Dzień jak co dzień [J]
ocena: +2+x

Dzień jak co dzień

Czy jest sens w tym co robimy? Próbując zbadać obiekty poświęcamy tyle surowców, tyle pieniędzy, oraz tyle istnień, a przecież niewielki procent podmiotów zyskuje miano „Zrozumiane”. Czy powinniśmy dalej próbować? Chyba niewielka głowica atomowa rozwiązałaby sprawę. Oczywiście podmioty, które współpracują, lub mniej niebezpieczne przedmioty można przedtem zabrać i pracować nad nimi, zamiast użerać się nad obiektami, które myślą tylko jak w mniej lub bardziej higieniczny sposób odgryźć komuś twarz.
Tak rozmyślał Dr Vorbis podczas przerwy na kolacje. Jadł on w milczeniu w towarzystwie Dr Grajka, na którego mówią Bard, co według niektórych było bardzo zabawne patrząc na to jakie nazwisko ma Bard, oraz na to, że fatalnie gra na wszystkich instrumentach muzycznych. Spożywali swoje kanapki z serem w stołówce.
O tej porze nie było tłoczno, większość pracowników Fundacji udała się do swych mieszkań, albo pracowała nad obiektami. Gdyby nie odgłos mlaskania, oraz nieliczne rozmowy personelu panowałaby cisza.
Trwałaby ona dalej gdyby nie Dr Grajek, który postanowił ją przerwać.
- Wiesz już gdzie Ciebie przenieśli? - zapytał on.
- Taa… ponoć mam pracować przy jakimś głosie z telefonu, który kradnie czas ludziom.
Dr Vorbis chwile się zastanowił.
- A jak prace nad twoim obiektem?
- Lipnie, od tygodnia nic nowego nie odkryliśmy… no, oprócz tego że makaron pieczony nad palnikiem jest nawet niezły - odpowiedział Bard.
- Sam, czy z keczupem?
- Z keczupem, trochę przypomina frytki.
- Z keczupem to można zjeść nawet zdechłego szczura - odburknął Vorbis.
- Widzę że masz w tym doświadczenie Kolego – Uśmiechnął się Dr Grajek.
Skończyli jeść kanapki i po krótkiej dyskusji na temat wcześniej wymienionego sosu, udali się w stronę swoich stanowisk. Vorbis, na którego wołali Kolega nie uważał ostatniego miesiąca za najlepszego. Przenieśli go z SCP-PL-103 do tej placówki, co mu się wcale nie podobało. Tam miał większy gabinet, większy posłuch, oraz mógł oddychać świeżym powietrzem. A teraz siedzi tutaj i czeka, aż przydzielą mu nowy obiekt, który ponoć najbezpieczniejszy nie jest.
Idąc tak sobie, Vorbis spotkał Pana Mietka.
Pan Mietek sprzątał w tej placówce od niepamiętnych czasów, niektórzy złośliwcy mówią że odkurzał tutaj zanim jeszcze wybudowano placówkę. Był on jednak takim typem sprzątacza, o jakim marzy każda tajna organizacja.
Jego zdolność pojmowania nowych rzeczy jest na tyle ograniczona, że kiedy próbowano mu wytłumaczyć jak obsłużyć automat do kawy, skończyło się na tym że pracownicy musieli ufundować nową maszynę.
Także fakt że Sprzątacz nie rozpoznałby tajnego dokumentu, nawet gdyby ten kopnął go w tyłek i się przedstawił dużo mówi o Panu Mietku.
Poza tym widząc słowo trudniejsze od ukulele przestaje czytać i wkłada dokumenty tam gdzie je znalazł, myślał Vorbis. Ale lubię go, za to prostotę, oraz za to że zawsze chętnie mnie wysłuchuje, chociaż nie rozumie większości słów, które wypowiem. Poza tym jest całkowicie bezpiecznym pracownikiem. Kiedy przechodził kontrolne przesłuchanie wpakowali w niego tyle tego świństwa, dzięki któremu ludzie mówią tylko prawdę, że nie mógłby skłamać.
- Dzień dobry, Jak się pan miewa Panie Mietku? - spytał się Kolega
- …bry, a dobrze dobrze, Panie Morisie, właśnie sprzątnąłem pański ga-bi-net… fajno że dba pan o czystość, a ni jak ci co robią gumę do żucia.
Prawdopodobnie największą zaletą Sprzątacza jest to że nie ma pojęcia co tutaj się dzieje, Vorbis zapytał go kiedyś o to co jego zdaniem robią, Pan Mietek odpowiedział wtedy "No ni wim, pewno jakie żarełko, czy co. Ostatnio w jednym pomieszczeniu było dużo krwi, chyba świńskiej, musi że nowy gatunek schaboszczaka robio".
Wszystkie tajemnice Fundacji były bezpieczne.
- Tak, ci od gumy robią straszny bajzel, a szczególnie na stołówce.
- Dobrze godosz Moris, a tak co Ty robisz?
Dr Vorbis był już na to przygotowany.
- Analizuje byt, którego niebezpieczeństwo przekracza poza dopuszczalne przez kadrę granice, oraz składam raporty odpowiednim personom, przedtem upewniając się czy są nie posiadają żadnych karygodnych błędów - odpowiedział Kolega.
Pan Mietek wspiął się na szczyt elokwencji i odpowiedział:
- Aha… to jest coś z karmą dla piesków?
- Mniej więcej.
- A to dosz mi trochę? Moja sunia lubi dobre karmy.
- Raczej wątpię czy będzie pan chciał, po naszej karmie psy przybierają kolor zielony.

Jedno trzeba przyznać, przynajmniej można się tutaj porządnie wynudzić, a nuda to jest to, czego mi brakowało, rozmyślał Vorbis. Nie ma to jak po pracowitej nocy poleżeć sobie i pomarzyć sobie o rundce, czy dwie w swojej ulubionej grze. Jeszcze chwilę się ponudzę i pójdę sprawdzić co tam porabia Bard.
Tak też uczynił, jednak po drodze stało się coś, co raczej zniechęciło Kolegę do wcielenia w życie tego plany.
Zgasły światła, a po chwili się zapaliły, tylko nie te uczciwe, które zwykle oświetlają korytarz.
Te były czerwone.
W pierwszej chwili Vorbis pomyślał że to pewnie jakieś testy, poszedł więc do stołówki, tam gdzie jest punkt ewakuacyjny. Szedł tam nieśpiesznym krokiem dziwiąc się że pozostały personel biegnie w podobnym kierunku, Kolega złapał jednego za rękę i spytał się:
- Przepraszam, co do cholery tu się wyrabia?
- Obiekt uciekł z przechowalni! Podobno bardzo niebezpieczny, przecież każdemu mówiono przez głośniki w biurkach!
No tak, myślał Vorbis. A mi się zachciało iść odwiedzić kolegę.
Kolega puścił przypadkowego pracownika i w nieco większym tempie udał się do punktu. Tylko że punktu nie było.
Wielkie żelazne drzwi, które zwykle były otwarte, teraz zostały zamknięte. Bardzo solidnie zamknięte.
Wokół było około 20 pracowników Fundacji, wszyscy wyglądali na co najmniej zmieszanych.
Chyba powinienem panikować, pomyślał Vorbis.
Spróbował.
Nie udało się.
- Dobra panie i panowie, czy ktoś… cisza! Proszę się uspokoić, panika nic nie da… dziękuje bardzo, wracając do tematu, czy ktoś wie jaki obiekt uciekł?
Trochę chudy, starszy mężczyzna w okularach podniósł rękę i ogłosił:
- Ehm… myślę że to SCP-PL-045… no wiecie… Chłopiec z pochodnią.
- Skąd pan to wie? -profilaktycznie spytał się Kolega.
- Nadzoruje ten obiekt - powiedział z dumą, jednak po chwili przypomniał sobie o sytuacji w jakiej się znalazł i już całkiem bez dumy dopowiedział - myślę że w jakiś sposób rozpalił pochodnie i zdołał uciec.
- No dobrze, mamy tutaj humanoida, znaczy obiekt rozumny, może się z nim dogadamy?
-Wątpię, raczej ten osobnik nie należy do tych co lubią rozmawiać… obezwładnił już paru strażników - rozwiał jego wątpliwości starszy jegomość.
- O boże - powiedział z wyrzutem Vorbis, jakby to że nie wróci do domu na czas będzie miało przykre skutki nie tylko dla niego - ma ktoś broń?
Odpowiedział mu przeczący pomruk, tylko jeden wyrywaniec rzekł:
- mam scyzoryk, dostałem go od taty na moje 16 urodziny
- a ja mam ołówek, tylko że nie za bardzo chce go brudzić, był cholernie drogi - dopowiedział drugi.
- A ja jak byłem mały to ćwiczyłem karate - dołączył do nich Bard.
- Dosyć! Ehm, Bard, wiesz może gdzie znajduje się skład broni? - spytał się poirytowany Vorbis.
- Tak! Droga jest prosta drut! Wystarczy przejść przez żelazne drzwi, później na 2 rozwidleniu pójść w prawo… przez żelazne drzwi….
- Świetnie! Po prostu super! Nie pozostaje nam nic innego tylko z scyzorykiem od Taty Pana…
- Śmigłego - podpowiedział właściciel scyzoryka.
- Pana Śmigłego, ołówkiem, którego jednak mamy nie brudzić, oraz z Bardem, który jako szkrab ćwiczył karate, pójdziemy i złapiemy niebezpiecznego humanoida!
- Kolego, myślę że powinieneś się uspokoić - powiedział Dr Grajek
Vorbis spojrzał na niego, wziął głęboki oddech i prawie bez negatywnych emocji powiedział:
- Przepraszam, uległem nastrojowi. Ktoś wie w ogóle czemu drzwi są zamknięte? A tak swoja drogą, gdzie jest Pan Mietek? Chyba go widziałem w tym sektorze.
-Co do drzwi to przepraszam, spanikowałem - powiedział pracownik nadzorujący SCP-PL-045- a co do Pana Mietka, chyba go widziałem w okolicach przechowalni tego mojego podmiotu…

Drużyna szła przez czerwono oświetlone korytarze. Ze względu na podeszły wiek niektórych osób, szli głośno i powoli. Niektórzy rozmawiali między sobą, na co Vorbis (który z nie wyjaśnionych przyczyn został wybrany na przywódcę grupy) pozwolił, stukot kapci niektórych pracowników i tak świetnie zdradzał ich położenie.
Czemu ja do cholery to robię? Mogłem przecież zamknąć się w swoim malutkim biureczku i czekać aż ten tak zwany "Chłopiec z pochodnią" mnie dorwie, przynajmniej nie musiałbym się użerać z tymi dziadami, którzy nie mogą pobrudzić swoich ołówków. Prawdopodobnie Vorbis wciąż by pluł jadem (oczywiście w myślach) na pozostałych pracowników, gdyby nie krzyk mężczyzny dobiegający z odległych korytarzy.
Człowiek jest wyjątkową istotą, taki lis, czy jeleń pewnie uciekłby, aby jak najszybciej oddalić się od źródła dźwięku. Ale ku zdziwieniu Kolegi personel Fundacji, jak jeden mąż zaczął biec (w przypadku niektórych pracowników: dreptać trochę szybciej).
Kiedy dotarli do okolic przechowalni Chłopca z pochodnią zobaczyli Pana Mietka… oraz prawdopodobnie SCP-PL-045 leżącego koło niego.
- Eeeeee… Panie Mietku? - spytał się nie wiadomo o co Bard.
- A no? - odpowiedział znudzony Sprzątacz.
- Jest pan cały? - pomógł koledze Vorbis.
- A no jestem, tylko ten gówniarz obok mnie zeźlił. Sypał popiołem z tej swojej pochodni na moją podłogę!
- I co pan mu zrobił? - spytał się ktoś z tyłu świadomy bezpiecznie otaczających go ludzi.
- Zdzieliłem go z kopa w jajca i poprawiłem kopem w ryj! - odpowiedział dumny Pan Mietek.
Wszyscy patrzyli to na okute buty Sprzątacza, które prawdopodobnie pamiętają pierwszą wojnę światową, to na leżącego Chłopca z pochodnią. SCP-PL-045 wyglądał na bardzo nieprzytomnego.
- Myślę że chciałbym już pójść do domu - powiedział Dr Vorbis

- I tak to było panie Dyrektorze - dokończył Vorbis
Koledze nie podobało się że musi zdawać raport z tego incydentu, a jeszcze bardziej nie podobało mu się to że musi go zdawać ustnie.
- Czyli ten tak zwany "Pan Mietek" po prostu obezwładnił niebezpiecznego humanoida kopem w niewymowne? - spytał się już trochę podirytowany Dyrektor placówki.
- Tak przed chwilą powiedziałem… no i jeszcze poprawił ciosem w zęby - przypomniał sobie pechowy doktor.
- I myślisz pan że ja w to uwierzę?
- Raczej wątpię, dla pana prawda może być zupełnie inna.
- to znaczy?
- Wie pan, ja twierdze że zwykły sprzątacz powalił niebezpieczny podmiot, ale pan może uważać że to jakiś funkcjonariusz ochrony, czy inny wyspecjalizowany w neutralizowaniu obiektów pracownik to zrobił. Prawda to jest taka mgła proszę pana, gdzie jedni widzą różowego słonia, a drudzy niebieską małpę - Vorbis był świadom nieprzyjemnej sytuacji w jakiej się znalazł i po chwili dodał - za pańskim pozwoleniem oczywiście.
Nastała cisza, ale niezbyt długa.
- Rozumiem doktorze… ta osoba-którą-nie-był-sprzątacz powinna dostać wynagrodzona - Dyrektor puścił oczko do Vorbisa.
Pechowiec po chwili zastanowienia rzekł:
- Myślę że sprzą… znacz osoba-która-na-pewno-nie-jest-Panem-Mietkiem nie chce jakiejś specjalnej nagrody, myślę że nowy zestaw do czysz… znaczy nowy sprzęt dla tej osoby powinien wystarczyć… tak myślę.
- W pełni się w tym zgodzę, ale och, jaka szkoda że nie wiemy kto nas bohatersko uratował - Dyrektor skrył swą twarz ręką.
- Tak, jaka wielka szkoda…
- Aha, doktorze, myślę że niektórzy członkowie personelu wykazali się dużym nieprofesjonalizmem.
- Wie pan, to był nagły… - Dr Vorbis naprawdę miał już ochotę wyjść.
- To jest Fundacja doktorze! Tutaj wszyscy powinni być przygotowani na tego typu zdarzenia - przypomniał mu zarządca.
- Tak Dyrektorze, ale… - Kolega próbował się bronić.
- Niektórzy poniosą konsekwencje Vorbis - twarz Dyrektora nie zdradzała żadnych emocji.
- Dobrze… a mogę chociaż zatrzymać swój kubek?

Po kolejnym dniu pracy, Vorbis przechadzał się bez celu po ośrodku. Nie było tak źle, myślał on. Mogło być o wiele gorzej… no i koniec końców nie zwolnili tego biedaka od SCP-PL-045. Kolega uśmiechnął się. Lubił on te momenty, kiedy na tą krótką chwile nie miał nic do roboty, albo mógł tę robotę odsunąć na późniejszy termin. Po chwili zdawało się że coś słyszy, i nagle zgasły światła.
A po chwili zapaliły się.
Tylko że te były czerwone.
Ehm… dzień jak co dzień…

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported