Ambrose Warszawa: Niepozornie Lecz Spokojnie

Niepozornie

Lecz

Spokojnie

Recenzja Ambrose Warszawy
Autor Robert Mot
11 minutowa lektura.
⭐⭐⭐⭐★

Plik1.jpg
ocena: +7+x

Wieść o nowo otwartej restauracji Ambrose w moim rodzinnym mieście przyszła do mnie niespodziewanie i wywołała dość spory przekrój emocji. Dzięki mojemu doświadczeniu byłem wręcz pewien, że czekają mnie w co najmniej neutralne przeżycia. Z tyłu głowy miałem jednak sporą garść obaw. Widywałem już lokale wręcz skazane na sukces, a pomimo tego nieumiejące się wykazać przy prawie żadnej okazji.

Jednak w tej branży należy swoje własne uprzedzenia schować w kieszeń i oceniać to, co się widzi takie, jakim jest. Z tego powodu postanowiłem, że czym prędzej powinienem się udać do Ambrose Warszawa, by jak najszybciej zobaczyć, co takiego ta konkretna odnoga ma do zaoferowania klientowi. W rezultacie zjawiłem się jakiś rok-dwa później ze względu na napięty grafik i inne takie.


Wstępne wrażenia

Kiedy przyjechałem na miejsce, moim oczom ukazał się dość skromny, wręcz niezachęcający budynek. Ściśnięty wśród innych, całkowicie szary przywodząc na myśl architekturę wczesnych lat dwutysięcznych i zarośnięty jakimiś lianami (te akurat wyglądały całkiem dobrze, zwłaszcza że zakrywały kawałek przestrzeni). Byłem naprawdę zaskoczony, nie pamiętam czy kiedyś widziałem tak niezachęcający lokal. Musiałem sprawdzić, czy to na pewno tu.

Ale to było tu. Po chwili doszedłem do wniosku, że ten szaro-buro nudny budynek to musi być cel mojej podróży. Moją pierwszą myślą po tej nowinie było "To chyba jakieś nieporozumienie" a zaraz po tym "No dobra, miejmy to już za sobą". Podszedłem do drzwi, złapałem za klamkę i wszedłem do środka.

Pierwsze co zobaczyłem to dość elegancko przyozdobiony przedpokój, pośród którego stała nieco paskudna rzecz w kształcie reniferka w niedużej gablotce. Trochę mnie to odraziło, ale po chwili pomyślałem, że wygląda nawet uroczo. Poszedłem dalej i po przejściu przez drzwi moim oczom ukazało się faktyczne pomieszczenie.

Nie spodziewałem się tego. Cały lokal był naprawdę spory, choć taki wcześniej nie wyglądał. Ba, cały lokal na zewnątrz był dość niski, a teraz ma nawet piętro i dach w kształcie kopuły. Część moich obaw została rozwiana.

Restauracja miała przestrzenną architekturę, ze stylizacją przypominająca las. Wszystkie ściany były całkowicie zielone, przyozdobione malunkami drzew i zwierząt różnorakich, a także wisiały gdzieniegdzie pojedyncze dekoracje takie jak poroża rozmaitych zwierząt. Podłoga i meble były zrobione z jasno-brązowego drewna idealnie wypolerowane więc o drzazgach można było zapomnieć. I wszędzie było pełno drzwi (o tym później, bo to dość ważne). Naprzeciwko od wejścia była kuchnia z przystawionymi stolikami barowymi.

Po prawej stronie były schody na piętro, ale to nie różniło się zbytnio od parteru. Meble podobne, dekoracje podobne, nawet kuchnia była. Co prawda dużo mniejsza, gorzej wyposażona i nie zawsze ktoś tam był, ale żeby oddać talerz albo zamówić coś do picia idealna.


Kluczowy element

Nadszedł czas by po wstępnych oględzinach zamówić coś do jedzenia, w końcu po to tu jestem. Zdecydowałem się na dziczyznę, dość pozytywnie zachwalaną przez różne opinie, kartę dań i pracowników.

Jak już przy nich jestem, to muszę wspomnieć o ważnym elemencie. Podczas moich interakcji z nimi nie czułem od nich nic. Nie widziałem żadnego zainteresowania, żadnej pasji do swojej pracy. Nie każdy musi kochać swój zawód, ale zazwyczaj byłem w stanie dostrzec jakieś emocje, a tutaj nie było niczego.

Wracając do dania, było one na poziomie zadowalającym. Mięso smakowało dość dobrze i naprawdę świeże. Smak był zadowalający, tak samo stopień wysmażenia a kroiło się je wyjątkowo dobrze, jednak wewnątrz było częściowo suche. Różne dodatki w postaci warzyw lub grzybów skutecznie odwracały uwagę od niedoskonałości w daniu, a aromat wydobywający się z całości przyciągał zainteresowanie. Nie zmienia to faktu, że jestem zobowiązany o tym wspomnieć.

A jak już przy tym, nie tylko mięso było świeże. Mam za sobą spory kawał pracy w tej branży więc umiem odróżnić, kiedy coś było odgrzewane po siedzeniu w chłodni. A tutaj wszystko wydawało się, jakby dopiero co było zebrane. Jakby ledwo rankiem myśliwy wybrał się na jakieś pole, ustrzelił zwierze i prędko dał je jakiemuś rzeźnikowi. A niedaleko przypadkowy rolnik zbiera z warzywa z pola i podrzuca restauracji. Warto docenić.

Jak na razie moje odczucia były dosyć mieszane. Z jednej strony nie było wielu problemów z serwisem, nie widziałem żadnych karygodnych błędów ani gigantycznych wad. Jednak z drugiej nie widziałem też wybitnych zalet. Jako przypadkowa restauracja spisuje się dobrze, ale to nie poziom Ambrose. Zamówiłem więc kolejne danie, które miałoby mnie utwierdzić w opinii. Klasycznie czekam, odbieram, kroje spokojnie i wtedy podchodzi do mnie kelnerka z pytaniem
"Dlaczego pan nie zje na dworze?"


Kulminacja

Zdziwiło mnie to, co powiedziała. Podwórko, które znałem, nie było zbytnio gotowe, by wyjść, coś zjeść (brak stolików, chociażby), więc zapytałem co ma na myśli. Ona mi odpowiada "No tu i tu i tu i tu" wskazując ręką na wcześniej wspomniane drzwi.

Zaskoczony podszedłem do najbliższych, złapałem za klamkę i lekko się za nie wychyliłem po otwarciu. To, co zobaczyłem, można by łatwo ująć jako natura w czystej postaci.

Wyszedłem na coś w rodzaju tarasu i zobaczyłem otwartą polane. Skąpana w jasnym słońcu, porastająca różnymi kwiatami i innymi polnymi chwastami, a od czasu do czasu przebiegały tędy różne zwierzęta (już wiem skąd mają tak świeże mięso). Było ciepło, ale wiał od czasu do czasu chłodny wiatr. Na niebie były sporadycznie chmury.

Pierwsze spotkanie mnie zszokowało, ale tak samo szybko, jak przyszło tak poszło. Przestałem kwestionować to, co widze, bo bądź co bądź to nie najdziwniejsza rzecz, jaką widziałem w Ambrose przez te lata.

Chciałem spytać kelnerkę o więcej szczegółów, ale jej nie zastałem, gdy wróciłem. Zacząłem więc szukać na własną rękę. Zrobiłem kilka rund po lokalu, oglądając wszystkie drzwi, które odstawały od reszty (na wejściu jak się okazało, był przewodnik, ale jakoś mnie ominął). Widziałem różne krajobrazy. Polane pośrodku niczego z pojedynczymi drzewami, łąka pełna kwiatów i drzew, góry, niziny, środek lasu, ubocze, nawet jakiś szlak turystyczny. Wszystkie miejsca związane z naturą.

Zdecydowałem się na obrzeża lasu. Wiele rodzajów drzew, krzewów i przede wszystkim skromna rzeczka przepływająca przez środek tworzyły otoczenie idealnie trafiające do mnie. Rozsiadłem się na przygotowanym miejscu i zacząłem posiłek. W trakcie jedzenia leciałem oczami po całym obszarze, próbując zauważyć jak najwięcej. Z jakiegoś powodu jednak z czasem czułem, że mój kontakt z rzeczywistością się urywa.

Nie byłem w stanie się jasno skoncentrować na żadnej rzeczy, bo zawsze moje myśli wracały do punktu zerowego. Coraz bardziej czułem (jak mi się wydawało) apatie względem otoczenia. Nic na mnie nie wpływa i ja nie wpływałem na nic. Pustka w mojej głowie nasilała się z minuty na minuty coraz mocniej i mocniej. Nie byłem w stanie pojąć, czemu tak się dzieje. Czy z moim jedzeniem było coś nie tak, czy może to się nigdy nie wydarzyło, a ja dalej śpię? Dopiero z czasem zrozumiałem mniej więcej, co było przyczyną tego stanu.

Cały ten klimat, to otoczenie, te okoliczności. To wszystko sprawiło, że zapomniałem o istotnych rzeczach i zamiast tego wpatrywałem się w pustą przestrzeń. Nie zwracałem uwagi na moje obowiązki, obawy, zmartwienia czyhające za moimi plecami. W tym czasie podświadomie przeżywałem wewnętrzne przemyślenia na temat mojego życia, mojej pracy czy tej restauracji. Wszystko to było możliwe przez nirwanę, na którą byłem wystawiony od początku. To ukojenie zdawało się trwać wieczność, ale i sprawnie przemijać. Naszło do mnie wiele wniosków dotyczących między innymi mojego początkowego celu, zacząłem łączyć fakty.

Pracownicy nie byli obojętni, a spokojni. Jedzenie nie było doskonałe, ale to nie miało znaczenia, bo to nie dla jedzenia tu przyszedłem. W wizytach w restauracjach pokroju Ambrose nie chodzi o to, aby się nażreć, ale doświadczyć przeżyć. Dzięki przeżyciom dane wypady stają się wyjątkowe i nadają im sens. Przypomniałem sobie, dlaczego zacząłem działalność dla Waldon Studio.

Nie po to, aby pochodzić po fajnych miejscach i się zwyczajnie najeść, ale żeby odkryć nieznane doświadczenia, bo to one składają się na całość. Ładny wystrój i parę drzewek mogą się wydawać banalne, ale to nie problem, bo spełnia swoją funkcję. W trakcie pobytu przeżyłem coś, co pozostanie mi w głowie na długo. Stan, w którym wszystkie moje działania przeszły na podświadome, a świadomość została omotana ukojeniem.

Z tego stanu wyrwała mnie kelnerka, która zabierając mój pusty talerz (nawet nie zauważyłem, kiedy cała zawartość zniknęła) zrzuciła przypadkiem na mnie szklankę. Nie przejąłem się tym. Wychodząc, spadłem ze stromych schodów. Zdarza się. Autobus mnie ochlapał, gdy wracałem. Trudno. Kiedy mnie nie było, burza przewaliła jeden z masztów i do końca dnia nie miałem prądu. Bywa. Spojrzałem na tradycyjny zegarek, miałem spędzić tam godzinne dwie, a nie było mnie z cztery. Od razu rzuciłem się za kartkę papieru i zacząłem spisywać przemyślenia oraz przeżycia, bo było tego naprawdę sporo. Specjalnie dla tego zarwałem noc, a skutków w żaden sposób nie odczułem.


Kończąc już

Wszystkie te uczucia trzymały się ze mną przez jakiś czas, w trakcie zacząłem dokładniej przyglądać się temu, usiadłem do moich wcześniejszych tekstów i przepisałem je tak, by były bliższe faktycznej recenzji. To nie jest najlepszy oddział Ambrose, w jakim byłem, ale to nie zmienia faktu, że jest w nim coś zdecydowanie wartego uwagi. Jeszcze pewnie nie raz wrócę do Ambrose Warszawa, ale nie za często, żeby nie zepsuć sobie tego.

Całościowo: 4 gwiazdki. Za dobre momenty, ale z paroma niedoskonałościami (te schody były naprawdę strome).

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported