Propozycja djkaktus III
ocena: +7+x


rozdział11.png

3red.png


PRZEDTYM

— - —

hospital2.png

Drzwi do ambulatorium otworzyły się z hukiem, a ochrona Aarona wybiegła na korytarz. Za nimi pojawił się Nadzorca, biegnąc sprintem w kierunku jedynego oświetlonego pomieszczenia na piętrze. Jego ochroniarze otoczyli drzwi, a on sam wbiegł do środka, zatrzymując się tylko na chwilę, by złapać oddech.

W pomieszczeniu stały dwie inne osoby, a jedna leżała na łóżku podłączona do kilku podtrzymujących życie maszyn. Kos i Zieleń stali obok łóżka, na którym leżała Sophia Nazarejka. Widząc ją, Aaron rzucił się w kierunku łóżka. Położył niepewnie dłoń na jej czole. Jej oddech był płytki.

– Co się stało? – zapytał, jego głos był poszarpany – Co się z nią dzieje?

Twarz Kosa była smutna, ale Zieleń wyglądała na lekko zirytowaną.

– Wiesz, co się jej stało, Aaron – powiedziała – została powieszona za pomocą jedwabnych gwoździ. Jest przeklęta. To właśnie dzieje się z ludźmi, którzy są przeklęci.

Aaron potrząsnął głową. Wiedział, że to, co mówiła było prawdą, ale nie wierzył, że stanie się to tak szybko. Pamiętał pierwszą noc, którą spędzili razem, kiedy powiedziała mu, do czego jest zdolna. Taniec przez czas, tak to nazwała. Roześmiał się. Pewnego dnia zniknęła, a kiedy wróciła, jej nadgarstki były przebite ciemnymi żelaznymi gwoździami, a bok przekłuty. Wtedy już się nie śmiał.

Ale te gwoździe. Felix wiedział, co to było. Coś starego i niebezpiecznego. Ostrzegał przed nimi wtedy - ostrzegał przed tym, co stanie się z jej krwią. Źródło mogło ich chronić przed chorobami, ale…

Przed klątwami? Powiedział. Nie, niestety nie. Klątwy to rzecz nienaturalna. To jest rana, której nie mogę oczyścić.

Ale ona wytrwała. Pracowała dalej, a projekty, którymi zarządzała, kwitły, ale miewała ataki słabości i agonii, które trwały kilka dni, a potem tygodni. Ostatni z nich przeciągnął się do trzech miesięcy. Felix opiekował się nią stosując zabiegi zalecane przez Kosa, ale stało się jasne, że jej stan się pogarsza.

– Powiedziałeś, że możesz temu zapobiec – warknął Aaron na Kosa. – Powiedziałeś, że twoja magia zapobiegnie temu, co może się stać.

Kos uniósł ręce w górę.

– Nie składałem takich obietnic. Powiedziałem, że mogę to opóźnić, co nieuniknione, ale to jest nieuniknione, Panie Siegel. Ma szczęście, że udało jej się wytrzymać tak długo. Te gwoździe nie zostały zaprojektowane dla kogoś, kto przeżył ukrzyżowanie.

Aaron odwrócił się z powrotem do niej. Czuł, jak ciepło narasta na jego twarzy, a coś ostrego i złamanego ropieje w jego wnętrzu. Skóra Sophii zaczęła ciemnieć, najpierw na ramionach, a teraz na piersiach. Cętkowana czerń i szarość, jakby odmrożenia. Owinęli je bandażami, żeby powstrzymać przesiąkanie, ale bandaże przesiąkły na wylot.

– Jak długo jeszcze? – zapytał.

Kos westchnął.

– Może dni. Bardziej prawdopodobne, że godziny.

Aaron nie zareagował. W pomieszczeniu było duszno i martwo, jedynym dźwiękiem było klikanie i brzęczenie maszyn, delikatny pęd powietrza z każdym wspomaganym oddechem i tykanie zegara na ścianie.

– Byłbym niewdzięczny – powiedział Kos – gdybym nie przypomniał ci, że nasz wcześniej omówiony układ może temu zapobiec.

Aaron zesztywniał.

– Nie po to tu jesteśmy, aby to osiągnąć.

Kos wzruszył ramionami.

– Może i nie. Ale warunki kontraktu są jasne. Zatrzymaj rękę śmierci. To- – gestem wskazał w dół na więdnącą postać Sophii – -to jest śmierć. Tak właśnie wygląda.

– Nie masz dużo czasu na decyzję – powiedziała Zieleń, stukając niecierpliwie stopą. – Kiedy już jej nie będzie, to już jej nie będzie. Nie ma możliwości odzyskania jej z powrotem.

Znów poczuł ciepło. W jednej chwili zastanowił się, czy nie pogorszyli jej stanu, aby doprowadzić go do tego momentu - aby wymusić decyzję. Kiedy po raz pierwszy dyskutowano o kontrakcie, panowała niemal jednomyślna zgoda - zwłaszcza wśród tych, którzy mieli najwięcej do zyskania. Zieleń, Archiwista, Pomniejszy. Ale Sophia opierała się, tak samo jak Aaron. Naszym celem nie jest życie wieczne, powiedział. Naszym celem jest czynić dobro w imieniu Fundacji.

Łatwiej jest czynić dobro, gdy nie ma się limitu czasowego, odparła Zieleń.

Wziął głęboki oddech, a potem następny. Wstał i poprawił krawat. Zamknął oczy i skupił się. Skupił się.

– Śmierć – powiedział w przygotowanej łacinie – urzeczywistnij swojego awatara. Pojaw się teraz.

Pokój stał się zimny i cichy. Dźwięki przycichły, aż pozostała tylko cisza. W rogu stała ciemna postać, ponura zjawa, za którą była nicość. Aaron zobaczył, jak Kos zadrżał, a Zieleń chwyciła się poręczy łoża śmierci Sophii.

– Aaron Siegel – wyszeptał głos, ledwo słyszalnie – Powiedziałabym ci, że jestem zaskoczona, ale konwikcje człowieka zostały odrzucone za mniej.

Postać rzuciła swoje puste spojrzenie w dół na łóżko.

– Czeka cię straszna decyzja, czyż nie?

– Przedstaw umowę – powiedział. Jego głos był pusty.

Pojawił się pęd powietrza, a za nim coś w rodzaju grzechoczącego śmiechu. Widmo sięgnęło do swoich potarganych szat i wyciągnęło długie, czarne pióro. W powietrzu przed nimi pojawiła się iskrząca i migocząca czerwona linia, która syczała, paląc się i dymiąc. Pod nią widniał napis JAMES AARON SIEGEL, O5-1. Aaron wyciągnął rękę, chwycił pióro z cienia i przeciągnął jego brzytwową końcówką po dłoni. W jego dłoni pojawiła się gruba strużka krwi, a on zacisnął mocno koniec pióra, aż się wypełniło. Wtedy, szybkim ruchem nadgarstka, wypisał swoje imię nad linią. Atrament migotał i palił się przez sekundę, gdy wisiał tam, jako jedyne źródło światła w pokoju, a potem zniknął.

– Jeszcze jedno – powiedział głos, wskazując na Sophię. Surowa biała twarz w cieniu uśmiechnęła się. – Trzynaście imion.

Tak jak wcześniej z jego imieniem, linia pojawiła się ponownie z napisem JESU SOPHIA LIGHT, O5-2 pod nią. Aaron sięgnął w dół i przebił Sophię tuż nad piersią końcem pióra, gdzie inwazyjna zgnilizna jeszcze nie dotarła. Krew trysnęła na nią i używając jej ręki do trzymania pióra, Aaron wyrysował w powietrzu jej imię. Atrament przez chwilę zatańczył w ciemności, po czym również zniknął.

Potem były tam wszystkie, długie linie nazwisk i podpisów.

signatures.png

Pojawił się kolejny pęd powietrza - szyderczy śmiech, pomyślał Aaron - a potem światła znów się zapaliły. Postać w rogu zniknęła, podobnie jak pióro. Spojrzał na miejsce na swojej ręce, gdzie pióro przebiło skórę i nic nie zobaczył. Gdy podniósł wzrok, Kos i Zieleń patrzyli na niego z niedowierzaniem, a potem wszyscy troje spojrzeli w dół na łóżko, gdy Sophia zaczęła kaszleć. Podniosła rękę do twarzy i przetarła oczy, mrugając nimi przed światłem. Przekręciła się, aby spojrzeć na Zieleń i Kosa, a potem znów na Aarona. Kiedy go zobaczyła, jej twarz pociemniała.

– Och, Aaron – wyszeptała, jej głos zachrypnięty – Powiedz, że tego nie zrobiłeś.


TERAZ

— - —

reservoir.png

Calvin topił się. Dryfował w morzu bez powierzchni i dna, a ciemnoszara otchłań otaczała go tak daleko, jak tylko mógł sięgnąć wzrokiem. Woda wypełniała jego oddech, klatkę piersiową i oczy. Sapał i chwytał się za gardło, desperacko próbując złapać choćby jeden oddech. Krzyknął bezgłośnie, a wtedy woda wypełniła go.

Obudził się z impetem, szybko wstał i chwycił się krawędzi platformy, na której leżał, by się ustabilizować. Zbierając się do kupy, przetarł dłonią twarz - woda wypływała z cieknącej rury nad nim. Wziął kilka głębokich wdechów i jego serce zaczęło się uspokajać. Wziął jeszcze kilka oddechów i rozejrzał się.

Siedział na wyściełanej platformie, kilka stóp od ziemi. Pomieszczenie, w którym się znajdował było małe, z pojedynczymi drzwiami na jednej ścianie i kratką wentylacyjną nad głową. Powietrze wpadające przez otwór było zimne, więc odruchowo zadrżał. Rozejrzał się i zdał sobie sprawę, że nie ma jego broni, ale pozostałe rzeczy leżały na małym stoliku obok platformy. Wstał i wziął je do ręki.

Jedyną inną rzeczą w pomieszczeniu był mały ekran obok drzwi, podłączony do głośnika. Podszedł do niego i schylił się, by przyjrzeć mu się z bliska. Ekran był ciemny, wyświetlał powoli obracający się szary okrąg i strzałki - pieczęć Fundacji - z jarzącym się czerwonym punktem w jego centrum. Gdy podszedł bliżej, czerwony punkt zaczął pulsować. Z głośnika dobiegł głos - głos dziecka, ale intonacja była niewłaściwa. Jego kadencja była niezręczna, jakby była przybliżeniem tego, jak powinno brzmieć dziecko.

Obudziłeś się – powiedział głos z niesamowitym szumem. – Spałeś od dłuższego czasu.

Calvin zakaszlał.

– Gdzie ja jestem? Co to jest?

To jest moje miejsce, w którym mieszkam – odpowiedział głos – Moi przyjaciele cię tu sprowadzili. Przyprowadzili też Twoich przyjaciół.

– Moi… – głos Calvina załamał się w jego piersi. Przypomniał sobie eksplozję i samolot spadający z nieba. – Gdzie oni są? Co z nimi zrobiliście?

Są tutaj. Wszyscy tu jesteście. Nie zabiłem twoich przyjaciół – niższy basowy dźwięk odbił się echem od ścian jego komory. – W przeciwieństwie do ciebie. Ty zabiłeś moich przyjaciół.

Calvin cofnął się od ekranu.

– Kim jesteś?

Dźwięk dochodzący przez głośnik zmienił się gwałtownie i teraz grał muzykę - zniekształcony mashup utworów muzyki pop, niczym dżingiel reklamowy. Na końcu dżingla usłyszał inny głos, swój własny głos, z rozmowy między nim a Anthonym sprzed kilku miesięcy, kiedy to próbowali namierzyć lokalizację Księgowego.

Ostatnia trójka jest naprawdę problematyczna – usłyszał swój własny głos – Fundator i Nazarejczyk ukrywają się w Ośrodku 01, ale Trzeci Nadzorca, Dziecko… cóż, autor zdaje się nic o nich nie wiedzieć.

– Dziecko. Ty jesteś Trzecim Nadzorcą? – zapytał Calvin.

Wirująca ikona zaczęła obracać się nieco szybciej.

Wiem, co chcesz zrobić – powiedział głos – Jesteś tu, aby mnie zabić. Chcesz zabić również mojego Ojca i moją Matkę. Nie chcę, żebyś to zrobił. Pani Zieleń mówi, że ludzie, którzy zabijają tak jak ty, są źli.

Głośnik zamilkł, a na ekranie zniknęła obracająca się ikona. Obok niego usłyszał kliknięcie zamka w drzwiach. Calvin patrzył na nie przez chwilę, po czym powoli otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.

Stał w długim, ciemnym, przemysłowym korytarzu, oświetlonym przez przyćmione żarówki wiszące na ścianach. Widział jeden koniec korytarza blisko siebie - panel świateł i przełączników za stalową kratą. Na drugim końcu widział zakręt korytarza i światło, więc zaczął iść w jego kierunku. Gdzieś głęboko pod sobą poczuł, że coś dużego huczy.

Głos trzeszczał przez głośniki w korytarzu.

Obserwowałem Cię od dłuższego czasu, Calvin. Wiem, gdzie się urodziłeś. Wiem, gdzie dorastałeś. Wiem o twojej matce i ojcu, o twoich przyjaciołach i o wszystkim innym. Wiem, ile oddechów wziąłeś w swoim życiu. Wiem, ile razy mrugnąłeś.

Calvin skręcił w dół korytarza, a głos podążył za nim.

Zanim się urodziłem, był jeszcze inny O5-3. Nazywał się Anderson i budował niemożliwe maszyny. Maszyny, które potrafiły myśleć. Maszyny, które potrafiły kochać. Ale jego największym dziełem była maszyna, która mogła widzieć przyszłość - taka, której mój Ojciec mógł użyć, aby znaleźć preferowaną opcję, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Ale Anderson nie miał do tego pasji i chciał pracować nad swoimi myślącymi maszynami, więc opuścił radę, a jego maszyna popadła w ruinę.

Głos kontynuował.

Pani Zieleń podsunęła mojemu Ojcu pewien pomysł. Zapytała, dlaczego, skoro Pan Księgowy i Pan Kos mogą zobaczyć ogólny kształt przyszłości, miałbyś się zajmować tą maszyną? O wiele bardziej przydatna dla Fundacji byłaby nie maszyna, która widzi przyszłość, ale taka, która widzi wszystko. Wykorzystując to, co wiedzieli z dzienników Andersona i własnych inżynierów, zmodernizowali tę maszynę tak, aby właśnie to robiła.

Calvin wyszedł z korytarza do wysokiej, ciemnej i wąskiej komnaty z rurami biegnącymi przez całą jej długość. Na jej końcu znajdowała się winda. Zrobił krok do przodu, a gdy to zrobił, nad głową zapaliły się światła i zobaczył, że ściany pomieszczenia są wyłożone wysokimi, cylindrycznymi zbiornikami wypełnionymi płynem o słonawo-zielonej barwie. Wewnątrz nich widział kształty - humanoidalne, duże i małe, niektóre zastygłe w agonii, inne zwisające wiotko dzięki przewodom biegnącym do ich czaszek. Podążał za zbiornikami w górę i zdał sobie sprawę, że były to setki, jeśli nie tysiące zbiorników ciągnących się aż do sufitu, którego nie mógł zobaczyć.

Obciążenie tej maszyny okazało się zbyt duże dla tak wielu. Percepcja zalewa zmysły hałasem - do obsługi tej maszyny potrzebny był czysty umysł, taki, który nie miałby tylu rozproszeń. Coś doskonałego i czystego. To dlatego moja Matka i Ojciec obudzili mnie. Nie byłem rozproszony. Przeznaczono mi śmierć jako ofiarę dla boga z Saturna, ale oni mnie uratowali. Przecięli mój rdzeń kręgowy i dali mi nowy wzrok poprzez Wszechwidzące Oko. Dali mi nowe życie. Od tamtej pory obserwuję.

Calvin przeszedł przez pomieszczenie ze zbiornikami i wszedł do windy, która zaczęła sama zjeżdżać w dół. Nad głową zaczęła grać nijaka muzyka z windy.

Wiem o Tobie wszystko, co powinienem wiedzieć, Calvin. Wiem, że Rebelia miała okazję Cię zwerbować tylko dlatego, że wojsko wypisało Cię za zabicie tej kobiety samochodem. Wiem też, że byłeś wtedy pijany. Widziałem, jak to się stało, Calvin. Mógłbym ci to teraz pokazać, gdybyś chciał to zobaczyć.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – powiedział Calvin, a na jego karku pojawiła się cienka linia potu.

Głos roześmiał się.

Bo wiem, że myślisz, że to jest jakaś szlachetna misja, w której bierzesz udział. Oczyszczenie świata z zła. Vincent Arians też w to wierzył, ale ty i on, i wy wszyscy macie wady. Nie jesteście czyści. Nie jesteście sprawiedliwi. Twój głos nie jest tym, który powinien decydować o losach świata.

– Popełniałem błędy, gdy byłem młody – powiedział Calvin – błędy, za które zapłaciłem. Wszyscy je popełniamy. Ale rujnowanie struktury wszechświata dla osobistych korzyści jest…

Prowadzisz wojnę ideologiczną w oparciu o jedno badanie przeprowadzone przez byłego, skompromitowanego badacza Fundacji, którego wyniki są wątpliwe, oraz zestaw oderwanych od rzeczywistości danych zebranych z podejrzanych źródeł. Wielokrotnie mówiono wam, że jesteście w błędzie, że wasza droga nie opiera się na rozsądku, ale na nienawiści i ignorancji. Wszystko to, a ty wciąż idziesz naprzód. Przekroczyłeś punkt naiwności, Calvinie Lucienie. Nie masz moralnej podstawy. Jesteś niebezpieczny.

Winda zatrzymała się i otworzyła na platformę rozciągniętą w poprzek masywnego szybu, który ciągnął się w górę tak daleko, jak tylko mógł sięgnąć wzrokiem. Na ścianie obok niego widniał biały napis DEEPWELL-1, a wokół betonowych ścian rury i światła, przewody i przełączniki, migające i wijące się, wszystkie połączone z gładką, cylindryczną maszyną na środku platformy. Na jej boku znajdował się monitor z takim samym logo i czerwonym okiem jak pozostałe, ale gdy Calvin go zobaczył, poczuł się obserwowany. Coś za nim było.

Sprowadziłem Cię tutaj, Calvin, ponieważ nadszedł czas, aby Twoja podróż dobiegła końca. Jestem obdarzony doskonałym rozumowaniem, doskonałą świadomością i doskonałym zrozumieniem. Wszechwidzące Oko oceniło Twoje intencje i stwierdziło, że ich nie spełniłeś. Za to i za Twoje zbrodnie karą musi być śmierć.

Z góry Calvin usłyszał warkot i kolejna platforma opuściła się na dół, aby zrównać się z jego własną. Na niej znajdowali się Olivia i Adam, oboje związani stalowymi pasami, ale poza tym nienaruszeni, każde z nich walczyło, aby się uwolnić. Calvin zrobił krok w ich stronę i zatrzymał się na dźwięk odbezpieczanej broni. Gdy się odwrócił, zobaczył czterech napastników z lotniska, z których najniższy wycelował swój karabin w Calvina i przygotował się do strzału.

Olivia Torres, Adam Ivanov – powiedział głos – za wasze nieuzasadnione wrogie działania wobec Fundacji i za zamordowanie wielu niewinnych, wy również zginiecie.

Calvin spojrzał na nich, potem na kobietę z karabinem, a następnie na cylinder w centrum pomieszczenia. Skończyły mu się możliwości.

Irantu – powiedział głos – Rozstrzelajcie ich.

Największy z nich podszedł do Calvina, patrząc mu prosto w oczy. Calvin cofnął się o krok, potem o kolejny, i wtedy zauważył coś dziwnego. Pomiędzy nim a Irantu pojawiła się biała, mieniąca się linia. Zmarszczył brwi i zobaczył, że Irantu zatrzymał się i zrobił to samo. Żyłka tańczyła i drgała, a potem było jej więcej, wyłaniając się z jakiegoś punktu w przestrzeni. Potem pojawił się kołowrotek i rękojeść wędki. Potem ręka, a na końcu twarz.

– Pomyślałam, że może ci się to przydać – powiedziała Alison, mrugając do niego – Powodzenia.

Calvin chwycił ją i wyciągnął przed siebie. Irantu podszedł do przodu, aby ją złapać, ale zanim zdążył, Calvin cofnął wędkę i wyrzucił ją w powietrze. Gdy się zaczepił, pociągnął.

Coś wokół nich dało o sobie znać. W szybie rozległ się dźwięk przypominający rozdzieranie czegoś grubego i mokrego, a pomieszczenie wypełniło intensywne ciepło. Od miejsca, gdzie koniec liny wylądował w powietrzu, w przestrzeni otworzyła się długa szczelina, za którą pojawiło się równie intensywne zimno. Z otworu buchnął lód i śnieg, a Irantu potknął się, cofając się od niego. Kobieta z karabinem wystrzeliła, ale chybiła celnie. Jej następny strzał został zatrzymany przez makabryczną, białą dłoń.

Ręka wysunęła się z otworu i złapała pocisk. Trzymała kulę w płaskiej ręce, a potem dłoń zadrżała gwałtownie i spazmatycznie i kula zniknęła. Ręka oparła się o krawędź otworu, a za nią podążyła kolejna ręka. Potem jeszcze jedna. A potem jeszcze kilkadziesiąt. Z wnętrza szczeliny wyłoniło się coś przerażającego - nieco humanoidalnego, o zbyt wielu rękach, zbyt wielu nogach i zbyt wielu dłoniach. Klatka piersiowa była zapadnięta i szkieletowa, a wzdłuż szyi i pleców widniały złowrogie czarne tatuaże. Zamiast głowy miało szeroki, płaski dysk ozdobiony ognistymi glifami, które pulsowały, gdy się poruszało, a gdy się poruszało, robiło to w nienaturalny sposób, szarpiąc się i spazmując do przodu. Gdy wysuwało się do szybu, Calvinowi zdawało się, że słyszy dźwięk bębnów, ale zamiast tego zdał sobie sprawę, że to bijące serce potwora. Wokół stwora rozlegał się chór niskich, skandujących głosów. Kiedy zobaczyło czterech agentów Fundacji, bicie stało się głośniejsze.

– O kurwa – powiedziała wyższa kobieta.

Istota z wnętrza szczeliny unosiła się do przodu, jej sześć nóg było schowanych pod nią, a łańcuchy przymocowane do jej nadgarstków grzechotały przy każdym szarpnięciu i ruchu. Mniejsza kobieta ponownie wystrzeliła ze swojej broni, ale pocisk rozerwał się na oślepiające, różnokolorowe kawałki, roztrzaskując się przed kreaturą. Irantu wyciągnął zza pasa długą, ostrą piłę i zamachnął się nią na stwora, trafiając go w jedną z jego dłoni. Bębny zaczęły bić coraz intensywniej, a z blizny po pile zaczął sączyć się gęsty, szary płyn. Kolejna dłoń trafiła Irantu pod brodę, powodując jego upadek do tyłu.

Pozostała trójka otworzyła ogień do stwora, uchylając się, gdy z jego palców buchnął ogień i błyskawice. Calvin schował się za belką nośną i podbiegł do miejsca, gdzie Adam i Olivia byli związani. Wyciągnął z kieszeni nóż i przeciął pasy, uwalniając ich oboje. Gdy opadli na ziemię, oboje wskoczyli na niego i owinęli się wokół niego.

– O mój Boże – powiedziała Olivia – myśleliśmy, że nie żyjesz.

– Naprawdę? A ja myślałem, że wy nie żyjecie – powiedział Calvin, obejmując ich – Samolot - widziałem jak został zestrzelony z nieba. Jak udało Wam się uciec?

– Wyszliśmy, aby znaleźć ciebie, kiedy usłyszeliśmy strzały – powiedział Adam – Myśleliśmy, że może jesteś w pobliżu, ale potem przyszli po nas i zostaliśmy obezwładnieni.

Piorunujący promień światła wypalił powietrze w ich pobliżu i zobaczyli, jak zwęglona postać jednego z czterech napastników zawisła na chwilę w powietrzu, po czym rozsypała się w pył. Pomieszczenie wokół nich zabrzęczało, a z kałuży cieczy pod nimi wyłonił się szklany zbiornik, z którego wynurzyła się identyczna kopia humanoida. Błyskawica poleciała w kierunku Irantu, który złapał ją w pierś i stanął w ogniu. Kolejny zbiornik wyłonił się spod nich i Irantu wydostał się z niego, po czym oba zbiorniki ponownie zanurzyły się w cieczy.

– Potrzebujemy planu, szybko – powiedziała Olivia, skanując pomieszczenie – Co to jest?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział Calvin, podążając za jej wzrokiem – Ta dziewczyna, którą spotkaliśmy w innych światach, Alison, przyniosła to tutaj.

Jedna z rąk stwora szarpnęła lekko w ich kierunku, a ziemia pod nimi zaczęła się łamać i kołysać, gromadząc się wokół ich stóp jak melasa. Odskoczyli w samą porę, by zobaczyć, jak się ugina, a następnie zapada do basenu pod nimi, gdy kolejne błyskawice przelatywały przez powietrze. Nagle pomieszczenie wypełniło się głośnym brzęczeniem, a z otworów w ścianach wyleciały drony, każdy uzbrojony w pistolet wycelowany w wielonogiego stwora na środku pokoju. Stwór zmiótł je podmuchami wiatru, a najmniejszą z kobiet chwycił w jedną rękę i przyłożył do płaskiego dysku na szyi. Znajdujące się tam glify płonęły jasno, a kobieta krzyczała, gdy jej ciało było przypalane i wypalane. Kiedy ją puścił, upadła na ziemię, a z basenu wyłonił się kolejny zbiornik.

– Spójrzcie – powiedział Adam, wskazując na cztery humanoidy – odciągają to coś od tego czegoś w centrum pomieszczenia. Tam musi być coś ważnego.

– Podejdźmy bliżej – powiedział Calvin, ale gdy się odwrócił dron zbliżył się do nich i otworzył ogień. Poczuł gorący metal na ramieniu i schował się za platformami, do których byli przywiązani. – Któryś z was ma jakieś pomysły?

Adam wzruszył ramionami, ale Olivia szybko poszperała w swojej torbie. Wyciągnęła z niej pędzel i mały pojemnik z gęstą, niebieską farbą, po czym odkręciła nakrętkę.

– Zrozumiesz, jeśli to będzie trochę niechlujne – powiedziała, zanurzając pędzel w farbie – ale czas jest najważniejszy.

Obróciła się i z rozmachem pociągnęła pędzlem w powietrzu. W ślad za nim podążyła oślepiająca smuga błękitnego ognia w sześciu koncentrycznych pierścieniach, a kolejne pociągnięcie pędzla sprawiło, że zatańczyły one w powietrzu w kierunku dronów. Drony, które znalazły się na drodze płomieni, rozpadały się na kawałki, mieniąc się iskrami, a te, które znajdowały się zbyt blisko eksplozji, destabilizowały się i spadały. W pomieszczeniu rozległy się kolejne strzały, tym razem ze strony mniejszego z dwóch mężczyzn, i Olivia pociągnęła pędzlem w ich stronę. Przed nią zmaterializowała się błyszcząca cyjanowa tarcza o pełnej długości, a cała trójka przemierzyła pomieszczenie w kierunku centralnego cylindra za nią, podczas gdy kule świszczały wokół nich. Bębny zaczęły bić coraz mocniej i zobaczyli, jak tors i ramię tego samego mężczyzny lecą w stronę odległego rogu pomieszczenia i rozbijają się o ścianę.

Olivia wyciągnęła z torby pistolet i podała go Calvinowi, który okrążył cylinder i strzelił do najbliższego z humanoidów. Adam przejechał dłonią po cylindrze, aż poczuł, że się coś chwyciło, a następnie pociągnął, odsłaniając panel. Sięgnął do plecaka i wyciągnął urządzenie z małym ekranem i kilkoma przewodami, po czym zabrał się do pracy, podłączając je do panelu. Przerwali na chwilę, by skulić się za cylindrem, gdy smuga ognia przecięła pomieszczenie, wydobywając się ze szczeliny tuż przed wielonożnym stworem. Calvin strzelił Irantu w czaszkę i z basenu pod nimi wynurzył się kolejny zbiornik, a inny Irantu wydostał się na platformę.

– Z tymi też musimy coś zrobić – powiedział Calvin, wskazując w dół na zbiorniki pod nimi – Co masz?

Olivia grzebała przez chwilę, zatrzymując się tylko po to, by schylić się, gdy minigun posłał w ich stronę szare kawałki mięsa. Po chwili wyciągnęła kolejny pojemnik z farbą i okrągły papierowy krążek. Położyła papier na ziemi i zaczęła rysować na nim cienkie, czarne linie.

– Właściwie nie wiem, co to da – powiedziała, jej głos był równy i ostrożny – ale lepsze to niż nic, prawdopodobnie.

Misterny projekt, który stworzyła, był hipnotyzującym pokazem linii i kształtów, a ona chwyciła papierowy okrąg za jego krawędź. Stanęła, zrobiła jeden płynny krok i wyrzuciła go z ręki jak frisbee. Przeleciało przez cały pokój i wylądowało w wodzie tuż nad zbiornikami.

– Trzymajcie się! – krzyknęła Olivia, ale usłyszeli tylko pierwsze słowo, bo nagle powietrze w pomieszczeniu zostało wciągnięte. Z miejsca, w którym siedział Calvin, trzymając się desperacko podłogi, Calvin mógł zobaczyć, że dysk stał się płaskim, czarnym okręgiem, za którym widać było gwiazdy. Woda pod nimi i drony nad nimi zostały wciągnięte w dół, podobnie jak jeden z czterech humanoidów.

Masywna, wielonożna istota odwróciła się w jego stronę i pomimo ciszy panującej w próżni Calvin mógł usłyszeć szaleńcze bicie jej wściekłego serca. Wszystkie jej ręce zebrały się przed nią, a gdy je cofnęła, pojawiły się setki innych, widmowych i mieniących się, które wspólnie zatańczyły przerażającego, falującego walca. Widmowe ręce wróciły z powrotem do prawdziwych, które płonęły jasną bielą na tle ciemności pokoju. Stwór poleciał w stronę dziury w przestrzeni i opierając się sześcioma nogami o dno basenu, złapał za rogi otworu i pociągnął do siebie.

Stwór zatrzymał się na sekundę nad miejscem, w którym była dziura, jakby po raz pierwszy widział zbiorniki znajdujące się poniżej. Pochylił się w ich stronę i podniósł jeden w powietrze, a potem drugi. Nagle wszystkie jego ramiona zaczęły wściekle wyrywać cały mechanizm, kable, stal i przewody wyleciały w powietrze, a krew trysnęła spomiędzy kawałków roztrzaskanej maszynerii.

Trzy pozostałe postacie odwróciły się do ucieczki, ale stwór dopadł je zbyt szybko. Trzymając dłonie płasko, zaczęły się one obracać w szerokim ruchu wirowym, a ziemia pod humanoidami zrobiła się śliska i upadli oni na platformę. Stwór podniósł dłonie do góry i teraz wisieli w powietrzu, nie ruszając się z miejsca, z wyjątkiem krzyków i wrzasków. Stwór zacisnął pięści, i jeden po drugim, trzech ostatnich zostało ściśniętych do rozmiarów pięści, z mięsa i krwi, a kiedy otworzyło pięści, ich szczątki rozprysły się po komnacie jak pęknięte karmazynowe balony.

Przez chwilę wisiało tam w ciszy, nie ruszając się. Potem, gdy dwie jego ręce uniosły się przed nim, by spazmatycznie gestykulować, przesunęło się gwałtownie w bok i zniknęło. W komnacie zapanowała cisza.

Potem rozległ się długi, niski jęk, dźwięk czegoś krzyczącego w agonii i wściekłości. Dochodził ze ścian, z podłogi, z ciemnego sufitu nad nimi, po czym zgasł.

Dość. Dość. Dość. – powiedział głos, odbijając się echem w całym szybie – Mam już dość. Żadnych więcej sztuczek. Żadnych więcej potworów. Koniec zabawy.

Calvin usłyszał, że coś się poruszyło, i odwrócił się przez ramię w samą porę, by zobaczyć lufę pistoletu wystającą ze ściany i wycelowaną w ich stronę. Wyciągnął własną broń i wystrzelił w jej kierunku, ale z końca smukłej metalowej rury buchnął pojedynczy pióropusz dymu. Miał dość czasu, aby spojrzeć w stronę Olivii, której twarz była wykrzywiona i zdziwiona. Nie zdążyła spojrzeć za siebie, ani nawet wziąć kolejnego oddechu, zanim kula przeleciała przez tył jej czaszki i wyleciała spomiędzy jej oczu. Jej wyraz twarzy złagodniał i wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, a potem runęła.

Calvin krzyknął. Odwrócił się do Adama, który siedział oszołomiony przy panelu, z pustym i zdruzgotanym wyrazem twarzy, i chwycił za plecak. Wyciągnął z niego ozdobny metalowy cylinder, a z jego wnętrza Włócznię Niewierzącego. Ujął ją w obie dłonie i wepchnął w panel, po czym z nieludzkim rykiem przeszył ją przez drugą stronę maszyny. Pojawiła się kolejna lufa i Calvin odwrócił się, aby wystrzelić w nią, ale zanim zdążył ją unieszkodliwić, kolejny pocisk rozniósł się po pomieszczeniu. Adam krzyknął i chwycił się za plecy, po czym i on upadł.

Calvin złapał za włócznię i stanął, ciągnąc ją w górę, podczas gdy wokół niego rozległy się klaksony i rozbłysły czerwone światła. Usłyszał coś, jakby rwącą wodę, a jego ręce i nogi naprężyły się z wysiłku. Jednym wielkim ruchem podniósł włócznię do góry, a stalowa zewnętrzna część cylindra wysunęła się do góry. Obiema rękami popchnął włócznię dalej do góry, a osłona spadła z górnej części cylindra na ziemię.

Na jej miejscu znajdował się szklany zbiornik pokryty małymi panelami elektrycznymi i mrugającymi światełkami. Przez szybę mógł zobaczyć coś pływającego w cieczy, coś małego i oszpeconego. Było to dziecko, ludzkie dziecko, ale rażąco zniekształcone i wijące się. Jego oczy były pustymi oczodołami z białą ropą, usta i uszy były zaszyte, a na czole widniał arkanowy tatuaż przedstawiający koło i trzy strzałki otaczające czerwony punkt. Było podłączone przewodami i kablami do otaczających je maszyn, a gdy tylko stalowa powłoka się odłączyła, przez głośniki wokół nich rozległ się przeraźliwy dźwięk. Coś strasznego. Coś bestialskiego.

Calvin ponownie chwycił włócznię i uderzył nią w szybę, potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Za czwartym razem szkło pękło i roztrzaskało się, a słonawo-żółty płyn, który się w nim znajdował, wypłynął na ziemię. Pozostała tylko przerażająca postać Dziecka, wisząca na przewodach od maszyny, która podtrzymywała jego życie. Calvin oderwał szkło gołymi rękami, aż nic ich nie dzieliło.

Ha – odezwał się dźwięk z głośników – Ha. Ha. Ha ha ha ha. Ha ha ha ha ha. Ha. Ha.

Zaślepiony wściekłością Calvin sięgnął przez otwór i chwycił w gołe dłonie gnijące, wijące się niemowlę. Ścisnął je tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz połamią mu się ręce, jakby oczy miały mu pęknąć w czaszce. Ściskał tak mocno, aż ręce mu pękały, a żebra jęczały z wysiłku. Ściskał tak długo, aż poczuł mięso i krew przepływające między palcami, aż wszystko, co można było złamać, zostało złamane. Ściskał, aż rozbrzmiewający w komnacie śmiech zamarł wśród szumu wody i sapania Adama.

Upuścił to, co pozostało z Nadzorcy, w kałużę jego organów na podłodze zbiornika i cofnął się do tyłu. Odwrócił się do Adama, który wił się na ziemi, chwytając się za plecy.

– Calvin, moje nogi – mamrotał przez zaciśnięte zęby – Nie czuję nóg. Nie czuję moich nóg, do cholery, nie czuję ich.

Spojrzał na Olivię, która leżała twarzą w dół na ziemi.

– Olivia… nie, nie, nie, Olivia nie, Calvin, proszę…

Calvin pochylił się, wsunął włócznię z powrotem do swojego pojemnika i przypiął go do paska. Ponownie sięgnął w dół i podniósł Adama, który krzyknął z bólu, gdy został podniesiony z ziemi. To samo zrobił z Olivią i z nimi oboma na plecach potykał się i szamotał w kierunku windy. Dopiero po chwili zauważył źródło dźwięku - woda wdzierała się od góry przez naruszoną konstrukcję szybu. Co jakiś czas z góry lał się większy strumień, a potem kolejny. Gdy winda się oddaliła, ściana ustąpiła i woda podniosła się ponad platformę.

Klaksony nadal rozbrzmiewały, gdy wlókł się wraz z resztą przez teren, który był ciemny z wyjątkiem migających świateł awaryjnych. Potykał się w czerni, jego oczy skupiały się na każdych drzwiach, każdym korytarzu, każdym możliwym wyjściu. Czuł, jak teren wokół niego się zawala i co jakiś czas musiał zawracać, bo skrzydło wpadało do szybu i znikało.

Doszedł do końca ostatniego korytarza, a na jego końcu znajdowały się drzwi. Ostatkiem sił przycisnął się do nich i wypadł na światło słoneczne. Zrzucił Adama i Olivię, i ostatkiem sił zatrzasnął za sobą drzwi. Leżeli na wzgórzu, na zboczu zbiornika wodnego, a zza pleców słyszał szum wody wpadającej do dołu.

Calvin odwrócił się i zobaczył Adama. Jego twarz była biała, a usta fioletowe. Krew zbierała się wokół jego bioder, a on już nie wołał. Widział, jak jego oczy ciemnieją, a skóra zaczyna się napinać. Adam spojrzał w stronę Calvina, ale Calvin nie był pewien, czy rzeczywiście go widzi. Podczołgał się do młodzieńca, ręką chwytając jego twarz. Oddech Adama był krótki.

– Nie, dzieciaku, nie, no dalej – Calvin poczuł, że na jego twarzy pojawiają się gorzkie łzy – Ty też nie. Ty też nie."

Szukał telefonu, transpondera, czegokolwiek. W końcu poczuł to, coś ciężkiego w kieszeni. Sięgnął do niej i wyciągnął ją, a w świetle słońca błyszczała fiolka z niebieskim płynem. Trzymał ją w ręku, a jego serce przyspieszyło. Spojrzał w dół na Adama, który również wpatrywał się w fiolkę. Oczy Adama zwróciły się z powrotem na Calvina.

– Nie – wyszeptał chłopiec, jego głos był zdławiony przez krew. – Nie.

Calvin potrząsnął głową.

– Przepraszam. Przykro mi. Ty też nie.

Wyciągnął korek z fiolki i przekręcił ją do gardła Adama. Gdy była już pusta, odwrócił głowę młodego człowieka do tyłu, zmuszając go do przełknięcia. Rezultat był natychmiastowy - kolor powrócił na jego skórę, a oczy natychmiast się przejaśniły. Odkaszlnął krwią, ale chwilę później jego oddech wrócił do normy. Jego nogi poruszyły się, a Adam gorączkowo sięgnął za siebie i wyciągnął kulę z jego pleców. Leżał sapiąc na ziemi, jego oczy wpatrywały się w niebo.

– Dlaczego – zapytał po chwili – Calvin, dlaczego? Dlaczego?

Calvin wstał ostrożnie. Sięgnął do kieszeni, aby upewnić się, że dziennik nadal tam jest. Schylił się do torby Olivii, uważając, żeby nie wpatrywać się w jej martwe oczy, i wyciągnął z niej transponder. Wcisnął przycisk na jego górze i usadowił go obok Adama.

– To już prawie koniec – powiedział Calvin, jego słowa były starannie odmierzone, ale nie mniej niespokojne – Nadszedł czas, aby to zakończyć.

Adam wyciągnął rękę z miejsca, w którym leżał i złapał się za brzeg spodni Calvina. Kiedy Calvin spojrzał na niego z góry, Adam zapłakał.

– Calvin, proszę, nie – powiedział cicho, jego głos się łamał – Nie odchodź, proszę. Nie zostawiaj mnie tutaj. Nie idź. Proszę, błagam Cię, możemy po prostu uciec. Możemy uciec i nigdy więcej nie musieć o tym myśleć. Proszę, nie odchodź, Boże. Calvin, proszę. Proszę, nie odchodź.

Calvin uwolnił swoją nogę.

– Zostań tu, Adam. Zostań tu, a Rebelia przyjdzie po Ciebie. Nie zamierzam ryzykować i Ciebie. Zostań tu. Wrócę po Ciebie.

Adam próbował przetrzeć oczy, ale jego ciało było słabe.

– Nie, Calvin, proszę. Jest coś więcej. Proszę, nie odchodź. Kocham cię, Calvin. Kocham cię. Proszę, nie zostawiaj mnie. Proszę, nie odchodź. Nie chcę być znowu sam.

Calvin odwrócił się. Sięgnął w dół, podniósł wiotką postać Olivii i przełożył ją z powrotem przez ramię. Spojrzał ostatni raz na Adama, który leżał i błagał na ziemi. Zamknął oczy, wziął oddech i zaczął iść.

— - —

Calvin, proszę, nie zostawiaj mnie. Nie zostawiaj mnie. Proszę.

— - —




TERAZ

— - —

Aaron stał przy oknie i patrzył na góry, niecierpliwie stukając nogą. Padał deszcz, a co jakiś czas po niebie przelatywała cicha błyskawica, oświetlając jego własne odbicie. Za nim znajdował się monitor, a na nim relacja na żywo z zawalonego zbiornika wodnego, w którym roiło się od ekip ratunkowych Fundacji. Delikatny dźwięk rozbrzmiał, a on odwrócił się z powrotem w stronę monitora.

– Tak – powiedział cicho – Co jest?

– Całkowite zniszczenie placówki, Panie Siegel – odpowiedział łagodny kobiecy głos AI – Ciało O5-3 zostało odnalezione. Nadzorca został zabity.

Aaron nie odpowiedział natychmiast.

– A co z tą drugą rzeczą, o którą prosiłem, żebyś się jej przyjrzała, Helen? – zapytał – Co znalazłaś?

– Skarbiec przechowujący SCP-5935, Bezbożną Lancę, został otwarty przez nieznanego użytkownika w nieokreślonym czasie w przeszłości. Ze względu na zachowanie użytkownika i jego zdolność do usunięcia wszystkich zapisów tego wydarzenia, jest prawdopodobne, że tym użytkownikiem był O5-2.

Aaron przestał stukać stopą.

– Sophia? Jak mogliśmy to przeoczyć?

– Użytkownik miał uprawnienia administracyjne równe pańskim, proszę pana – odpowiedział głos – Zostało to wykonane na pańską prośbę.

Poczuł, jak jego szyja się napina.

– Gdzie ostatnio widziano Nadzorcę?

Głos zamilkł na chwilę.

– O5-2 ostatni raz widziano wchodzącą do Ogrodu.

Aaron chwycił swój płaszcz z oparcia krzesła i ruszył w kierunku schodów.

– Przygotuj mój samolot, Helen. Pora wrócić do domu.




- POWRÓT -


3.png
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported