drzwi.

Zamarła w bezruchu, gdy teraz gąbczaste drzwi otworzyły się.

Pomimo licznych doniesień o porwaniach, czczeniu diabła, składaniu ofiar z ludzi i kanibalizmie, przed 1916 rokiem członkowie byli w stanie uniknąć poważnych kar ze względu na wysoką pozycję polityczno-społeczną, a także powiązania z carską tajną policją (Oddział Ochrony Porządku i Bezpieczeństwa Publicznego, potocznie Ochrana).

Ściany i podłogi przedpokoju pulsowały w rytm zapalających się i przygasających świateł. Dźwięk, będący połączeniem znajomego skrzypienia domu i bolesnego dyszenia, przesycał powietrze. Samo powietrze było gęste i wilgotne. Maria zaczęła się krztusić, gdy poczuła słaby zapach żółci.

Jej stopa zapadła się na kilka centymetrów w miękkich deskach podłogowych, gdy tylko weszła do środka. Przeszedł ją dreszcz i instynktownie się cofnęła. Staszek, pomyślała, Staszek, który zeszłego lata nie był w stanie zauważyć kapki dżemu, która została mu na nosie. Robił jej zawsze szczi, kiedy była tak chora, że nie mogła wstać z łóżka.

Weszła do środka, krzywiąc się przy każdym zapadającym się kroku.

23 listopada 1916 roku, po długotrwałym konflikcie o wpływy w carskiej rodzinie Romanowów, mistyk i uzdrowiciel Grigorij Rasputin przekonał carycę Aleksandrę do przeprowadzenia czystki wśród członków Kościoła. Caryca Aleksandra nakazała aresztowanie i zbiorową egzekucję wszystkich znanych członków Kościoła, w tym jego założyciela, Pawła Konstantynowicza Bruce'a.

Maria szła przez wielkie wejście, starając się oddychać jak najmniej zgniłym powietrzem.

Policja, pomyślała. Policja mogłaby przyjechać i — jej myśli utknęły w martwym punkcie — coś zrobić. Udała się do kuchni.

Garnki i patelnie grzechotały w szafkach, a dom się trząsł. Maria podniosła telefon i przyłożyła go do ucha, próbując w panice przypomnieć sobie numer na policję.

W słuchawce rozległy się krzyki i niezrozumiały bełkot. Maria słuchała. Słowa w języku, którego nie znała. Wypowiadane przez głosy, które dobrze rozpoznała. Katarzyna. Tatiana. Wasilij.

Były też inne. Starała się nawet nie próbować ich rozpoznawać.

Gwałtownie odrzuciła od siebie telefon. Przewód natychmiast oderwał się od ściany. Wylądował w zlewie, rozlewając ciemnobrązową ciecz. Zlew bulgotał.

Maria pobiegła do holu. Cokolwiek było w tym domu, pomyślała, musiała uratować Staszka przed tym. To było wszystko, co mogła przynajmniej zrobić.

Za pomocą obecnie nieznanych środków, SCP-83184 jest w stanie podłączyć się do istniejących linii wodnych, elektrycznych i telefonicznych.

W jej głowie co chwilę pojawiało się pragnienie, aby go zawołać, żeby usłyszeć jego głos przez chrapliwy skowyt domu. Jednak za każdym razem Maria je przezwyciężała. Odruchowo czuła, że dom słucha. Że wysłałby za nią to coś/, gdyby wiedział, że tu jest. Nawet gdy gąbczaste podłogi tłumiły jej kroki, wciąż czuła potrzebę chodzenia na palcach.

Kiedy Maria dotarła na pierwsze piętro, zatrzymała się. Jej kolana prawie się ugięły. Drzwi do wszystkich dwudziestu mieszkań na piętrze były szeroko otwarte, poruszając się delikatnie w rytm domu.

Po okresie spoczynku, instancje SCP-83184 zaczną konsumować jednostki zamieszkujące w ich obrębie. Pożarte osobniki zostaną następnie szybko przeniesione przez strukturę SCP-83184 do podziemnej komory, w której 40-70% zostanie skonsumowanych, a reszta stanie się [USUNIĘTO], odtąd określanymi jako SCP-83184-01.

Dwadzieścia Tatian z tylko połową twarzy wyjrzało przez drzwi, mrugnęło i zniknęło. Maria z trudem powstrzymywała się od wymiotów.

Po chwili ruszyła dalej w górę schodów.

Staszek, myślała, Staszek.

W początkowych etapach konsumpcja ta ma miejsce w ścianach lub podłogach, stopniowo pożerając mieszkańców, którzy są chorzy, starzy lub śpią. Ta metoda konsumpcji wymaga zazwyczaj co najmniej 15 minut bezruchu ofiary.

Drugie piętro kryło jeszcze więcej pustych drzwi.

Jęki domu narastały, gdy ściany zaczęły drgać w coraz szybszym tempie.

Maria odrzuciła wszystkie myśli. Jeszcze jedno, ostatnie piętro.

Skóry wszystkich pożartych jednostek są zazwyczaj zachowywane i wykorzystywane do dalszych polowań. Nie jest jasne, w jaki sposób instancje SCP-83184-01 są w stanie przetrwać proces usunięcia skóry.

Docierając na trzecie piętro, brakowało już jej tchu. Każdy krok wymagał coraz większego wysiłku, gdy podłoże uginało się pod jej stopami. Szła jednak dalej.

Wszystkie drzwi były otwarte. Ruszyła w stronę ich pokoju na końcu korytarza. Jego drzwi również były otwarte.

Musiała się upewnić.

Sprawdziła go. Przeszukała każdy zakamarek. Pokój był pusty.

Nie było Stanisława. Żadnych notatek. Żadnych śladów.

Tylko duża, zapalona szklana lampa przy łóżku. Stanisław zawsze zostawiał ją dla niej włączoną, gdy wracała późno.

Odwróciła się, żeby wyjść.

W drzwiach stało stworzenie z mieszkania Tatiany.

Maria rozpoznała je. To była Katarzyna.

Po utworzeniu co najmniej jednej instancji SCP-83184-01, SCP-83184 zazwyczaj przestawi się na bardziej aktywne metody polowania.

Katarzyna ruszyła w stronę Marii. Kobieta zauważyła, że stopy Katarzyny nie oderwały się od podłogi.

Maria cofnęła się. Katarzyna kontynuowała zbliżanie się.

– Witaj Mario – jęknęła Katarzyna. To nie był głos Katarzyny, ale czegoś pustego i matowego, co wydobyło się z jej gardła.

Maria cofnęła się, prawie przewracając się o stolik nocny. Z miejsca, gdzie niegdyś znajdowała się prawa ręka Katarzyny, wyrósł kolec z tkanki w kolorze blizny. Przeleciał tuż obok ucha Marii, przecinając powietrze tam, gdzie chwilę wcześniej była jej głowa.

Szpikulec wbił się w ścianę, wciąż połączony z ramieniem Katarzyny. Na jej twarzy pojawił się grymas frustracji.

W tym samym momencie rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Maria odruchowo się odwróciła. Lampa przewróciła się, rozbijając się na kawałki. Jej olej rozlał się po podłodze, zajmując się ogniem.

Katarzyna wrzasnęła z wściekłości. Jednym ruchem lewą ręką odcięła sobie prawe ramię, uwalniając się od ściany. Kolec z tkanki zwiotczał i zaczął być pochłaniany przez ścianę.

Katarzyna chwyciła koc, próbując zdusić rozprzestrzeniający się ogień. Nagle upadła na podłogę z wilgotnym łoskotem.

Maria stała nad nią z długim i zakrwawionym odłamkiem szkła w dłoni. Dźgnęła Katarzynę w szyję po raz drugi, a potem trzeci. Szkło wbijało się w jej dłoń. Nie zwracała na to uwagi. Dźgała raz za razem. Wkrótce szyja jej dawnej przyjaciółki zamieniła się w krwawą miazgę.

Maria opadła na kolana, wypuszczając odłamek szkła z dłoni. Nie zauważyła nawet, jak ten roztrzaskał się o podłogę. Jej klatkę piersiową wypełnił pusty szloch.

Stłumiła to uczucie. Stłumiła wszystkie swoje uczucia, gdy wstała. Na to będzie czas później.

Płomienie zaczęły się rozprzestrzeniać, pochłaniając materac.

Na razie wiedziała, co musi zrobić. Dom musi zginąć. Przypomniała sobie śpiewy, które słyszała w piwnicy. Jego serce. Spłonie. Dla Katarzyny. Dla Wasilija. Dla wszystkich.

Zatrzymała się. Dla Stanisława.

Instancje SCP-83184-01 noszą skórę poprzedniej ofiary w celu zdobycia kolejnych osobników. Zazwyczaj tylko jedna instancja SCP-83184-01 jest wykorzystywana do polowania, podczas gdy reszta [USUNIĘTO].

Maria zeszła po schodach. Za jej plecami mieszkanie powoli pochłaniały płomienie. Ciało Katarzyny płonęło jak pęk chrustu.

Wróciła do kuchni. Podłoga jęczała w proteście. Chwyciła zapałki, ściskając je między lewym ramieniem, a bokiem. Jej wzrok padł na długi nóż przy zlewie. Wzięła go, mocno zaciskając w swojej prawej dłoni.

Drzwi do piwnicy były otwarte. Maria spojrzała w dół. Schody prowadziły w otchłań poniżej. Wzięła wdech i zabrała świecę stojącą przy drzwiach. Gdy ją zapaliła, ledwie wydobyła się z niej nikła smuga światła. Wsunęła zapałki z powrotem pod ramię.

Maria ruszyła w dół, ostrożnie stąpając po miękkich drewnianych stopniach. Po tym, co wydawało się być wiecznością, dotarła do drzwi, które widziała wcześniej — nadal zamkniętych. Znów słyszała śpiewy, tym razem znacznie głośniejsze niż wcześniej.

Jej dłoń zacisnęła się na klamce, a dreszcz przebiegły po kręgosłupie. Klamka była ciepła w dotyku.

Przekręciła ją i otworzyła drzwi, mocno ściskając nóż.

Wewnątrz rozciągał się wąski korytarz, przypominający otwarte gardło, prowadzący w ciemność. Jego ściany miały kolor ludzkiego ciała, z widocznymi żyłami i naczyniami krwionośnymi. Śpiewy były niemal ogłuszające.

Staszek, pomyślała, wchodząc do środka.

Najczęstszymi metodami polowania stosowanymi przez SCP-83184-01 jest sprowadzanie potencjalnych ofiar bezpośrednio do najniżej położonego pomieszczenia SCP-83184 oraz ich obezwładnianie za pomocą wydzielanych związków odurzających. W przypadkach, gdy cel nie będzie współpracować lub nie będzie możliwe jego obezwładnienie, instancje SCP-83184-01 zazwyczaj uciekają się do zabójstwa w celu nakarmienia SCP-83184.

Niemal natychmiast po przekroczeniu progu drzwi, korytarz zaczął się rozszerzać. Jego mięśnie napięły się, jakby cofając się przed Marią. Zrozumiała, że unikały płomienia świecy.

Kobieta zbliżyła świecie na kilka centymetrów do pulsujących tkanek ściany, które wydały z siebie wysoki krzyk i napięły się jeszcze bardziej, jakby reagując na bolesne przypalenie. Maria uśmiechnęła się. Podłoga zadrżała, gdy kropla gorącego wosku spadła na nią.

Gdy Maria szła wzdłuż korytarza, śpiewy stawały się coraz głośniejsze. Korytarz zdawał się prowadzić coraz głębiej, w głąb ziemi. Część jej chciała po prostu podpalić to miejsce i uciec stąd w tej chwili. Wiedziała jednak, że musi iść dalej. By mieć pewność. Przyspieszyła kroku.

W końcu Maria dotarła do końca korytarza.

Korytarz rozciągał się ku górze, daleko poza zasięg światła świecy. Zrobiła ostrożny krok, po czym się zatrzymała. Kilka metrów przed nią podłoga opadała w dół, w przepaść. Maria spojrzała w dół. Próbowała powstrzymać wymioty. Na nic się to zdało.

Podeszła bliżej i zajrzała w otchłań.

Na brzegu przepaści, niczym zęby, tkwiły dziesiątki ludzkich postaci, w połowie zanurzonych w miazdze mięsa i ciał, która stanowiły ściany. Wszystkie były obdarte ze skóry. Same mięśnie i tkanki, prawie nie do odróżnienia od ścian. Z tyłu każdej głowy pulsował gruby przewód, przypominający medyczne schematy jelit, które Maria widziała w gabinecie lekarskim.

Głosy były ogłuszające. Usta postaci nie poruszały się jednak w rytm śpiewów. Marii zaczęło się kręcić w głowie.

I nagle, wszystkie głosy ucichły. Twarze zwróciły się jednocześnie w stronę Marii. Krzyknęła, prawie upadając do tyłu. Wtedy rozległ się głos.

– Maria? – powiedział. To był Stanisław.

Po okresie długotrwałej konsumpcji, SCP-83184 wejdzie w okres rozrostu, manifestując nowe pokoje, dekoracje architektoniczne, a nawet zupełnie nowe kondygnacje.

Odwróciła się. To był Stanisław.

Szedł w jej stronę chwiejnym krokiem. Był w podkoszulku i bokserkach. Maria zacisnęła dłoń na nożu.

– O-odsuń się – powiedziała, trzymając nóż przed sobą.

Stanisław wyglądał na zdziwionego.

– Maria – odpowiedział, podchodząc do niej. – To ja, Staszek.

Pokręciła głową.

– Nie jesteś Stanisławem – odrzekła, cofając się. – Jesteś tym czymś.

Kobieta wskazała w kierunku dołu.

– Maria, – powiedziało coś, co przypominało Stanisława. – kocham cię. Mario, zgaś świecę. Proszę.

W jego głosie słychać było lekkie bulgotanie. Nadal szedł w jej stronę. Kobieta pokręciła głową.

– Odsuń się! Spalę to wszystko na popiół, jeśli tego nie zrobisz – powiedziała. Panika w jej głosie narastała.

Stanisław zrobił kolejny krok. Maria znów cofnęła się. Podskoczyła, gdy natrafiła na ścianę. Stwór wyglądający jak Stanisław uśmiechnął się.

Z niewidocznej szczeliny w ścianie wystrzeliła posoka. Z sykiem płomień świecy zgasł.

Maria ledwo zdążyła krzyknąć, gdy świat pogrążył się w ciemności. Śpiewy zaczęły się na nowo, pochłaniając jej krzyki gdzieś głęboko pod ziemią.

W tym okresie wszystkie instancje SCP-83184-01 zostaną skonsumowane przez SCP-83184 po [USUNIĘTO].

Instynktownie uniosła nóż, tnąc na oślep. Poczuła ból w lewym ramieniu, jakby coś łamało jej kości od środka. Krzyknęła i odskoczyła na bok.

Coś twardego skoczyło na nią, przygniatając jej ramiona do podłogi. Upuściła zapałki. Ciężar przemówił głosem stworzenia, które przypominało Stanisława.

– Głupia, bezwartościowa istoto – warknęło w ciemności. – Jak śmiesz-

Prawą ręką wbiła nóż w miejsce, skąd dochodził głos. Trafiła i wbiła się w coś. Dźgała na oślep, raz za razem.

Nacisk zelżał. Zepchnęła ciężar z siebie.

Śpiewy zagłuszały wszystkie jej myśli oprócz jednej. Znaleźć zapałki.

W ciemności szukała ich po omacku. Po tym, co wydawało się wiecznością, wreszcie je znalazła. Prawie rozpłakała się z ulgi.

Maria zapaliła zapałkę. Nic. Spróbowała drugiej, drżącymi dłońmi manewrując w ciemności. Znowu nic. Prawie krzyknęła z frustracji.

Dopiero trzecia się zapaliła. Spojrzała w dół.

Stwór leżał w bezładnej stercie. Skóra, która kiedyś należała do Stanisława, była rozciągnięta, gdy istota zmieniała kształt. Tam, gdzie kiedyś było ukochane przez nią oblicze — twarz, do której wzdychała, na którą w końcu miała odwagę się zdobyć, by ją pocałować i kochać — teraz była tylko mieszaniną mięsistych pasm i krwi.

Znalazła swoją odpowiedź. Chciała zniszczyć cały świat.

Jej twarz spoważniała. Na razie wystarczy, że zniszczy to miejsce.

Po tym okresie początkowego rozrostu, SCP-83184 przejdzie w stan uśpienia na okres 3-6 lat, po czym wznowi swój cykl żerowania.

Przyłożyła zapałkę do ściany. Ta wrzasnęła, a po kilku sekundach zajęła się ogniem.

Płomienie wspinały się coraz wyżej i wyżej, aż zaczęły rozprzestrzeniać się jak gwiazdy na nocnym niebie, daleko ponad jej głową. Ryk ognia rywalizował z chórem półludzi, starając się ogłuszyć lub doprowadzić Marię do szaleństwa.

Maria spojrzała w dół, w stronę otchłani. Zapaliła zapałkę, a potem całe pudełko. Karton błyskawicznie zajął się ogniem. Rzuciła je w dół.

Światło malało, aż stało się ledwie widocznym pomarańczowym punkcikiem. Potem zaczęło rosnąć, gdy ogień zaczął się rozprzestrzeniać.

W ciągu minuty płomienie pochłonęły katedrę. Maria pobiegła w stronę korytarza.

Zaczęła żałować, że nie zostawiła sobie zapałki, gdy ściany napierały na nią. Krzyczały w bezsilnej wściekłości. Płomienie były coraz bliżej.

Gdy dotarła do piwnicy, z trudem wciągnęła pierwszy wdech świeżego powietrza.

Wspięła się po schodach, prawie wyczołgując się na górę. Podłoga wyginała się i zapadała pod jej stopami. Płomienie z górnego piętra domu rozprzestrzeniły się na cały budynek.

Gdy biegła przez hol, czuła jak podłoga staje się coraz słabsza. Nagle zawaliła się.

Maria krzyknęła, ledwie trzymając się stabilnej powierzchni. Pod nią szalało piekło. A pod nim wciąż słyszała szaleńcze śpiewy.

Z trudem wydostała się na bezpieczną wysokość. Zwykłe ściany budynku stały teraz zupełnie w płomieniach.

W końcu wydostała się przez frontowe drzwi, kaszląc sadzą i Bóg wie czym jeszcze. Przebiegła na drugą stronę ulicy. Odwróciła się i upadła na kolana, patrząc jak budynek płonie.

Maria Aleksiejewa Durowa patrzyła, jak coś przy Prospekcie Luksemburg 17 krzyczy i płonie w słupie niebiesko-zielonych płomieni. Daleko nad nią, gwiazdy świeciły w tę leningradzką noc.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported