Czerń

NOTKA AUTORA

Opowieść ta jest częścią serii "Człowieczeństwo jest pojęciem względnym". Jeśli nie czytałeś/-łaś poprzednich części, wróć do nich lub zacznij od początku. Bez znajomości dotychczasowych wydarzeń, możesz nie wiedzieć o co chodzi.

Miłej lektury!


ocena: +3+x

Profesorkę Malinowską, zgodnie z jasno wyrażaną przez nią na przestrzeni ostatnich lat wolą, pochowano we wspólnym dziele jej i jej męża — Becie-4, tak by blisko byli swojego największego osiągnięcia — syntetyków. Została ułożona w prowizorycznym grobie i zakopana w sztucznej ziemi na cmentarzyku przy kościele w środku miasteczka, stając się jego drugim stałym mieszkańcem i znów wyrywając to miejsce z roli ogromnej, hiperrealistycznej dioramy, nadając mu przy tym funkcję bardziej przyziemną i tradycyjną. Spoczęła tuż obok Bernarda Malinowskiego, a odgłos uderzenia jej trumny o dno wykopanego dołu oznajmiał zakończenie ich wspólnego projektu. Oboje mogli już spać w spokoju.

Pogrzeb matki całego tego przedsięwzięcia nie był huczny, ludzie nie zjawili się też na niego tłumnie. Przyszła garstka pracowników niższego szczebla, szeregowców z poszczególnych sekcji. Zabrakło kierowników, nadzorców, przedstawiciela zarządu czy Skawińskiego, nieobecna też była zdecydowana większość personelu Gniazda. Życie toczyło się swoim rytmem i choć najważniejsza zębatka tej dziwacznej maszyny właśnie wypadła i roztrzaskała się, nikt nie potrafił znaleźć w sobie na tyle odwagi, by spróbować ją choć na chwilę wyłączyć, by zobaczyć, co się stało. Wszystko musiało nadal działać, funkcjonować jak dawniej, dopóki całość nie legnie w gruzach. Bo skupienie się na jednej zębatce zwolniłoby przecież tempo, a to wiązałoby się ze stratami, stąd wniosek prosty — kogo obchodzą pojedyncze zębatki, skoro maszyna nadal działa?

Robert Koszewski stał na pogrzebie tuż obok Andrzeja Ignaciuka. Nurtowało go jedno — dlaczego akurat tutaj? Dlaczego ze wszystkich miejsc na Ziemi Malinowscy na swój wieczny spoczynek wybrali akurat to, które jest poza nią? W czym jest lepsza trumienna czerń Bety-4 od tej ziemskiej?

Malinowscy nie mieli na Ziemi rodziny, nie mieli też jej w Becie-4. Mimo licznych, jak opowiadała profesorka, starań, nigdy nie doświadczyli narodzin żadnego dziecka. Znamienne jednak było, że wysiłki te podjęli dopiero po tym, jak Beta-4 stanęła na nogi i, jak się okazało, przeprowadzili się tam już trwale, do końca swojego życia. Dla Roberta, jako wychowanka nowego świata, to jednocześnie była i nie była abstrakcja. On już urodził się w tej dziwacznej, makiawelistycznej rzeczywistości, gdzie liczy się wzajemna relacja pędu i pieniądza, oni natomiast widzieli, jak powstawał i na co wyrósł. Stąd Koszewski mógł stwierdzić, że Malinowscy po prostu chcieli mieć tu cząstkę swojego spokojnego, starego świata. Ot nostalgia i tęsknota za dawną iluzją stałości. Tylko w takim razie dlaczego i jemu nie spieszyło się do powrotu na Ziemię? Dlaczego potrafił przełknąć wszystko to, co działo się w Gnieździe, powstrzymując się, mimo różnych kryzysów, od powiedzenia “stop” i powrotu?

Prawda była taka, że i on nie lubił świata. W końcu jak tu darzyć sympatią rzeczywistość, która jest wobec niego jawnie wroga lub całkowicie obojętna, w zależności od tego, ile twoich sił da się z niego wydoić? Beta-4 wciąż miała cząstkę tamtego świata, jakąś dawkę skompresowaną w możliwej do przełknięcia tabletce zwanej Gniazdem, ale była jednocześnie czymś zupełnie innym. Tylko… czym?

— Wszystko w porządku Robert? — głos Ignaciuka gwałtownie wyrwał go ze świata myśli.

— Ah… em… ta. Wszystko gra, Andrzej — Robert odpowiedział nieobecnym głosem.

— Wyglądasz na zmartwionego. — Ignaciuk położył mu dłoń na ramieniu, na co niższy trochę od niego Koszewski odwrócił się w jego stronę, uśmiechając się niemrawo i nieprzekonująco.

— Wiesz… zamyśliłem się. Może i jestem trochę przybity, jak to na pogrzebie… ale głównie to po prostu się zamyśliłem. Bo chyba to się głównie robi na pogrzebach, nie? Myśli.

— Zazwyczaj ludzie płakali.

— Ale to przecież nie pojawiało się tak o. Nie da się płakać bezmyślnie.

— Hah… — prychnął Andrzej i poklepał Koszewskiego po ramieniu. — Może i masz rację, Robert. Ja wracam do Gniazda. Wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Koszewski kiwnął tylko głową i machnął w stronę odchodzącego Ignaciuka, wracając szybko do obserwowania wybrzuszonej, sztucznej ziemi, pod którą leżała osoba, którą jeszcze przed kilkoma dniami, wydawałoby się, tak dobrze znał. To, czego doświadczył, gdy wrzucono go do konfliktu między nią a Skawińskim poddało jednak jego przeświadczenie pod poważną wątpliwość. W końcu nie wiedział o czymś krytycznie ważnym, czymś, co sprawiało, że Skawiński posunął się do tego wszystkiego, że chciał ją złamać, a perspektywa nieotrzymania tego spędzała Elegancikowi sen z powiek. A teraz… nie ma Malinowskiej. Stało się dokładnie to, czego zarządca Gniazda się obawiał.

Z tego tytułu Robert Koszewski zadawał sobie jedno pytanie: co dalej?

Pierwsze malfunkcje tego złożonego mechanizmu zaczęły być widoczne już po stosunkowo krótkim czasie. Przerwa w produkcji okazała się bardzo krótka, już kilka dni po pogrzebie Skawiński nakazał wznowienie prac nad Prototypami Piątymi, planując sobie, że bez ingerencji staruszki Gniazdo będzie mogło spokojnie odkryć to, co ona ukrywała, klucz do ich działania. W końcu wszystkie materiały, tak mu się przynajmniej zdawało, nadal były dostępne.

— Kolejna Skaza — stwierdziła zawiedziona pracownica sekcji fizjonomicznej. — To na pewno działa?

— Tak… tak, działa — odparł poirytowany Koszewski. — Od kilku godzin to sprawdzam i za każdym razem wszystko jest, kuźwa, dobrze.

— Ło… spokojnie, przecież się na tym nie znam. Pytam tylko.

— Właśnie widzę — mruknął pod nosem. — Eh, nie wiem, może to wam czegoś brakuje?

— Sprawdzałam osobiście wszystkie materiały. Jednego było za mało, to go trochę dorobiliśmy. Co prawda, wyszło to bardziej rozcieńczone i inne w konsystencji, ale…

— O czym mówisz? — spojrzał zamyślony.

— O ich… em… krwi? Chyba tak to mogę nazwać.

— Mhm… — Robert spojrzał na leżącego w specjalnej drukarce syntetyka. — Powiedz mi… skąd wiesz, że to Skaza? Wygląda normalnie.

— Ale jest szary. Cały czas. Powinien nabrać takich kolorów, jak ty. Myślę, że widział podobnie mało słońca.

— Bardzo śmieszne — odburknął Robert.

— Lewą nogą wstałeś chyba.

— Jak każdy, oprócz ciebie najwidoczniej — spojrzał na nią trochę gniewnie. — Poza tym, wiesz, siedzenie tu kilka godzin i słuchanie cały czas, że coś w sprzęcie nie działa, podczas gdy wszystko jest w porządku, też trochę denerwuje.

— Jezu… — mruknęła przygaszona. — Zawsze byłeś takim dupkiem?

Robert Koszewski przewrócił oczami.

— Nie mam dnia, ok? A jeśli chciałaś jakoś polepszyć mój nastrój, to ci się to niezbyt udaje. A poza tym, to nie problem ze sprzętem, jakby co.

— To z czym?

— Myślę, że z krwią. Sama mówiłaś, że jest inna.

— No tak, bo bez Malinowskiej musieliśmy ją sami produkować. Zawsze najpierw tworzyliśmy roztwór, a potem wołaliśmy ją, by zajęła się tym w ciemnicy. Musieliśmy eksperymentować, bo nigdy nie chciała nikogo tam wpuścić. — Pracownica westchnęła przeciągle. — Czyli coś zrobiliśmy źle, tak?

— Nie wiem. Ja tu jestem od sprzętu. Pracuję w dziale technicznym, pamiętasz?

— Tia… Chyba będzie trzeba to zgłosić Skawińskiemu.

— Zabije was — Robert westchnął — ale w sumie kogo on by teraz nie zabił.

— Nadal jest taki nerwowy? — spytała pracownica zaniepokojona.

— Zawsze był, jest i będzie, ale tak, ostatnio przechodzi samego siebie. Na nasze nieszczęście, sekcja techniczna jest dosyć blisko jego gabinetu. Codziennie słychać, jak się drze do telefonu. Eh… nie chciałbym go teraz spotkać.

— Dlaczego?

Robert zamilkł na chwilę. Wlepił zamyślony wzrok w ziemię i wyłączył się całkowicie. Wiedział, że to, co czuje jest bzdurne i nie ma żadnych podstaw, ale mimo to męczyło go sumienie. Co jeśli jednak to jest jego wina?

— Hej, wszystko gra? — spytała w końcu zaniepokojona rozmówczyni. — Słyszysz mn-

— Tak — uciął w końcu. — Po prostu… nieważne. Nie mamy zbyt dobrych relacji.

Koszewski wstał z miejsca i zaczął kierować się w stronę wyjścia dosyć pośpiesznym krokiem, nie oglądając się nawet na osobę, z którą wcześniej rozmawiał.

— Coś nie tak? — spytała na odchodne.

— Co? Nie, spokojnie. — Przystanął na chwilę. — Po prostu nic tu nie zdziałam. Jeśli przy innych drukarkach będzie ten sam problem, to ten… powiedz im, że to nic związanego ze sprzętem. I powodzenia z Elegancikiem. A, jeszcze jedno… — Robert psyknął nerwowo. — Sorry za dzisiaj. Nie mam dnia.

I, nie czekając na odpowiedź, wyszedł.

Mijały kolejne dni i kolejne pęknięcia w całej tej machinie stawały się coraz bardziej widoczne. Produkcję jakichkolwiek Prototypów wstrzymano do czasu rozwiązania problemu, lecz z każdą dobą nadzieja na znalezienie rozwiązania zmieniała się odwrotnie proporcjonalnie do frustracji Skawińskiego. Nadzorca Gniazda stawił się nawet osobiście w sekcji fizjonomicznej, by na własne oczy zobaczyć to, co się dzieje.

Widząc kolejne Skazy, Elegancik wpadł w furię. Wszystkie emocje, które się w nim kumulowały, sprawiły w końcu, że w szaleńczym wręcz transie naubliżał większości pracowników całej sekcji, a pracownicę, która jako pierwsza zauważyła problem, swoimi ostrymi jak brzytwa, kłamliwymi stwierdzeniami doprowadził do histerycznego płaczu. Kiedy ta burza w czarno-czerwonym garniturze i eleganckich lakierkach w końcu opuściła tę sekcję, pracownica wyszła niemalże w tym samym momencie do łazienki, wciąż zalana łzami.

Elegancik przeniósł się do sekcji technicznej, zrywając każdego z jej pracowników na nogi. Przemęczonym, furiackim i trochę przerażonym wzrokiem zmierzył wszystkich zgromadzonych zanim i na nich się wyżył, każąc im pójść do sekcji fizjonomicznej, by sprawdzić wszystkie drukarki. Zapanowało ogólne zdziwienie, ale Robert Koszewski, jako jedyny, nie wyrażał swoją mimiką zaskoczenia, lecz bardziej irytację i niezadowolenie, co od razu wpadło w oko Skawińskiemu. Natychmiastowo wbił w swojego podwładnego świdrujące, nienawistne spojrzenie i spytał sztucznie spokojnym tonem:

— Koszewski, czy masz jakieś uwagi?

Robert poczuł, jak serce zaczyna bić mu szybciej. Został wykryty, wyeksponowany, a Skawiński najprawdopodobniej chce go pokazowo rzucić swojej furii na pożarcie. Rozejrzał się nerwowo po sali, wszyscy uciekali wzrokiem oprócz jednej osoby, Andrzeja Ignaciuka, który razem z Elegancikiem obserwował swojego przyjaciela. Jednak było to inne spojrzenie — ciepłe, wspierające, jakby mówiące mu, że da radę. Uspokoiło to Koszewskiego na tyle, że nawiązał ze swoim przełożonym podobnie świdrujący kontakt wzrokowy i powiedział tonem na tyle zdecydowanym i pewnym, że zaskoczyło to zebranych:

— Kilka dni temu spędziłem przy jednej z tych drukarek jakieś 4 godziny, proszę pana. To nie ze sprzętem jest problem.

— Tak? — odparł z irytacją w głosie Skawiński. — To skąd tyle Skaz? Z czym problem? Może się pan podzieli z nami wszystkimi, skoro najwidoczniej pan wie?

Robert spojrzał o wiele pewniejszym wzrokiem na Ignaciuka, a ten, jakby wyczuwając, co się szykuje, kiwnął w jego kierunku twierdząco głową. Reszta pracowników szeptała między sobą, wyczuwając, że atmosfera robi się coraz bardziej napięta.

— Pan też by wiedział, gdyby słuchał pan choćby w małym stopniu swoich pracowników. Ale najwidoczniej od ciągłych wrzasków już pan ogłuchł — ostatnie zdanie Koszewski wypowiedział przez prawie zaciśnięte zęby.

W sali zapanowała cisza. Wszyscy byli w szoku, a sam Skawiński wyglądał tak, jakby ktoś go właśnie spoliczkował. Elegancik zacisnął szczęki i z furią w oczach zaczął iść w stronę swojego podwładnego. Ten w odpowiedzi wstał, sprawiając, że o głowę od niego niższy Elegancik wyglądał przy nim w tej scenie niemal karykaturalnie. Nikomu jednak nie było do śmiechu.

— Możesz powtórzyć to ostatnie zdanie? — powiedział gniewnie szef. — Bo najwidoczniej chyba jednak niedosłyszę — dodał cynicznie.

— Powiedziałem, że od ciągłych wrzasków najwidoczniej pan już ogłuchł. Choć, szczerze, nie wiem, czy kiedykolwiek słuchał pan kogokolwiek. Potrafi to pan w ogóle?

Skawiński prychnął nerwowo, po czym spróbował spoliczkować swojego pracownika. Koszewski przewidział to jednak i złapał rękę Elegancika zanim ta zbliżyła się na niebezpieczną odległość. Po chwili nieudanej, drobnej szarpaniny, Skawiński odpuścił próbowanie fizycznej napaści, widocznie upokorzony. Jednak z kąsania nie zrezygnował.

— Potrafię lepiej niż ty. Przez tygodnie nie potrafiłeś wykonać prostego polecenia i teraz jesteśmy, gdzie jesteśmy. Może twoi koledzy dowiedzą się wreszcie, jakim jesteś nieudacznikiem?

— Niech dowiedzą się, jakiego mają szefa — odparł Robert, patrząc Maksymilianowi prosto w oczy. — Szefa, który wciąga szeregowego pracownika w sprawy, które powinien załatwiać sam, ale nie potrafi. Wciągnął mnie pan w konflikt, w którym nie powinienem nigdy uczestniczyć, ba, o którym nie powinienem nigdy wiedzieć! A kiedy ta durna decyzja przyniosła odpowiednio durne rezultaty, stwierdził pan, że zrobi coś jeszcze głupszego i po prostu powybija lata pracy profesorki Malinowskiej na jej oczach, zapominając najwidoczniej o tym, że sam się pan bał tego, że jakiś poważniejszy wstrząs sprawi, że po prostu umrze. I co? Umarła. Może i został pan bez sprawnych Prototypów Piątych, ale za to — Koszewski ironizował — nie można ich teraz nawet odtworzyć. Rzeczywiście ma pan łeb do biznesu.

Skawiński stanął jak wryty. Dobre dwie minuty zastanawiał się, co w ogóle odpowiedzieć. Wszystkie oczy były zwrócone na niego.

— Jesteś kretynem, Koszewski. Nie wiesz, kto jest w Zarządzie. Pieprzony, przerośnięty dzieciak. — Skawiński coraz bardziej podnosił głos. — Wypierdoliłbym cię na zbity pysk, gdyby nie fakt, że wszystkie ręce są teraz potrzebne, nawet takie, jak twoje, co ze wszystkiego robią gó-

Robert nie wytrzymał i przerwał swojemu przełożonemu uderzając go z całej siły w brzuch. Reszta sali patrzyła na tę scenę z przerażeniem. Skawiński zgiął się wpół i nie potrafił wziąć wdechu.

— Wie pan co, skoro i tak zwolnić mnie pan nie ma jak, to mogę w końcu być szczery. Niech ten ból powie panu więcej niż tysiąc słów. A wypłatę niech mi se pan ucina za to, jak najbardziej. Mogę nawet nic nie dostawać, ale mam po dziurki w nosie traktowania mnie jak szmaty. I inni, myślę, też. A te drukarki, to niech pan sobie sam sprawdzi.

Wściekły Robert poszedł prosto w kierunku wyjścia z sekcji technicznej. Musiał odetchnąć, uspokoić się, ochłonąć. Ignaciuk zerwał się z miejsca i pobiegł za nim, podczas gdy reszta, ignorując leżącego na ziemi, podwójnie upokorzonego Skawińskiego, wróciła do swoich dotychczasowych zajęć.

Koszewski usiadł przy ścianie na korytarzu i patrzył tępo w sufit. Emocje powoli opadały i dochodziło do niego, co się właśnie stało.

— Tu jesteś, pokerzysto. — usłyszał znajomy głos obok siebie.

— Myślałem, że mnie w tym wspierasz — odpowiedział sucho.

— Bo tak jest, dobrze mu powiedziałeś. No ale to było trochę, wiesz, ryzykowne. Poza tym, Robert, no nie poznaję cię!

— Wszystko ma swoje granice, psia mać. Będzie miał nauczkę.

— Wątpię, niestety. Tacy lu-

Przerwał im jednak kobiecy krzyk i stukot obcasów biegnących w ich stronę. To starsza pracowniczka sekcji fizjonomicznej, inna niż ta, przy której ostatnio pracował Koszewski. Była widocznie przerażona.

— Wiecie, gdzie Skawiński? — spytała spanikowana. — Boże, Boże…

— Nie będzie go chwilę — odparł spokojnie Ignaciuk. — Co się dzieje?

— W… w… łazience… naszej, na produkcji… o Boże… Boże…

Koszewski wstał i złapał ją za ramiona.

— Spójrz mi w oczy i uspokój się. Co się stało?

— Ania… w łazience… Jezu…

Robert i Andrzej spojrzeli na siebie szeroko otwartymi oczami, gdy dotarło do nich, do czego najprawdopodobniej doszło.

— Była kłótnia z szefem… ona się załamała… i… i…

— Andrzej, biegnij do medycznego — rzucił Robert szybko. — A pani niech pójdzie na chwilę do środka. Zawiadomiliście już kogokolwiek?

Pracownica, ze łzami w oczach, pokiwała przecząco. Andrzej rzucił się w stronę najbliższego telefonu.

— Wszyscy w szoku… Boże…

— W środku ktoś z panią poczeka. Idę zobaczyć, co się stało, dobrze? — spytał Robert.

— Dobrze…

Sprintem zmierzał w stronę sekcji fizjonomicznej, docierając na miejsce zadyszany. Po kilku sekundach odpoczynku powoli podszedł do małego tłumu przy drzwiach łazienki.

— Ludzie! — klasnął kilka razy. — Hej! Przesuńcie się trochę, zaraz przyjdą ratownicy.

Młody technik kontynuował klaskanie w celu zwrócenia na siebie uwagi jak największej liczby osób, powtarzając jak mantrę, by zrobili miejsce ratownikom, którzy już są w drodze. Ludzie, na szczęście, zauważyli go po czasie i zaczęli się odsuwać, odsłaniając przed nim przerażający widok.

Leżała na ziemi w kałuży krwi z podłużną, krótką dziurą przy boku szyi, bliżej żuchwy. Robert zamilkł i stanął jak wryty, obserwując ten makabryczny obrazek. Od razu przypomniał sobie całą swoją rozmowę z nią, jak ją początkowo traktował… czy to może być też po części jego wina? Z drugiej strony zrobiła to po awanturze ze Skawińskim. Co on jej musiał powiedzieć?

Wciąż w ciężkim szoku został odepchnięty na bok przez Ignaciuka, który przybiegł tam razem z ratownikami. Koszewski wciąż, jakby w transie, wpatrywał się w drzwi, ignorując świat wokół. Był w trakcie uświadamiania sobie, że jest w piekle.

— Hej! Robert! — Andrzej potrząsnął nim w końcu, a młody technik, jakby wyrwany gwałtownie ze snu, spojrzał na niego tępym wzrokiem. — Mówię do ciebie od pół minuty. Coś tak pobladł?

— Ja… — mruknął niemrawo, po czym zobaczył, jak ratownicy wynoszą martwą pracowniczkę na noszach. — Chyba nie lubię… widoku… krwi.

I wpadł przyjacielowi w ramiona, mdlejąc.

Wydarzenia te były jednak tylko preludium, niewinnym wstępem do dalszych wypadków z okresu, kiedy upadek budowanego latami, lokalnego systemu, jak i całego projektu, stawał się coraz bardziej oczywisty. Kiedy zespół dobijała już utrata nadziei na wznowienie produkcji jakichkolwiek prototypów, dawno wypuszczone do miasta syntetyki wcześniejszych generacji zauważalnie zmieniły swoje zachowanie. Podczas jakiegokolwiek przejazdu nie ignorowały już pracowników, zamiast tego aktywnie ich obserwowały. Niektórzy też skarżyli się, że mechaniczne ptaki podczas objazdów zdają się ich śledzić. Oprócz upadku morale, na załodze Gniazda ciążyć zaczęła także coraz większa paranoja i strach o ich bezpieczeństwo.

Część osób wzięła urlopy i wykorzystała nieprzerwanie otwartą Bramę, by dostać się z powrotem do domu, do świata, od którego Beta-4 dotychczas była iluzoryczną ucieczką. Kierownictwo Gniazda, ze Skawińskim na czele, próbowali temu, oczywiście, zapobiegać, lecz dopiero wzbronienie pracownikom wstępu do Bramy zatrzymało ten exodus. Rozwiązanie to było, co prawda, niezgodne ze wszelkimi prawami, ale kogo można o tym zawiadomić znajdując się w kieszonkowym wymiarze? Informacja o uwięzieniu w Becie-4 sprawiła jednak, że morale pozostałej, bardzo okrojonej części personelu Gniazda upadło już całkowicie.

Punktem przełomowym okazały się jednak pogłoski o zaginięciu pieszego patrolu. Mimo ścisłej kontroli obiegu informacji przez Skawińskiego, ludzie szeptali między sobą, opowiadając sobie coraz bardziej oderwane od rzeczywistości historie na temat zaginionego personelu, przyprawiane dodatkowo ich rosnącymi obawami co do stanu wszystkich syntetyków. Ucięciu spekulacji nie pomagał też fakt, że dziwnym trafem akurat po rozprzestrzenieniu się tych pogłosek wstrzymane zostały wszystkie pozostałe obchody, a ochrona placówki z dnia na dzień zmniejszyła się o mniej więcej połowę. Wszyscy, ku niezadowoleniu kierownictwa Gniazda, zdołali połączyć kropki — trwały poszukiwania.

Ta nieznana, lecz mimo to uniwersalnie przerażająca historia płynnie wkroczyła w swój drugi akt po mniej więcej dwóch dniach. Od razu zauważono, że liczba ochroniarzy wróciła do normy sprzed incydentu, lecz nie w sposób, który sugerowałby, że sprawa jest zamknięta. Wyjątkowo duże zagęszczenie ochrony wytworzyło się bowiem w sekcji medycznej, odcinając całe jej skrzydło, co napędzało dalsze pogłoski, jakoby poszukiwania nie zakończyły się niczym dobrym.

Jak grzyby po deszczu w tych okolicznościach wyrosły przekazywane od ucha do ucha historie ludzi, którzy rzekomo zdołali się tam przekraść, dlatego raz ofiarą był jeden członek patrolu, raz obu, a raz nawet osoba spoza Gniazda, w tym przypadku jednak nikt nie potrafił doprecyzować, czy wzięła się tam znikąd, czy może z placówki nadzorczej w miasteczku. Wszyscy byli jednak pewni straszliwych obrażeń, jakich ta osoba bądź osoby doznały, a raczej ich rozległości. Wersje co do lokalizacji ran i stanu zdrowia poszkodowanych były już natomiast tak samo sprzeczne, mętne i niepewne, jak to, kto dokładnie został odnaleziony.

Wszystkie wątpliwości, ale tylko dla wnikliwych obserwatorów, rozwiane zostały, kiedy sytuacja płynnie przeszła do aktu trzeciego, zakończenia. Ochrona na powrót rozproszyła się równomiernie po całym Gnieździe, zamknięte wcześniej skrzydło sekcji medycznej na nowo udostępniono dla reszty personelu. Znajdowały się tam, co ciekawe, dwa świeżo wysprzątane łóżka. W placówce brakowało też dwóch twarzy ochroniarzy, a obchody, po cichu, zwiększono z dwóch osób do czterech.

Niedługo po ustabilizowaniu się sytuacji pojawiły się zwiastuny ewentualnej kontynuacji. Po jednym z obchodów bowiem, dwóch ochroniarzy wróciło dotkliwie pobitych i niesionych przez dwóch, także rannych, pozostałych kolegów. Wszystkie pogłoski i plotki wśród pracowników Gniazda wybuchły ze zdwojoną siłą. Sytuacja wyglądała według każdego coraz bardziej nieciekawie.

Kiedy tajemnicze ataki na patrolach, impas w pracach i atmosfera niepokoju stały się elementami rutyny, kolejna zębatka tego całego mechanizmu, tym razem jednak niezależnie od wcześniejszych pęknięć, wypadła z głośnym hukiem. Do załogi Gniazda dotarły informacje z Ziemi, że przez wystąpienie burzy słonecznej rozwinęły się globalne problemy z elektrycznością. Nie był to jeszcze całkowity blackout i nie zanosiło się na to, lecz, według wszystkich tych relacji, sytuacja nie była stabilna. W ramach ciekawostek mówili nawet o teoriach, jakie powstają, mówiących, że to boska interwencja, że karma wraca do odczłowieczonego świata.

— Tylko że najbardziej odczują to ci najsłabsi — zauważył Koszewski przytomnie, podczas rozmowy z jednym ze współpracowników. — Więc no… pomysł z karmą się kupy nie trzyma.

— Szczerze, może ich los też chciałby ukarać. Cóż, to i tak ich wina poniekąd. Trzeba było się zabezpieczyć.

— Spójrz na naszą wypłatę i powiedz to przed lustrem jeszcze raz. Powodzenia. — Robert z lekko cynicznym uśmiechem poklepał współpracownika po ramieniu.

— U nas jest chociaż stabilnie.

Nie minęło kilka godzin, a prawdziwość tego twierdzenia została brutalnie zweryfikowana. Po serii niepokojących odgłosów z kierunku Bramy, które rozeszły się po całym Gnieździe, na kilka minut zgasły światła, skutkując zapanowaniem kompletnej ciemności. Wszyscy byli skonfundowani, lecz do paniki nie było nawet blisko. Wycieńczenie dotychczasowymi okolicznościami okazało się zbyt duże, by utrata zasilania wzbudzała przerażenie.

Jednak to nie odcięcie zasilania, lecz jego przywrócenie poskutkowało prawdziwym chaosem. Liczne, patologiczne wręcz oszczędności ze strony Zarządu w procesie budowy samego Gniazda w tym właśnie momencie dały o sobie znać. Wszystkie urządzenia, nawet jeśli nie były wcześniej uruchomione, w jednym momencie włączyły się, doprowadzając prawie do kolejnej awarii. Największy bałagan powstał przez to w sekcji fizjonomicznej, w której każda z drukarek zaczęła, mimo niewystarczającej ilości materiałów, pracować.

Niemal wszyscy pozostali w Gnieździe pracownicy tej sekcji ruszyli w astronomicznym tempie, by wykonać syzyfową pracę wyłączenia każdej drukarki. Część z tych urządzeń zdążyła zacząć już tworzyć pojedyncze części ciała nowych syntetyków, których przez ogólne wycieńczenie personelu po prostu nie utylizowano. Na szczęście jednak, większość udało się wyłączyć zanim rozpoczął się proces drukowania. Od razu po opanowaniu sytuacji tych około dziesięć osób z sekcji fizjonomicznej, które pozostało w Gnieździe, wyraziło wolę odejścia, lecz spotkało się z odmową. Wzięcia urlopu także im zabroniono, w końcu szeregowi pracownicy nadal nie mieli przywróconego dostępu do Bramy. Jednak nie tylko dla nich był to trudny dzień.

Całą pozostałą w Gnieździe część sekcji technicznej wezwano, wyjątkowo, do Bramy. Łączonym wysiłkiem mieli dojść do przyczyny awarii zasilania w placówce oraz, przede wszystkim, do przyczyny wyłączenia się na kilka chwil jedynego połączenia z ich światem. Ten znacznych rozmiarów cud techniki złożony z dziesięciu grubych, napakowanych skomplikowaną maszynerią łuków podłączonych do terminala sterującego, stojący w największym i centralnym pomieszczeniu w Gnieździe miał bowiem działać nieprzerwanie i stabilnie. W końcu tylko taki stan rzeczy dawał pewność bezpiecznego powrotu. Jednak, jak się okazało, cały ten mechanizm nie był pozbawiony wad.

— Więc… — zaczął Koszewski, wytypowany do rozmowy z zastępcą Skawińskiego przez resztę zespołu — sytuacja jest… em… specyficzna.

— Proszę — zastępca przyłożył palce do ust, stresowo nadgryzając jednego paznokcia — przejdź do rzeczy. Mów wprost.

— Dobra wiadomość jest taka, że nie ma problemu z mechanizmem Bramy po naszej stronie. Wszystko działa prawidłowo.

— A zła?

— Przy kolejnym blackoucie po drugiej stronie, takie incydenty będą się powtarzać, proszę pana. — Robert westchnął. — Niestety. A to już może się skończyć poważniejszą awarią.

— Kurwa — zastępca, widocznie też zmęczony, zaklął cicho. — Mogę chociaż wiedzieć dlaczego?

— Spróbuję wytłumaczyć to dosyć łopatologicznie —zaczął młody technik. — Obie części Bramy są ze sobą połączone, w sensie, między nimi funkcjonuje stabilny tunel. System działa tak, że jeśli jedna z Bram przestanie odpowiadać, to ma szukać tego połączenia za wszelką cenę, co najwidoczniej przeciąża instalację w placówce i przy okazji pewnie nadwyręża samą Bramę. W ostateczności system może wymusić wytworzenie niestabilnego tunelu, ale do tego nie dochodzi, bo wszystko po prostu wywala. Stąd blackout u nas i wyłączenie się przez niego Bramy.

— Możemy temu jakoś… wie pan… zaradzić? Naprawić to może?

— W ostateczności można by było przełączyć system na sterowanie ręczne, choć i tak sama próba utworzenia niestabilnego tunelu ma jakąś szansę na powodzenie tylko jak ograniczymy obciążenie ze strony reszty placówki, co aktualnie jest średnio możliwe. Inną opcją jest generalny remont Gniazda i zaplanowanie tego wszystkiego lepiej, ale to też na razie nie wchodzi w grę. Chyba w takiej sytuacji możemy się tylko modlić o koniec burzy słonecznej.

Zastępca przyjął tę informację ze zrozumieniem, lecz bez przytakiwania. Stał nieruchomo, milczący i zamyślony. Sytuacja była zła. Po dłuższej chwili namysłu zdobył jednak się na odwagę, by sformułować na to odpowiedź:

— Nie mówcie tego nikomu spoza waszej sekcji. Choćby nie wiadomo jak pytali — powiedział. — To polecenie służbowe. Możecie wracać do siebie.

Mimo faktu, że sekcja techniczna, podobnie jak wszystkie inne sekcje Gniazda w tamtym momencie, była skonfliktowana z kierownictwem placówki, to wszyscy obecni postanowili, że tego polecenia posłuchają. Racjonalizowali tę decyzję, mówiąc między sobą, że rozpowszechnienie tej informacji na pewno spowodowałoby panikę, nawet mimo zmęczenia, chaos, którego nie dałoby się opanować. Sytuacja była napięta, lecz przetrwanie jej wymagało od wszystkich cierpliwości i spokoju, w końcu burza kiedyś minie, a panika sprawiłaby, że całość personelu zostałaby narażona na inne potencjalne zagrożenia, które na razie pokazywały się tylko okazjonalnie. Wszyscy w sekcji technicznej byli zgodni, że do utrzymania tego stanu rzeczy w obecnych okolicznościach potrzeba płynnej współpracy z kierownictwem, jednak tylko w sferze czczych nadziei funkcjonowało przekonanie, że uda się odbudować z nimi relacje na tyle szybko, by było to możliwe.

Jak się jednak okazało, zarząd placówki, ze Skawińskim na czele, miał nieco inne plany na przeczekanie burzy słonecznej. Wcielił je w życie pod osłoną nocy, dziwnym trafem akurat wtedy, gdy ten ułamek dawnego personelu, który pozostał w Becie-4, spał.

Pierwszy dzień minął wszystkim pod znakiem słodkiej niewiedzy. Wykonywali swoje obowiązki tak samo apatyczni i wycieńczeni, jak przez ostatnie tygodnie. Było spokojnie, co w napiętej atmosferze panującej dotychczas w Gnieździe było zdecydowanie nietypowe. Zastępcy przestali chodzić po sekcjach, by “nadzorować” ich “pracę”, a zza opuszczonych zasłon biura Skawińskiego nie było słychać już wściekłych telefonów, bluzgania pod nosem ani nawet cichego, desperackiego płaczu, który zdarzał się od czasu do czasu. Ochrony z kolei nie było wcale, co starano się tłumaczyć prawdopodobieństwem kolejnego zaginięcia podczas patrolu.

Kiedy ten sam stan utrzymał się drugiego dnia, ludzie zaczęli się niepokoić. Wróciła im energia do szeptania między sobą i powielania często wyssanych z palca, kompletnie oderwanych od rzeczywistości doniesień. Jedno pytanie jednak, dosyć racjonalne w zaistniałej sytuacji, przewijało się regularnie i bez ustanku:

Co jeśli po prostu ich nie ma?

Sekcja techniczna nadal bała się paniki. Podobnie jak w innych sekcjach, w Gnieździe od nich znajdowało się około dziesięć osób, lecz to nie przeszkadzało im w próbach przejęcia kontroli nad sytuacją. Na nic zdały się jednak starania o uspokojenie sytuacji, maszyna uległa całkowitemu rozpadowi. Każdy działał na własną rękę, rozpoczęły się “śledztwa”, które dawały coraz więcej niepokojących odpowiedzi na piętrzące się pytania. Biura Skawińskiego nie dało się otworzyć, więc ktoś wybił szybę i odkrył, że kierownika brakuje. Zastępców też nikt nie potrafił absolutnie nigdzie znaleźć.

Wytypowano sześć osób, w tym Koszewskiego i Ignaciuka, które miały za zadanie wyjść na powierzchnię mimo braku ochrony i pojechać do miasteczka, by sprawdzić, czy nie przenieśli się do placówki nadzorczej przez jakieś nieprzewidziane okoliczności. Reszta, w tym pozostali technicy, zająć się mieli otwarciem pomieszczenia, w którym znajdowała się Brama.

— To jest wszystko tak cholernie głupie… — powiedział w końcu Robert, opierając głowę o szybę serwisowego pojazdu. — Po co? Po co mieliby zwiewać?

— Jak to po co? — prychnął Ignaciuk. — Dla swojego komfortu. Przerazili się, że jest malutka szansa, że coś się zepsuje, dlatego sami uciekli na drugą stronę, a po nas pewnie wrócą, jak burza się skończy. Perfidne, ale może w ich głowach ma to jakiś sens.

— Mogli zostawić kogokolwiek z kierownictwa, by wyjaśnił sytuację. Zresztą, jak wrócą, to pewnie zamkną cały projekt, więc być może dożyjemy, o ile dożyjemy, do ich powrotu tylko po to, by dowiedzieć się, że jesteśmy zwolnieni. Super. Świetnie nas potraktowali.

— Mówiłem ci — odpowiedział Ignaciuk poważnym tonem. — To nie za nas wyłożyli miliardy. Jak się pozabijamy, to dla nich nawet lepiej. Odratują sobie sprzęt, a nam nie będą musieli wypłacić odp-

— Wiesz co? Może skończmy tę rozmowę…

Koszewski zapatrzył się na chwilę w sylwetkę, która obserwowała ich gdzieś między drzewami. Nie wyglądała na dorosłą, jak reszta syntetyków. Bardziej przypominała dziecko. A może tylko mu się przewidziało?

— Co tam wypatrzyłeś? — zaczepił go znów Andrzej.

— Nic… wydawało mi się.

W miasteczku atmosfera była nietypowa. Zupełnie inaczej przebywało się tam przed pogrzebem profesorki Malinowskiej. Syntetyki na obecność personelu były obojętne, traktowały go jak duchy, lecz teraz obecność serwisowego pojazdu wzbudzała niemałe zaciekawienie. Wszystkie oglądały się za nim z pustym, jakby niezadowolonym wyrazem twarzy. Świdrowały przy tym wzrokiem tych, którzy znajdowali się w środku.

Pojazd dojechał w końcu jednak do, na dobrą sprawę, niezamieszkałej części miasteczka. Była najświeższa, wybudowana dla przyszłych Prototypów Piątych, lecz przez to, że nie przeszły do etapu trwałych plenerowych testów, nie było im dane tu zamieszkać. Znajdowało się tu jednak coś jeszcze, budynek, który na tle wszechobecnej bieli bliźniaczo podobnych domków bardzo się wyróżniał — czarna budowla, placówka nadzorcza. Cel całej tej wycieczki.

— Po co my tu w ogóle się pchamy? — spytał jeden z uczestników wyprawy. — Przecież to jasne, że uciekli. Całe kierownictwo i ochrona miały się tu nagle przenieść?

— Kazali sprawdzić, to sprawdzamy — odpowiedział ze zrezygnowaniem Koszewski. — Najgorsza wiedza lepsza od niewiedzy. Może uda się ogarnąć towarzystwo.

Wszyscy weszli do środka. Było pusto i cicho. Niektórych przeszły dreszcze.

— No, nikogo nie ma, możemy chyba wracać — obwieścił dumnie inny uczestnik. — Chyba że chcecie coś tu jeszcze sprawdzić, dla pewności.

— Tak, chcemy — odparł sucho Ignaciuk. — Możesz pilnować wozu.

Pozostała część uczestników rozeszła się po budynku. Robert został na parterze, zamyślając się dosyć głęboko nad wszystkim, co go ostatnio spotykało. Za każdym razem, gdy miał wrażenie, że kolejny dzień nie może być już gorszy, rzeczywistość rozbijała tę iluzję w drobny mak. Był przemęczony, zły, a teraz czuł się też zdradzony, podobnie jak reszta ludzi z Gniazda.

Podszedł w końcu do recepcji i od razu w jego oczy rzuciło się niedbalstwo tych, którzy zapewne jeszcze przed kilkoma dniami tu przesiadywali. Wszystkie dokumenty były pozostawione luzem, nieposegregowane, porozrzucane po biurku i szufladach. Koszewski przytomnie stwierdził, że jak kierownictwo już wróci, to będzie chciało te dokumenty zabrać. Zebrał więc je wszystkie i zamierzał odłożyć je na biurko Skawińskiego, jak tylko wrócą z powrotem do Gniazda. Niestety jedna z kartek, zdmuchnięta leciutkim ruchem powietrza, spadła i wślizgnęła się pod biurko. Robert westchnął tylko i nawet nie próbował o nią zawalczyć. I tak zrobił już więcej niż musiał.

W końcu osoby, które były na piętrze, powoli schodziły na parter. Milczeli, głowy mieli zwieszone, jakby zobaczyli coś, czego nie chcieli nigdy zobaczyć. Rzuciło się to od razu w oczy Koszewskiemu.

— Coś się… stało? — spytał.

— Nieważne — odpowiedział jeden z nich. — Nie ma czego tu szukać. Wracajmy do wozu.

Wszyscy ci, którzy byli na parterze, dostali w ten sposób wyraźny sygnał, by nie dociekać. Domyślali się, że było to coś, co raczej nie wnosiło zbyt wiele do ich “misji”, lecz mogło jeszcze bardziej pogorszyć i tak katastrofalne już nastroje. W tej chwili milczenia ustaliło się więc swoiste status quo — ludzie sprawdzający piętro mieli zachowywać się tak, jakby nic się nie stało, a ci sprawdzający parter po prostu nie zadawać zbędnych pytań.

Robert podszedł do wozu i spakował do niego wszystkie zabrane przez siebie dokumenty i gdy tylko odwrócił się kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, spostrzegł, że nikt nie wsiada do pojazdu. Wszyscy rozglądali się dziwnie, wyglądali na skonfundowanych.

— Co jest? — spytał zmieszanym tonem Koszewski.

— Jacka brakuje — odpowiedział szybko Ignaciuk. — Miał pilnować wozu.

— Jacuś raczej by nigdzie nie polazł — powiedział inny uczestnik, widocznie zaniepokojony. — Coś się stało.

Koszewski, oczywiście, pod wpływem tej informacji dołączył do poszukiwań. Od razu w oczy rzucił mu się nietypowy widok. Pojedynczy ptak, gawron, siedział idealnie pośrodku dachu i patrzył prosto na niego. Krok w tył, krok w bok, krok w przód, głowa ptaka podążała za każdym jego ruchem. Robert obrócił się w kierunku białych zabudowań, zauważając na ich dachach kolejne gawrony, obserwujące innych członków wyprawy. Od razu przypomniał sobie pogłoski o ptakach obserwujących ludzi, o zaginięciach, o stanie, w jakim znajdowano ochroniarzy po wszelkich incydentach. Serce zabiło mu szybciej. Ptaków było prawie tyle, ile ludzi tu przyjechało. Brakowało tylko jednego.

— Jedźmy stąd — powiedział ze strachem w głosie.

— Co? — odpowiedział Ignaciuk. — A Jacek?

— Nie jesteśmy tu sami. — i wskazał na ptaki na dachach.

Wszyscy zaczęli się rozglądać, skupiać swoją uwagę na jakby przypisanych im gawronach. Zauważyli, że brakuje jednego i, podobnie jak Robert, zaczęli łączyć kropki. Wtedy też wszystkie ptaki zerwały się do lotu i poleciały w głąb miasta, każdy w tym samym kierunku. Ten obrazek zadziałał na wszystkich wyjątkowo mobilizująco. Wszyscy bardzo szybko wsiedli do pojazdu, a kierowca przez stres musiał odpalać go trzy razy zanim ruszył przed siebie z piskiem opon. Wszyscy milczeli, świadomi, że jeśli nie wrócą na czas do Gniazda, to to oni staną się kolejnymi ofiarami.

Przejazd przez miasteczko szedł gładko, lecz nie był to dobry znak. Ulice się wyludniły, jakby wszystkie syntetyki nagle zniknęły. Część osób w pojeździe nerwowo patrzyła w przednią szybę, pozostała z przejęciem obserwowała szyby boczne. Coś było mocno nie tak.

— O mój Boże, zawracaj! ZAWRACAJ! — krzyknął jeden z nich do kierowcy, kiedy tylko wyjechali poza granice miasteczka.

Na drodze stało zgromadzenie syntetyków. Czekały, patrząc się prosto na nich. Kierowca zauważył to niemalże równo z krzykiem. Od razu skręcił gwałtownie, licząc, że zdoła wrócić na trasę, lecz kiedy tylko wjechał w grząską, plastikową imitację ziemi, pojazd przestał się go słuchać i wsunął się trochę w głąb lasu, zanim się zakopał. Nie było czasu. Przez tylną szybę widzieli, że zgromadzenie idzie w ich stronę. Zaczęło się polowanie.

Wszyscy porozumieli się bez słów. Z zawrotną prędkością pootwierały się drzwi samochodu i każdy, kto mógł, wybiegł jak najszybciej. Kierowcy zacięły się pasy. Robert, biegnący razem z Ignaciukiem, obejrzał się na chwilę do tyłu, dostrzegając tylko, jak pobitego do nieprzytomności kolegę wyciągają z fotela i ciągną go w głąb lasu. Część z nich się skaleczyła, zostawiając niebieskie ślady, które tylko bardziej ich frustrowały, motywując do kopania i szarpania swojej ofiary. Nikt z ocalałych nie chciał tak skończyć. Musieli dotrzeć do starego włazu Gniazda.

Reszta zbiorowiska syntetyków wbiegła w las, szukając uciekających osób. Co pewien czas Robert i Andrzej słyszeli krzyki, niosące się po lesie, głośne błagania, pod wpływem których tylko przyspieszali. W końcu jednak ich ciała powiedziały “stop”. Musieli się zatrzymać, choć na chwilę. Znaleźli w końcu kraniec wzniesienia, na które, najwidoczniej, wbiegali i przysiedli po drugiej stronie tak, by zza ich pleców nikt nie miał jak ich zauważyć. Obaj dyszeli ciężko, Robert dygotał ze strachu.

— Boże… czemu… czemu… — mówił Koszewski do siebie po cichu.

— Pamiętasz tę egzekucję Skawińskiego? — Ignaciuk podniósł głowę zamyślony, mówił prawie szeptem. — Robert, pamiętasz to?

— Tak, pamiętam… pamiętam! Ale, kurwa mać, naprawdę to teraz takie ważne? Durna pokazówka. Wiem, wiem…

— Nie rozumiesz — odpowiedział Andrzej poirytowany. — Kilku nie znaleźli. Były świadome, tak?

— Tak to wyglądało.

— Co jeśli się mszczą? W sensie, jeśli kilka zbiegłych Piątek… no wiesz…

— Dlaczego na nas? Nie na kierownikach czy ochronie, tylko na nas?

— Ochronę już bili, a kierowników gdzieś tu widzisz? Poza tym, pozwoliliśmy na to. Pozwoliliśmy mu to zrobić.

— Przecież to nie ludzie — strofował go Robert szeptem. — Mają mieć krótką, selektywną pamięć. A to, to jakiś absurd.

— Ale nie miały — odparł przyjaciel. — W tym sęk, nie były takie, jak nam się wydawało. I nie są. Za to Czwórki już jak najbardziej, sam widzisz, że tępo robią, co im się każe.

— Czyli Skawiński zabił też i nas — mruknął Robert smutno. — Nie chcę umierać.

— Ja też nie — odpowiedział Ignaciuk ze łzami w oczach. — Ale może będziemy mieć szczęście. Może dotrzemy, uda nam się, jak to mówiłeś? “Stworzyć niestabilny tunel”? Albo chociaż tobie… albo mnie…

Robert spojrzał na przyjaciela. Podobnie jak Andrzejowi, jemu też oczy zachodziły łzami. Obaj bez słów stwierdzili, że trzeba ruszać dalej i powoli zaczęli wstawać. Tych kilka sekund oddechu, które im zostały, chcieli jednak wykorzystać na dalszą rozmowę.

— Ale jeśli to koniec lub jest do niego blisko… chciałbym, byś coś wiedział…

Koszewski spojrzał na przyjaciela zmieszany, a gdy ten już, płacząc, otwierał usta, młody technik zdążył tylko krzyknąć odruchowo:

— ZA TOBĄ!

Na nic to się zdało. Tajemnica nie została zdradzona, ponieważ pchnięta z całej siły przez pojedynczego syntetyka głowa Ignaciuka uderzyła w sztuczne drzewo z taką siłą, że słychać było, jak pęka czaszka. Syntetyk zaczął kopać umierającego, a Robert nie zastanawiał się dwa razy. Tu nie było miejsca na heroizm. Szepnął tylko przez ściśnięte gardło:

— Przepraszam…

I zaczął biec tak szybko, jak umiał. Przed siebie, niemal na oślep, jakby licząc, że natrafi na Gniazdo. Mimo że na czas biegu wstrzymywał płacz, łzy same cisnęły się do jego oczu, a obraz roztrzaskanej głowy i gasnącego życia w oczach najbliższego przyjaciela wypalił się trwale w jego głowie. Teraz liczyło się jednak to, by samemu przeżyć.

Więc biegł. Niezależnie od tego, czy ktokolwiek dalej go gonił, czy nie.

W końcu dostrzegł, znów, dziecięcą sylwetkę, jakby wskazującą mu drogę. Przemieszczała się razem z nim, pokazywała, gdzie ma biec. Czy to syntetyk? Jeśli tak, to czemu pomagał? I czy na pewno?

Wszelkie wątpliwości zostały szybko rozwiane, kiedy tylko dzieciak zniknął z zasięgu wzroku Koszewskiego. Oczom młodego technika ukazała się polana, pośrodku której stał właz. Nie mógł już dłużej biec, ze zmęczenia padł na ziemię, odsłaniając przypadkowo kawałek znajdującej się pod nim mogiły. Nie było słychać nikogo. Przeżył, lecz został sam.

I w takim stanie, oddychając ciężko, zaczęło dochodzić do niego, co właściwie się stało. Wszystkie obrazy z tych makabrycznych scen przelatywały mu przez głowę, pobudzając w nim strach i wewnętrzny ból. Zatrzymały się na śmierci Ignaciuka i na nieznanym mu sekrecie, którego nie będzie już mu dane poznać. Doszło do niego, że stracił swoje jedyne oparcie w tym miejscu. Jednak to nie był jeszcze czas na lanie łez. Wciąż nie był przecież bezpieczny.

Wstrzymując desperacko płacz, podniósł się i strzepnął z siebie pojedyncze grudki sztucznej ziemi. Podszedł do włazu, otworzył go powoli i, zamykając go za sobą, zaczął schodzić w dół po drabinie. Było po wszystkim.

Kiedy szedł tym ciemnym, starym korytarzem, wiedział, że dłużej nie jest w stanie się powstrzymywać. Oparł się ręką o ścianę, przyłożył do niej głowę, zaciskając oczy i wreszcie mógł wyrzucić z siebie to wszystko. Płakał długo i obficie, nie tylko nad przyjacielem, ale też przez to, co działo się wokół. Dobił do swojej granicy. Nie chciał spokoju, nie chciał czekania, pragnął wrócić do domu. To miejsce nie było już ucieczką od zepsutego świata, lecz więzieniem, drapieżnikiem na polowaniu, pożerającym wszystkich po kolei.

W końcu udało mu się uspokoić. Oczyszczony, ale wciąż przybity Robert ruszył dalej długim, rzadko odwiedzanym korytarzem aż w końcu dotarł do najstarszej sekcji Gniazda, pierwszego, eksperymentalnego warsztatu, w którym pracowali kiedyś państwo Malinowscy. Ten prawdziwy relikt przeszłości, małe, zaniedbane muzeum całego projektu nie było jednak do końca takie, jakie się na pierwszy rzut oka wydawało. Koszewski szybko zauważył, że w niektórych miejscach jest zauważalnie mniej kurzu niż powinno być, a na biurku leżą stosunkowo nowe papiery. I list.

Przejrzał to wszystko, w milczeniu układając sobie każdy element układanki w głowie. Wiedział już, czemu dzieciak go ratował, czym był i po co go stworzono. Utwierdził się też w przekonaniu, że wszyscy płacą teraz za błędy kierownictwa, nie chcąc przyjąć tej niewygodnej, kolportowanej przez Ignaciuka przed śmiercią myśli, jakoby oni też, swoją biernością, ponosili część odpowiedzialności za sytuację.

Westchnął tylko smutno, odkładając te zapiski i plany tam, gdzie je znalazł. Nie pozostało mu nic innego, jak wrócić do ludzi, którzy zostali w Gnieździe. Ruszył więc kolejnym korytarzem prosto do sekcji fizjonomicznej, gdzie zastał niepokojący widok. Drukarki działały, lecz większość z nich operowała już na braku materiałów. Pod jego nieobecność doszło z jakiegoś powodu do kolejnego blackoutu. Po drodze Robert wyłączył kilka z nich, frustrując się przy tym faktem, że nikt tu nie został. Tam, gdzie leżały już widoczne jak na dłoni, zdeformowane Skazy, bał się wchodzić. Wolał zostawić to ludziom, do których należało zajmowanie się takimi syntetykami.

W trakcie spaceru po sekcji fizjonomicznej, poczuł lekki wstrząs i światło na powrót zgasło. Jedynym, co powstrzymywało to miejsce przed pogrążeniem się w całkowitej ciemności, były słabe lampki awaryjne. Robert zmuszony był więc do kierowania się po omacku w kierunku przejścia do innej sekcji. Musiał dotrzeć do Bramy, pomóc im, ostrzec przed tym, co dzieje się na górze. Już prawie skupił się w pełni na tym celu, gdy usłyszał z jednego ze stanowisk odgłos stóp stawianych na posadzkę, a potem upadku. Któraś ze Skaz wstała.

Nie było czasu na oglądanie się. Pamiętał doskonale, że syntetykom nauka chodzenia zajmowała zwykle około dwie minuty, a patrząc na defekty Skaz, z dużą dozą pewności mógł doliczyć sobie jeszcze jedną lub półtorej. Nie wiadomo jednak, czy inne nie zdążyły już opanować tej sztuki. Wyglądało na to, że wszystko zaczęło się walić.

Z bijącym sercem dotarł do przejścia tylko po to, by odkryć, że jest zamknięte. “Gnoje musieli stwierdzić, że optymalnym rozwiązaniem problemu niepohamowanej chęci kretyńskiego gapienia się na pracujących techników będzie uruchomienie kwarantanny” myślał sobie. Ktoś musiał wypuścić go od zewnętrznej strony. Kończył mu się czas.

Zasilanie wróciło, lecz, paradoksalnie, były to bardziej wieści hiobowe niż jakiekolwiek inne. Ciemność stanowiła dodatkowe zabezpieczenie, ogromną kryjówkę. Teraz zniknęła. Tak też Koszewski mógł zauważyć po rozejrzeniu się, że było kilkoro osób z sekcji fizjonomicznej, które starały się wcześniej opanować sytuację. Teraz jednak, mając na uwadze ich rozmaite urazy, raczej nie było szans na spytanie się ich, co się dzieje.

Robert szybko jednak zwrócił się w kierunku znajdującej się nad drzwiami kamery, machając do niej, pukając w nią palcem, robiąc cokolwiek, co nie byłoby przeraźliwie głośne, a mogłoby jednocześnie zwrócić na niego czyjąś uwagę. Te “ukończone” już Skazy krążyły bez celu między stanowiskami, potykały się, bawiły się zwłokami. Młody technik nie chciał na to patrzeć. Modlił się, by ktokolwiek go stąd wyciągnął.

Kiedy już ze zrezygnowaniem patrzył się prosto w kamerę, akceptując poniekąd swój nieunikniony los, drzwi otwarły się.

— Wychodź, szybko — powiedział głos jednego z jego współpracowników, Marka.

Koszewski nawet nie dyskutował. Posłusznie wykonał polecenie. Wyszedł przez drzwi, a jego wybawca zamknął je, kontynuując kwarantannę.

— Co się stało? Gdzie wszyscy? — spytał nieobecnym głosem Robert.

— Większość poszła was szukać, część poszła zająć się drukarkami i już tam została, a ja i kilka osób musieliśmy sobie radzić z awarią Bramy przy uruchamianiu. Mówiłem im, by się odsunęli…

— Czyli rzeczywiście wszystko się pieprzy… — odpowiedział smutno Koszewski, z nutką strachu w głosie.

— Nie wszystko. Koniec końców udało mi się to uruchomić, a reszta powinna za jakiś czas wró-

— Nie — przerwał mu młody technik ze łzami w oczach. — Nie wrócą. Nie wrócą…

— Chryste… — Marek zamilkł na chwilę, widząc stan współpracownika. — Co się tam działo?

— To polowanie. Oni dali się wywabić. I tak nie znajdą reszty, a tak to by chociaż nie zginęli. Od nas chyba tylko ja…

— A Ignaciuk? Zawsze trzymaliście się razem, to myślałem, że razem też uciekniecie.

— On… — Robert nie mógł wypuścić z siebie tych dalszych słów. Oczy na powrót zaszły mu łzami, a jego usta się ścisnęły.

— Rozumiem… Może chociaż nam uda się stąd uciec. Wiem, w dupę sobie takie pocieszenie mogę wsadzić…

— Nie. Masz rację. Po prostu to zróbmy i tyle — Koszewski przerwał mu bez przekonania.

Marek poklepał Roberta po ramieniu i razem poszli do Bramy. Drzwi były otwarte na oścież, a w okolicy samego urządzenia, które, co zdziwiło Roberta, rzeczywiście zdawało się być uruchomione, leżały dwa zwęglone ciała.

— Jak mówiłem — powiedział Marek, widząc, że Robert się im przygląda. — Nie posłuchali. Wiesz jak to ustawić? Robert?

Koszewski wyłączył się na chwilę, lecz powtórzenie jego imienia wyrwało go z tego krótkiego transu.

— A, tak… tak… Tylko wiesz, niestabilne tunele mają to do siebie, że mogą potrzebować trochę czasu, zanim…

— Przestań już. Wezmę, co dadzą. Nie mam cierpliwości, by czekać — odpowiedział mu poirytowany Marek.

— Eh… to poczekaj przy tym chociaż minutkę. Mam nadzieję, że zadziała.

Koszewski podszedł do konsoli i zaczął ustawiać wszystko, jak należy. Zajęło mu to dobre dziesięć minut, lecz po tym, przy akompaniamencie ogromnego hałasu, łuki zaczęły się poruszać, a między nimi pojawiła się zwiększająca swoje rozmiary, czarno-czerwona wyrwa.

— Mogę wejść pierwszy? — spytał Marek. — Spieszy mi się trochę. Do żony, dzieci.

— Hah, jasne — uśmiechnął się smutno Koszewski. — Powodzenia.

W końcu wyrwa przestała się powiększać, lecz Robert i tak obserwował ją uważnie. Coś mu w niej nie pasowało. Wyglądała tak, jakby trochę… odstawała. Jednak na Marku nie robiło to zbyt dużego wrażenia. Widząc, że przejście jest już odpowiednich rozmiarów, zaczął żwawym krokiem iść w jego stronę.

— No to do zobaczenia po drugiej stronie! — rzucił zadowolony współpracownik z widoczną ulgą w głosie.

— ZACZEKAJ!

Robert nie zdążył dokończyć. Kiedy tylko Marek wszedł w wyrwę, został w nią gwałtownie wciągnięty, a ta jakby zgięła się, zamknęła się częściowo i wypadła z ram Bramy. Jakby obłok czegoś całkowicie przejrzystego, lecz zaginającego przestrzeń, przeleciał z dużą prędkością przez sufit Gniazda, powodując wstrząs w całej placówce, który rzucił Roberta na podłogę.

Światła zgasły. Na jakiś czas parą królewską podziemnego świata zostały czerń i cisza.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported