Popiół do popiołu. Wszyscy pójdziemy do grobu
ocena: +1+x
rura049vs343.jpg

— Co dokładnie leczysz? — Świetlówki, jak zwykle, brzęczały. Stół między dwoma osobnikami miał około trzech stóp szerokości i był wykonany z pomalowanego na biało metalu. Małe białe pomieszczenie miało jedne drzwi wejściowe i wyjściowe, a do niego przylegała pusta sala obserwacyjna połączona dużym szklanym oknem.

SCP-049 i SCP-343 siedzieli na krzesłach po przeciwnych stronach stołu. SCP-049 rozejrzał się w popłochu, zanim się odezwał.

— Kim jesteś?

— Poszukiwaczem prawdy. Odkrywcą tajemnic. No więc. Co dokładnie leczysz?

SCP-049 pochylił się lekko.

— Zarazę.

SCP-343 zachichotał.

— Oczywiście. Zawsze mówisz "Zarazę" jakby to była jakaś święta prawda. Jeśli to takie oczywiste, dlaczego wszyscy zadają ci to samo pytanie?

— Nie wiem. Zaraza jest odpowiedzialna za więcej śmierci i zniszczenia niż jakakolwiek inna choroba doskwierająca temu światu.

— No tak. Tylko nie potrafisz mi powiedzieć, czym ona jest, prawda?

— Nie czuję takiej potrzeby.

— Nie potrafisz. Gdybyś potrafił, to już byś to zrobił. Albo powiedziałbyś o niej komuś innemu. Jednak ani razu nie nazwałeś swojego straszydła inaczej niż "Zarazą".

— Nie mam czasu ani ochoty na pogawędki z kimkolwiek jesteś. Muszę wracać do moich eksperymentów.

— Twoje eksperymenty nadal tam będą, kiedy skończę zdobywać wiedzę na twój temat. No ale skoro już o tym rozmawiamy, dlaczego zabijasz ludzi?

— Nie zabijam. Leczę ich z wielkiej zarazy i…

— Nie, zabijasz ludzi. Przynajmniej w tej kwestii bądźmy szczerzy. Chociaż odkąd Fundacja zamknęła cię w pudełku, zabiłeś znacznie mniej osób.

— Zaraza jest tutaj niemalże wytępiona. Doktorzy, strażnicy, wszyscy są wolni od infekcji.

SCP-343 odchylił się na krześle i złożył ręce za głową.

— Wiesz co. Myślę, że to wolna wola.

— Co?

— Znaczy, to może być nawet samo życie. Może to być prawdziwa choroba, którą tylko ty widzisz. Jednak ja uważam, że to wolna wola.

— Nie rozumiem.

— Nie. Nie zrozumiałbyś. Żeby się od niej uwolnić, musiałbyś sam ją wyciąć. Wyciąć i nigdy do niej nie wracać. Powiedz mi, dlaczego zabiłeś doktora Hamm'a. Był twoim przyjacielem.

— Nie miałem wyboru. Był zarażony. On…

— Myślał o przejściu na emeryturę. Jego córka miała wkrótce pójść na studia, a on chciał wziąć trochę wolnego. Może nawet całkowicie zrezygnować. Zabiłeś go, gdy tylko przestał ślepo wykonywać rozkazy. Gdy tylko wybrał coś, czego jego przełożeni z Fundacji nie wybrali za niego.

— Mylisz się. Zawsze robiłem to, co trzeba, bez względu na moje osobiste odczucia.

— Nie mylę się. Byłem tam, kiedy zostałeś stworzony.

— Co?

— Tacy jak ty powstają w ciemnych miejscach, których nie zawsze mogę dostrzec. Jednak tamtego dnia było słonecznie. Gorąco nawet. Smród roznosił się na wiele kilometrów.

— Nie rozumiem…

— Dość. — SCP-049 zamarł w miejscu. Pomieszczenie wokół nich zaczęło zanikać, aż znaleźli się na słonecznej, zielonej łące, tuż obok drogi. Jakiś mężczyzna zbierał patyki i drewno, które spadło z nielicznych drzew rozsianych po okolicy. W oddali rozlegało się ciche stukanie kopyt o ziemię.

SCP-343 skierował palec w stronę mężczyzny zbierającego patyki.

— Czy to jesteś ty?

SCP-049 odwrócił głowę, aby spojrzeć. Nie mógł poruszać resztą swojego ciała, ale mógł poruszać głową i oczami. Próbował coś powiedzieć, ale słowa nie wychodziły mu z ust. Mężczyzna zbierający patyki miał na sobie coś, co można by z pewnością nazwać łachmanami. Układał patyki na stosie w swojej taczce. Odgłos kopyt stawał się coraz bliższy.

— To jesteś ty, zanim stałeś się potworem. To subtelna różnica. Przyjrzyj się uważnie. Zbliża się moment, w którym zdecydowałeś się zmienić.

Koń w oddali w końcu do nich dotarł. Był jasnoszary z czarnymi plamami wzdłuż szyi. Na grzbiecie siedział mężczyzna w ochronnym stroju lekarza plagi. Był zgarbiony w siodle i gdy przejeżdżał, upadł z hukiem na ziemię. Koń zatrzymał się, gdy jeździec spadł. Mężczyzna z patykami podbiegł, aby mu pomóc.

SCP-343 się odezwał.

— Jest chory. Na to samo, co zabija wszystkich innych w twojej wiosce. Przybył tu, aby zarobić pieniądze na umierających i zmarłych. Niedługo jednak dołączy do nich.

Mężczyzna z patykami zdjął maskę z twarzy mężczyzny. Ten niemal natychmiast zwymiotował krwią na ziemię obok nich. Obrócił się i próbował czołgać się dalej.

— Wie, że jest zarażony. Wie, że naraża cię na niebezpieczeństwo. Nie wie jednak, że jesteś odporny. Dzięki dziwnemu zbiegowi genetycznemu, którego prawdopodobnie nadal nie rozumiesz, jesteś jednym ze szczęśliwców swojego pokolenia. Spójrz, on zaraz umrze, a ty musisz podjąć decyzję.

Prawdziwy lekarz plagi upadł na ziemię. Mężczyzna z patykami spojrzał na maskę w swoich rękach. Założył ją.

— Gdybyś był kimkolwiek innym, nie przeżyłbyś nawet tygodnia. Zamiast tego masz pomysł. Zamierzasz zarobić trochę pieniędzy. Zamierzasz wyżywić swoją rodzinę dzięki farsie.

Mężczyzna z patykami podpełzł do poległego mężczyzny i zaczął zdejmować mu szaty, a następnie spojrzał w górę na konia. Potem scena zanikła. Wokół nich rozegrała się lawina wydarzeń.

— Jeździsz konno. Niesiesz ze sobą śmierć. Od zamku do zamku, od miasta do miasta, od wsi do wsi, od domu do domu. Aż okrążysz cały świat. Jesteś w domu. Masz wystarczająco pieniędzy, by starczyło ci na wiele żywotów. Ty i twoja rodzina nigdy więcej nie będziecie głodować.

Scena znów się utrwaliła. Mężczyzna siedział na bladym koniu, spoglądając na wioskę. Kilka chat stało w płomieniach. W powietrzu unosił się zapach śmierci.

SCP-343 skinął głową i scena znów się zmieniła.

— Są w mieście. — Mężczyzna w stroju lekarza plagi pobiegł w kierunku jednego z domów.

— Twoja rodzina tam jest. Prawda? Twoja żona. Twoja córka.

Mężczyzna wszedł do domu. Zapach zgniłego mięsa był obezwładniający. Kobieta leżała martwa. Na podłodze. Kawałki jej ramion i nóg zostały wyżarte. Zwierzęta. Mężczyzna upadł na kolana. Krzyknął. Odgłos dochodzący z ciemnego kąta domu wyrwał go z żalu.

— Zostawiłeś ich tu, żeby radzili sobie sami. Bez ostrzeżenia. Nie mogłeś ryzykować. Oto co dały ci pieniądze.

Młoda dziewczynka wyszła z cienia i spojrzała na lekarza plagi. Cofnął się, widząc jej pokrytą krwią twarz. Ciągnęła coś za sobą.

— Jest taka jak ty. Dzieli z tobą tę przypadłość. Nie mogła zachorować.

Scena rozmyła się, a obraz stał się szary. Powróciło białe pomieszczenie do przesłuchań. Ponownie rozległ się brzęk świetlówek. A lekarz plagi ponownie poruszył rękami.

SCP-049 przechylił głowę na bok.

— Nie znam tych ludzi. Jestem…

SCP-343 podniósł rękę.

— Rozumiem teraz. Istnieją mroczne miejsca, których nawet ja nie mogę dostrzec. A istoty takie jak ty wyłaniają się z tych ciemności. Myliłem się. Nigdy nie podjąłeś żadnej decyzji, która byłaby twoja. Jesteś tylko echem człowieka. Wracaj do swojego pokoju.

— Jestem… — SCP-049 zniknął z pomieszczenia wraz z błyskiem światła. SCP-343 westchnął i zastanowił się, kogo chce przesłuchać jako następnego.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported