Rok 2061

ocena: +9+x





Rozdział I

Gdzieś






Otworzyłem swoje oczy po to tylko, by w praktyce wizualnie, z mojej perspektywy, nie otwarły się w ogóle. Zamykałem je i otwierałem na przemian. Oślepłem? Chyba nie. To by było dziwne, tak nagle oślepnąć, zbyt dziwne. Nie, to nie to. Mój rozsądek (słusznie!) podpowiadał mi, że nie.

Bolała mnie głowa, bolało mnie ramię, a w oczy raził intensywny eigengrau bijący od zewsząd wokół. Czułem, jakbym miał coś wokół szyi, oddychało się dosyć źle, było duszno, a z każdym wydechem na moment robiło się o wiele wilgotniej niż powinno być. Wygląda na to, że byłem w jakimś pomieszczeniu o nietypowych właściwościach, może warto by było je sobie opisać, zapamiętać szczegóły. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie eigengrau, aż zmrużyłem oczy po to tylko, by znów przypomnieć sobie, jak bardzo nie robi to żadnej różnicy. Razi tak samo z oczami otwartymi, jak z zamkniętymi.

Próba wstania w celu bardziej dogłębnego i zmysłowo angażującego rozejrzenia się po tym przedziwnym pokoju zakończyła się tylko dwudziestoprocentowym sukcesem, ponieważ zaangażować udało się słuch. Szybki raban bez odczuwalnej zmiany położenia w przestrzeni dał jednak na szczęście wystarczająco dużo informacji, by wyciągnąć jeden, bardzo konkretny wniosek. Miałem bardzo ograniczoną ruchomość kończyn i na pewno siedziałem na krześle. Materiał? Szkło. Czemu szkło? Nie wiem. Wiedziałem, że modne są szklane taborety, mój ojciec nakupował tego szajsu do kuchni i przy każdym obiedzie boję się o swoje życie. Kropki połączyłem więc ze swoimi zdroworozsądkowymi obawami wyniesionymi z domu, co zaowocowało zaprzestaniem wypróbowanej jednokrotnie, ryzykownej czynności jaką była próba wstania. Tyle informacji, ile miałem, wystarczyło, a że nie jestem głupim człowiekiem, to doskonale zdawałem sobie sprawę, że skakanie na szklanym krześle do zbyt mądrych pomysłów nie należy. Poza tym, oczywista oczywistość, jest ono ciężkie.

— Halo? — spytałem więc, a nie otrzymawszy odpowiedzi, dodałem jeszcze: — Jest tam kto?

Cisza była tak głucha, jak rażący był wszechobecny wokół mnie eigengrau. Wnioski z tej szybkiej obserwacji, wyciągnięte na podstawie moich własnych, jak najbardziej mierzalnych, empirycznych doświadczeń są następujące: jestem w jednolicie szarym pomieszczeniu, w którym jest mało miejsca, przez co mam skrępowane kończyny. Wilgotność i temperatura zwiększają się chwilowo, kiedy tylko robię wydech, co jest dziwne, ale nie wykracza poza resztę dziwności współczesnego dla mnie świata, więc nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczony. Czuję, jakbym miał coś na szyi (gruba obroża?), boli mnie głowa, boli mnie ramię. Siedzę na szklanym krześle, więc gwałtowne ruchy stanowią potencjalne zagrożenie dla mojego życia i zdrowia.

To nie są chyba jednak wnioski, tylko powielenie obserwacji, stwierdzenie obecności zaobserwowanych faktów, trzeba je więc odpowiednio przetworzyć. Właściwy wniosek jest więc taki: nie mam pojęcia, gdzie jestem i jak się tu znalazłem, ale to dziwne miejsce. Myślę, że powinienem spróbować sprawdzić, jak do tego wszystkiego doszło. Trzeba jednak przyznać, że poświęceniu pełni pomieszczenia przeraźliwie szarej szarości musiała towarzyszyć jakaś konkretna idea stylistyczna. Bardzo radykalny i niepraktyczny minimalizm.


Dzień zacząłem od podróży do sklepu. To było wczoraj? A może dzisiaj? Który jest w ogóle dzień? Nie mam pojęcia, poczucie czasu rozmywa się w otaczającej mnie szarości. Czy to ma znaczenie? Raczej nie. Więc po co się nad tym tak rozwodzę? Nie wiem.

W każdym razie, zacząłem dzień, jak już wspomniałem, od podróży do sklepu. Wszystko to, co kupić trzeba było, miałem na liście. Specjalnie nastawiłem sobie budzik na wczesną godzinę, byleby uniknąć rozmowy z ojcem, która bez wątpienia znacznie by mnie opóźniła, w dodatku swoim charakterem kompletnie rozbijając moje skupienie. Zadanie było przecież ambitne i zależało od niego wiele — w końcu dokładnie, co do grama, rozpisałem sobie wszystko. Jeden z niewielu jakkolwiek uporządkowanych elementów otaczającego mnie świata, lista zakupów, przygotowana przez moją matkę i zmodyfikowana odpowiednio przeze mnie tak, by dokładnie oznaczyć, ile czego mam kupić.

Ze swojego pokoju, który nie jest wart opisywania, wyszedłem, ubrany już, do naszego właściwego mieszkania. Korytarz był cały zagracony, z butami porozrzucanymi po nim tak, że często stały obok siebie pojedyncze sztuki butów kompletnie nie do pary, nierzadko nawet zestawione ze sobą w ten sposób było obuwie męskie, żeńskie, żeńsko-męskie, męsko-żeńskie, męsko-męskie, żeńsko-żeńskie i jakiekolwiek inne. Na ścianach o nowoczesnym, minimalistycznym wystroju utrzymanym poprzez harmonijne współistnienie ciemnej szarości i bieli, na losowo poprzybijanych wieszakach złożonych z pojedynczych gwoździ wisiały różne kurtki mojego ojca. Jedna ze ścian była od tychże wieszaków wolna, wisiał na niej bowiem obraz, kolorystycznie dopasowany do ściany. Obraz niezwykły, przedstawiający złożone interakcje jasnoszarych figur geometrycznych w obrębie jasnoszarej przestrzeni. Tak jak ściana, ku czci wiszącego na niej dzieła sztuki, wolna była od wszechobecnego na każdej innej chaosu, tak sam obraz już nie. Wisiało na nim odczepione, bioniczne ramię, którego dłoń w śmiertelnym dla siebie uścisku trzymała z niekończącymi się pokładami wytrwałości i cierpliwości róg obrazu, czekając, aż ktoś sobie o tym urządzeniu przypomni.

Nie mogłem jednak marnować czasu na rozmyślanie nad sensem bądź bezsensem klasyczno-awangardowej sztuki-mebla połączonej z performansem, każda bowiem zmarnowana sekunda przybliżała mnie do przebudzenia ojca, strażnika domowego nieporządku. Zabrałem się więc bezzwłocznie i z niemałą dozą pośpiechu za szukanie wśród stada łączącego wiele populacji różnych gatunków dziko żyjącego obuwia, swojej pary, moich eleganckich, granatowych, matowych półbutów. Jedyne stały obok siebie, jako przedstawiciele populacji najbardziej rozwiniętej, uporządkowanej i rozsądnej.

W końcu udało się opuścić nasze rodzinne mieszkanie, a ja mogłem przypisać sobie kolejny sukces w dziedzinie unikania przypadkowych interakcji z moim ojcem. Na klatce schodowej, dla kontrastu trochę stęchłej, ale z nowoczesną poręczą, ominąłem ostrożnie śpiącego na schodach pijanego Zdruzgotańca, który całą swoją podświadomą siłę wykorzystywał na niewcielenie się przypadkowo w rolę saneczkarza, który zamiast sanek miałby plecy, a zamiast toru — schody. Z nim też nie chciałem rozmawiać, był tak samo czasochłonny i konfundujący jak ojciec, lecz efekt ten osiągał zupełnie innymi metodami. Dwie główne przeszkody zostały więc ominięte, a ja, energicznym biegiem, jakim z gracją i kontrolą rzuciłem się ze schodów, wypadłem prosto w objęcia południowopolskiego megamiasta.

Samochody jeździły przede mną, stojąc w korkach, a autobusy przelatywały nad nimi ze wszystkimi pasażerami patrzącymi tryumfalnymi spojrzeniami w dół, na przemotoryzowany plebs. Ja natomiast wyruszyłem na pieszą wędrówkę pośród wysokich bloków, z wieżowcami drapiącymi chmury (chyba chmury, ale raczej jednak smog) gdzieś w tle. Zadanie było jasne, wyznaczone cele także, środki, jakie powziąć zamierzałem — tym bardziej. Wszystko było dokładnie zaplanowane, stanowiąc bezsprzecznie kolejny dowód wyższości mojego wewnętrznego porządku nad chaosem reszty świata. Z dumnym błyskiem w oku przyglądałem się odprowadzającym mnie serdecznym wzrokiem anomalnym graffiti, a jedną myślą, za pomocą augmentacji, puściłem sobie w głowie ulubioną muzykę. Początek dnia był spektakularnym sukcesem.

Po kilku minutach spaceru dotarłem do sklepu. Jego wrota otwarły się przede mną szeroko, a ja wkroczyłem z uśmiechem wspaniale kontrastującym z grymasami wzmożonej irytacji miotających się sklepowiczów z pokoleń przeróżnych. Trzeba było kupić tylko pół kilo piersi z kurczaka, dwieście gramów mąki ze świerszczy (coś cudownego, a jak ładnie panierka wychodzi!), dwanaście sztuk jaj kurzych o obowiązkowo podobnej wielkości, trzy paczki sproszkowanej papryki słodkiej, paczkę sproszkowanej papryki ostrej i pół kilograma makaronu tagliatelle. Podjechał do mnie robot-asystent sprawiający podobno od dekad, że u niektórych ludzi budzą się wątpliwego pochodzenia instynkty i spytał się grzecznie:

— W czym mogę pomóc, panie Maranek?

Uśmiechnąłem się do mojego towarzysza w normalności i w kieszeni zacząłem szukać listy zakupów. Pierwsza kieszeń pusta. Pozostałe także. Mój uśmiech zniknął od razu. W całej tej gimnastyce i unikaniu zagrożeń musiałem zapomnieć mojej listy. Przeprosiłem robota grzecznie i wyszedłem ze sklepu. Trzeba było się po nią wrócić, naprawić tę usterkę. Początek dnia był spektakularną porażką.


Czy to było to? Czyżby to ta tragedia, niewyobrażalna strata i spektakularny upadek wybitnych idei zamknięty w kilkunastomilisekundowym, katastroficznym olśnieniu stały się preludium mojego aktualnego, dziwacznego położenia? Swoim analitycznym na wskroś umysłem przeanalizowałem w tę i we w tę, od góry do dołu, od północy do południa, od wschodu do zachodu, od wewnątrz do zewnątrz i od atomu do ogromu Wszechświata całą tę sytuację dochodząc do przełomowej konkluzji.

Nie, to nie to.

Poruszałem trochę palcem w bucie. Pokręciłem nim, powywijałem, postukałem w górę, pogłaskałem czule podeszwę i z całym przekonaniem stwierdzić mogę, że to nie te półbuty, jakie miałem wtedy ubrane, to inne, brązowe i błyszczące, a nie, jak tam, granatowe i matowe. Trzeba jednak przyznać, że kierunek był dobry, nawet bardzo, bo czasowo musiał być blisko, patrząc na to, że po powierceniu się przez chwil kilka ustaliłem, że, mimo wszystko, mam na sobie przecież dokładnie tę samą koszulę i ten sam sweter. Dobrze, że chociaż uzmysłowiłem sobie już, na samym początku, że wspomnienie to jest z dzisiaj lub z wczoraj, dalej nie mam do końca pojęcia, ale data musi być bliska.

Kilka wdechów i wydechów na zebranie myśli przypomniało mi od razu, gdzie w ogóle się znajduję. Cały czas w tym dziwacznym, minimalistycznie wystrojonym pomieszczeniu w kolorze eigengrau, gdzieś, zapewne, pośrodku, na szklanym krześle (jak to musi okropnie wyglądać! Chyba że szkło jest zabarwione, to wtedy problemu nie ma). Źródłem tego oprzytomnienia była, znów, ta nagła zmiana wilgotności. Kto projektuje pomieszczenia w ten sposób? Przecież obieg powietrza musi tu być okropny, skoro tak się dzieje.

Bardzo smutną wiadomością okazało się jednak to, że wróciłem myślowo do punktu wyjścia. Na nic spisała się moja pierwsza próba odgadnięcia, jak w ogóle się tu znalazłem, prawdę mówiąc nawet pogorszyła sprawę, bo głowa rozbolała mnie wręcz bardziej, pulsując tak, jakby cały mój mózg po prostu biegał po czaszce. Miałem tylko nadzieję, że biegł po okręgu. Oby choroba chaosu skrycie nie zaczęła mnie trawić od środka.

Jednakże, pomimo zdecydowanie niesprzyjającego stanu fizycznego, zdecydowałem się podjąć drugą próbę zanurkowania w świat wspomnień w celu odnalezienia tego zaginionego fragmentu mojego życia.


Wieczór powoli przechodził w noc, która wyłaniała się powoli, jakby ukrywając się jeszcze, nawet mimo tego, że zdradzał ją coraz bardziej ciemniejący granat mętnego przez pyły i dymy nieba. Gwiazd nie widziałem, te ukrywały się przede mną zbyt dobrze już od 15 lat. Słyszałem zawsze, że kiedyś, zanim jeszcze to Warszawę pożarł kotlet, a nie na odwrót, gwiazdy na niebie było widać za każdym razem, gdy nieba nie przesłaniały chmury. Czy one wszystkie umarły? A może zawstydziło je odkrzykujące im coś coraz głośniej i bardziej obscenicznie światło naszych miast?

Tak sobie rozmyślałem, znów nie pamiętam kiedy, ale musiało to, podobnie jak wspomnienie poprzednie, być gdzieś blisko mojego aktualnego położenia na osi czasu. Znów, pamiętam to dobrze, miałem na sobie tę samą koszulę i ten sam sweter, ale jakie miałem buty? Kwestia paląca i najważniejsza. Jakie wziąłem wtedy ze sobą buty?

Nastrój miałem grobowy. Każdy dzień męczył mnie na swój własny, unikatowy, nieuporządkowany sposób, bo każdy dokładał kolejną, bezkształtną cegłę do rozsypującego się domu, którym była moja łepetyna. Zawsze wewnątrz siebie chciałem zbudować dom sześcienny, z ostrosłupowym dachem i w nim osiedlić swoją tożsamość. Życie zawsze w młodym wieku, tak chociaż myślałem, dostarcza cegły, belki, zaprawę, dachówki i wszystko inne, czego potrzeba do postawienia go. Ja dostawałem codziennie, rzeczywiście, coraz to nowsze pokłady cegieł codzienności, lecz każda z nich była inna, nieregularna, asymetrycznie irytująca i niepasująca do pozostałych. Miałem do wyboru albo budować z tego, albo być wewnętrznie bezdomnym. Jako racjonalny człowiek wybrałem pierwszą opcję i za każdym razem, podczas każdego takiego spaceru, myślałem o tym, jak bardzo mi się mój wewnętrzny dom nie podoba.

Ale wracając do sprawy nadrzędnej. Jakie miałem wtedy buty? W jakich butach stałem na tym moście, obserwując nie wyłaniające się nocne niebo, lecz jeden z telebimów?

Patrzyła na mnie, a ja na nią. Ja dumałem, rozmyślałem nad swoim miejscem na świecie, a ona? Nie mam pojęcia. Jej wzrok był pusty, ale i subtelny, przeszywający i wwiercający się w duszę, lecz przy tym delikatny, jakby uderzał w ściany mojego wnętrza puchowym kilofem. Ona sama stała dumnie, z uśmiechem, szerokim i szczerym, a ja byłem przy niej mały, nijaki, zagubiony we własnych myślach. I tak stałem, zmarniały, wymieniając spojrzenie z animowaną kobietą-drażetką na jednym z telebimów, która nachyliła się lekko, wyjmując zza siebie paczkę tych kalorycznych bomb termojądrowych i podsuwając mi ją, wydawałoby się, pod nos.

Wpatrywałem się jej prosto w oczy, kiedy prostowała się ponownie, posyłając mi kuszące spojrzenia. Tylko jakie ja miałem wtedy buty? Czemu nie ruszałem palcami, dlaczego akurat wtedy zyskały one tę szczególną harmonię z resztą ciała, wyzbywając się potrzeby przekopywania się przez podeszwę niczym puchowy kilof słodyczokobiety przez najgłębsze warstwy mojej świadomości?

Próbowałem zmusić przeszłego siebie, by spojrzał w dół, zakrzywić czasoprzestrzeń nawet kosztem zniszczenia świata, byleby ten ja, przestarzały, nieaktualny i zamknięty w zapętlonych majakach, rzucił choćby tylko jednym okiem na noszone obuwie. Niestety na próżno. Nieziemski wysiłek mojego ograniczonego umysłu zdołał jedynie pobudzić moją augmentację i w czasie rzeczywistym odtworzyć “Makarenę”, której, w nerwach, nie potrafiłem wyłączyć. Tak więc obserwowana przeze mnie dawna wersja samego siebie spojrzała jeszcze raz zamyślonym wzrokiem prosto w oczy kuszącej go drażetki z głośnym, dudniącym “EEEEEEEEEEEEE MAKARENA!”.

Musiałem podjąć decyzję. Ewakuować się ze świata wspomnień? A może powinienem jeszcze zaczekać? Co powinienem zrobić? Jak mam sprawdzić, jakie nosiłem buty? Może powinienem przeskoczyć do innego wspomnienia? Wejść jeszcze głębiej? Wyrwać drażetce puchowy kilof i samemu zacząć kopać, lecz nie w nadszarpniętej chaosem świata świadomości, tylko, po ucieczce ze zdobyczą, w odmętach mojej własnej pamięci? Nie. To byłby zbyt duży wysiłek. Głowa na nowo zaczęła pulsować, mózg kręcił kółka. Albo odkryję to więc w tym wspomnieniu, albo w żadnym. Musiałem zaczekać.

Tak więc stałem przed telebimem i rozmyślałem, bo z jakiegoś powodu tylko do tego mnie ta postać motywowała. Wzbudzała zakopaną, siedzącą w każdym, lecz aktualnie tak samo powszechnie uśpioną i stłamszoną, potrzebę refleksji. Ten wzrok, to przenikające spojrzenie otwierało szufladki, sprawiało, że zastanawiałem się głęboko nad tym, co lubię, a czego nienawidzę, jak bardzo irytuje mnie mój ojciec, jak bezsensowne są kłótnie moich braci bliźniaków, którzy i tak siebie nawzajem siebie nie słuchają, jak moja matka myśli tylko i wyłącznie o sobie. Ale przecież nie była w tym wyjątkowa, wszyscy teraz myślą tylko o sobie. Im więcej myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że ludziom wokół na czubku nosa rośnie rak, coraz większy i większy, sprawiający, że, wpatrując się w niego, nie widzi się nic dookoła, aż w końcu nawet nie ma się opcji, by spojrzeć gdzie indziej.

Przeżywałem katharsis. Starożytni się mylili. Nie potrzebujesz do tego szoku, rodzinnych tragedii, morderstw i katastrof. Nie potrzebujesz też desek teatru. Czy więc mieli rację ci, co przyszli ogrom wieków później, mówiąc, że katharsis jest już niemożliwe? Nie, także się mylili, jakżebym inaczej je teraz przeżywał, gdyby było niemożliwe? Jak mój umysł byłby się w stanie otworzyć, pęknąć jak kieliszek na weselu i rozlać oczyszczająco wszystko to, co znajdowało się w środku? Nie, Witkacy i jego poplecznicy znani mi z lat szkolnych nie mieli racji. Po prostu brakowało im tego jednego, konkretnego doświadczenia, jednej postaci i jednej, jedynej sytuacji, w której ja znalazłem się teraz. Brakowało im telebimu z kobietą-drażetką w białych obcasach, wpatrującą się w głąb ludzkiej duszy, chcąc wcisnąć w nią paczkę zamkniętej w postaci zimmobilizowanych przedstawicieli jej własnego gatunku, którym odebrano nogi, ręce, twarz i duszę, cukrzycy.

Ja jednak, ten aktualny, a nie przeszły, nie podzielałem tych wrażeń. We wspomnieniach nie da się już tego odczuć, zwłaszcza przy akompaniamencie “Makareny”, która zagłuszała nawet zapisany w pamięci zgiełk wieczoru w megalopolis. Zjadała mnie frustracja. Niech wreszcie spojrzę pod siebie!

Nadzieja wstąpiła na nowo w moje serce. Słyszałem swoje własne, minione westchnienie, poczułem jeszcze raz to samo otarcie łez wzruszenia, doświadczyłem tego samego spojrzenia na bezgwiezdną, mętną ofiarę systemu — niebo. Zamknąłem na chwilę oczy, łatając dziurę w tym nadtłuczonym, wewnętrznym dzbanie, odwracając się po chwili i idąc przed siebie. Jak wspomniałem, nadzieja do mnie wróciła, lecz nie do mnie z tamtego momentu, tylko do mnie, słuchającego wbrew swej woli “Makareny”. Może spojrzę w dół. Może nie będę chciał się potknąć na jakichś schodach. Może wreszcie rozwiążę trapiącą mnie przez całe wspomnienie zagadkę. Jakie mam na sobie buty?

Tak! Rusza głową. Idzie w dół! W dół! Tylko czemu zwalnia? Czemu zwalniam?! Czemu wszystko jest coraz wolniejsze? Obraz mętnieje! Rozpływam się! Nie! Robi się ciemniej, coraz ciemniej, wszystko gaśnie, wszystko się rozmywa, wszystko się zawęża i niemalże staje w miejscu, dlaczego? Co jest powodem? Czemu akurat, w tak ważnej chwili, dzieje się coś tak dziwnego? Jakie miałem wtedy buty!?


Przeszłość przeminęła bezpowrotnie, a ja nadal słuchałem “Makareny”. Głowa bolała, mózg robił kolejne okrążenia po czaszce, a ja czułem, jak wrze chyba płyn mózgowo-rdzeniowy. Byłem rozgoryczony i sfrustrowany. Wspomnienie, najżywsze i najostrzejsze spośród wszystkich ostatnich, w najważniejszym dla mnie momencie zostało przerwane przez nieznane mi wcześniej zaćmienie. Łagodność tego zakończenia mogła wręcz zwodzić, jakoby było ono integralną częścią tego wycinku pamięci. Tylko że to nie miało sensu! Dlaczego miałoby się tak stać? Z jakiego powodu czas, na ten moment, miałby się dla mnie zatrzymać?

Na myśl o tym rozbolało mnie ramię. Całe ciało działało przeciwko mnie, a ja nie mogłem absolutnie nic z tym zrobić. Trzeba było to zaakceptować. Wziąłem więc kilka wdechów, potem kilka wydechów, w dokładnie takiej kolejności, jak to opisałem, a kiedy wróciłem do względnego (nie)spokoju ducha, kontynuowałem podsumowywanie mojej sytuacji.

Znajdowałem się dalej w dziwacznym pomieszczeniu, w którym jest coraz cieplej, a wilgotność zwiększa się na chwilę, gdy robię wydech. Siedzę na szklanym krześle, otoczony rażącym eigengrau bijącym ze wszystkich, pomalowanych najwidoczniej na ten kolor ścian. Coś ściska mnie za gardło, a ręce i nogi mam skrępowane, choć może to być akurat spowodowane miażdżącym wpływem kretyńskiego konceptu, jakim jest dla mnie szklane krzesło. W całym pokoju panuje cisza, zakłócana jednak już wewnątrz mojej głowy za pomocą puszczanej przez augmentację “Makareny”, która najwidoczniej się zacięła. Powoli zastanawiałem się, jak piękny był świat przed tą piosenką. Zdecydowanie nie pomagała w skupieniu się.

Wciąż nie miałem pojęcia, kiedy i jak się tu znalazłem. Moje obie próby dowiedzenia się tego spełzły na niczym, druga skończyła się wręcz dramatycznym rozczarowaniem, a za dziesięć minut może nawet doprowadzić do nieodwracalnych szkód na mojej psychice (niech to w końcu zamilknie!). Nie mogłem, niestety, sprawdzić prawdziwości powiedzenia “do trzech razy sztuka”, bo czuję całym swoim ciałem, że kolejna próba wyruszenia w podróż do krainy wspomnień skończy się eksplozją mojej mózgoczaszki razem z jej biegającą aktualnie, mam nadzieję, w kółko zawartością. Wróciłem do punktu wyjścia, tym razem jednak bez żadnej opcji poprawy mojej sytuacji. Źródełko z prawdopodobnymi odpowiedziami wyschło.

Nagle jednak, bez żadnego ostrzeżenia, wystrój pomieszczenia się zmienił. Wraz z dziwacznym skrzypnięciem, gdzieś przede mną, pośrodku ściany w kolorze eigengrau, pojawiła się cała zgraja białych kropeczek. Coś zdecydowanie było nie tak. Czułem, jak przez tę nagłą zmianę serce zaczyna mi bić szybciej. Nie ufałem tym kropkom, ta biel dawała wręcz uczucie dyskomfortu, silnie dysonansowała z resztą pomieszczenia.

Wtedy usłyszałem kroki. Czyli jednak nie byłem tu sam? Z dwóch stron dwie pary butów zbliżały się do mnie coraz bardziej i bardziej, lecz ich właścicieli nigdzie nie widziałem. Tak, jakby przyszły do mnie same dźwięki, zapominając o ludziach, do których należały. Zamilkłem ja, lecz “Makarena” pozostała przy mnie w swej stałości, niezmienności i coraz lepszych umiejętnościach w doprowadzaniu mnie na skraj szaleństwa.

— Dobra, bierzemy go. Na trzy — usłyszałem basowy głos. — Raz… dwa… Trzy!

I dźwięki podjęły próbę podniesienia mnie razem ze szklanym krzesłem. W ułamku sekundy jednak znalazłem się z powrotem na dole, z głośnym trzaskiem jednej z nóg, który to sprawił, że przez chwilę miałem okazję przekonać się, jakie odczucia towarzyszą pobycie na tej szczególnej, także w kolorze eigengrau, podłodze.

— Cholera, Krzysiek! Coś ty zrobił! — rzucił bas.

— Wyślizgnęło się! — odparł speszony tenor.

— Ręce z gówna…

— Przepraszam!

Odgłosy przesunęły się bliżej mnie, aż w końcu poczułem, jak ktoś mnie obraca. Jedna para rąk chwyciła mnie pod jedno ramię, druga pod drugie i tak zacząłem podnosić się z nogami luźnymi i wciąż, co mnie zdziwiło, dosyć słabymi. Wisiałem na czymś, ba, mógłbym nawet stwierdzić, że były tego dwie sztuki, tylko nie wiedziałem jeszcze czego, ale logika podpowiadała mi, że głosów, do których należały podnoszące mnie ramiona. W końcu poczułem także gmeranie i grzebanie przy szyi, coś się rozluźniało, wilgotność zaczynała spadać, aż w końcu w dziwny sposób wydostałem się z eigengrauowego pomieszczenia. Wciąż półprzytomny, z bolącą głową, ramieniem, prawie wiotkimi nogami i “Makareną” niezmiennie śpiewaną mi z uporem maniaka, znalazłem się w zupełnie innym miejscu.

Było tu szaro, obskurnie, ściany były obdrapane, na wielu z nich roiło się od dziwacznych, ruszających się chaotycznie, anomalnych graffiti, a przede mną, zbliżając się do mnie, stały otwarte na oścież drzwi prowadzące gdzieś, gdzie było strasznie jasno, w porównaniu z miejscem, w którym aktualnie się znajdowałem, a niebotycznie jasno w porównaniu z tamtym pomieszczeniem w kolorze eigengrau.

Niosło mnie dwóch mężczyzn, dobrze zbudowanych, z ładnie ułożonymi włosami. Aż trudno mi było uwierzyć, patrząc na nich, że rozbiliby szklane krzesło w sposób tak durny, jak podpowiadała mi zagłuszana “Makareną” intuicja. Może mój pogląd, że te dzieła szatana są tykającymi bombami zegarowymi, znalazł w końcu swoje potwierdzenie.

Zmiana scenerii dała mi jednak jedną, bardzo ważną myśl.

Zostałem porwany.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported