Było warto?
ocena: +3+x

Standing… on the edge!

Ściąga słuchawki, zwija w małą kulkę i upuszcza. Spogląda za nimi. Bierze kolejnego łyka przeźroczystego czegoś z butelki. Pod nim rozciągają się kolejne rzędy szklanych paneli biegnących w dół, i w dół, i w dół, aż do betonowego chodnika między klombami jasnej, zielonej trawy. Wielkie logo z plastoidu na krawędzi tego lustra przypomina mu o całym zmarnowanym życiu.

Na co mu to wszystko było? Dlaczego zaakceptował wątpliwą propozycję wysokich ludzi w czarnych garniturach? Choć wszystkie zmysły jednogłośnie stwierdzały, że to zły pomysł, on kiwnął głową. Ech, pewnie to ciekawość, ta najzwyklejsza ludzka ciekawość. Procedury były proste. Zgodził się, by wpuścili mu coś do głowy. Dali mu czarny garnitur i drobne strzykawki, by robił to samo z wyznaczonymi ludźmi.

Choć jego wspomnienia się rozmywały, on nie poddawał się zawartości zastrzyku. Pamiętał, co prawda mgliście, ale pamiętał. Kogoś, gdzieś tam na zewnątrz, miał. Kogoś, na kim kiedyś mu zależało. Kogoś, dla kogo kiwnął głową dwóm Agentom, dla kogo umieścili mu w mózgu grzyba i dla kogo umieszczał grzyby innym.

Cholernie tego żałował.

Fundacja go nie oszukała. Umówiona kwota pięciu tysięcy regularnie wpływała na czyjeś konto. Widział przelewy. Zawsze pięknie wydrukowane na śliskim papierze. Z polem NAME zamazanym czarnym markerem. Jemu nie były już potrzebne. Fundacja była mu schronieniem, Fundacja była mu kantyną i biurem. Fundacja była mu wszystkim.

I wreszcie przyszli do niego. Bez pięknie wydrukowanego przelewu na śliskim papierze. powiedzieli, że nie będą już wypłacali. Nie mają komu.

Nie wiedział, czy mu się udało. Nie, to kłamstwo, to akurat dobrze wiedział. Nie pamiętał.

Nie to go tu pchnęło. Pchnął go akt zgonu. Z nieznanym nazwiskiem i nieznaną twarzą. Choć wiedział, że powinien…

nic nie czuł.

Jeszcze nigdy nie by tak zdeterminowany.

Skoczył.

Kim był tamten ktoś? Kim on był? To już nieważne. Nic przed Fundacją nie było ważne. W sumie teraz nic nie było już ważne. Leciał w dół, wiatr mierzwił mu włosy. Krzyknął. Nie z przerażenia. Ze szczęścia. W ostatnich chwilach życia cieszy się nieograniczoną wolnością.

Choć serce biło coraz to szybciej, spada nie okazując strachu. Wie dlaczego. Chyba. Nie pamięta. Wydaje mu się, że robił to już wiele razy, jakby w zamkniętej pętli. Jednak jak sięgał pamięcią wyżartą przez pasożyta, jeszcze nikt nigdy nie skoczył z Ośrodka Trzynastego. Choć całą swą służbę mógł recytować zawsze i wszędzie, tak nigdy nie pamięta by ktokolwiek kiedykolwiek tego dokonał. On będzie pierwszy.

Spadając bezradnie obracał się to w jedną, to w drugą stronę. Obserwował rozmyte, jasne światła panoramy miasta. Uśmiechał się do spadającego obok człowieka za lustrzanymi ścianami. Patrzył na ostatnie promienie pomarańczowego słońca chowającego się powoli za horyzontem. Westchnął z troską i niby instynktownie sięgnął ku klatce piersiowej. Czegokolwiek się tam spodziewał, nie odnalazł tego.

Telefon w jego kieszeni wibruje. Śmiejąc się obojętnie wyrzucił go z kieszeni niezdarnym ruchem. Pełen satysfakcji obserwuje, jak cienki czarny kafelek wyprzedza go na drodze do zagłady. Maleńcy ludzie na dole zadzierają głowy. Ktoś gdzieś biegnie, ktoś upuszcza papiery. Ale to już nie jego problem. On nie musi się już martwić nieskończonym zagrożeniem wewnątrz tej wieży, które od tak wielu ludzi w tak wielkim mieście dzielą jedynie te refleksyjne tafle.

Nie będzie już infekował niewinnych ludzi grzybem zżerającym im mózg. Nie będzie rzucał kolejnego menela w cienkim pomarańczowym drelichu na pożarcie demonom żywiącym się strachem i cierpieniem. Nie będzie udawał szacunku przed seryjnymi mordercami w białych kaftanach.

Wreszcie będzie wolny.

I spada. Ale uśmiech znika mu z twarzy. Co on do cholery wyprawia?! Leci, bezbronny, ku betonowej zagładzie z zielonymi polami. Jest przerażony, jego oczy zaczynają się szklić. Krzyczy. Nie ze szczęścia i nadchodzącej wolności. Krzyczy w panice!

To niemożliwe! Nie może umrzeć! Jeszcze nie teraz! Nie jest na to gotowy! Ma jeszcze tyle do zrobienia! Co z Fundacją?! Co z tymi, którzy zastąpili mu rodzinę?! Nie chce jeszcze umierać! Zaciska wilgotne oczy, szepcze niezrozumiałe słowa… przeprasza?! Błaga?! Modli się, obiecuje duszę i całe swoje życie siłom wyższym! Zmieni się! Jeżeli tylko otrzyma szansę! O mój Boże, pomóż mi!

…lecz było już za późno.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported