Między Młotem a Kowadłem

ocena: +14+x

autorstwa Calamari_Knight

Las płonął.

Grupa ludzi ubranych w nietypowe kombinezony i maski gazowe przedzierała się przez ekosystem przypominający połączenie pustyni i lasu — liczne drzewa przeplatały się z połaciami piasku. Dzięki miotaczom ognia w rękach niektórych z nich palili na swojej drodze wszystkie napotkane dziwaczne, nieznane im drzewa. Równie niezwykłe motyle, jeśli unikały natychmiastowej śmierci ogniowej, uciekały w popłochu.

Jeden z nich odłączył się kawałek od grupy. Wyciągnął z plecaka specyficznie wyglądające urządzenie przypominające trochę telefon, zdecydowanie jednak nim niebędącym. Nacisnął przycisk.

Kilkadziesiąt wszechświatów dalej, w centrali, inny mężczyzna usłyszał sygnał. Oczekiwał na wieści od paru dni, pozwolił sobie zatem na trochę ekscytacji, burząc tymczasowo swoją fasadę całkowitego opanowania. Odkaszlnął i podniósł swój własny komunikator.

— Tu Baron.

— Szefie? Mówi Alef Trzy. Chcę ogłosić postęp operacji "Drwale".

— Jak przebiega akcja?

— Postępujemy przez kolejną rzeczywistość opanowaną przez Cel nr 17, desygnowaliśmy ją SL-07. Gęstość osobników jest coraz większa, więc pokuszę się na stwierdzenie, że zbliżamy się do środka lasu.

— Świetnie. Jakieś zagrożenia?

— Na razie żadnych, jednak niedługo skończą nam się pozyskane przez nas wskazówki i będziemy musieli iść na oślep. Myślę jednak, że… chwileczkę — odłożył na chwilę komunikator, bo zauważył, że jeden z żołnierzy ogniowych do niego podbiega.

— Kapitanie! Niech pan spojrzy!

— Co się- oh — umilkł, bo oto zobaczył rozcierający się przed nim niezwykły widok. Na skraju horyzontu, z pokrywającej teren mgły i dymu z pożarów, wyłaniał się masywny obiekt — kolosalne drzewo sięgające aż ponad chmury. — Czyli jednak.

— Ano. Marek właśnie przegrał sporą sumkę.

— Muszę to zameldować. Szefie! — szybko znowu zwrócił się do komunikatora. — Przepraszam za tą przerwę, ale doszło do nagłego rozwoju sprawy. Znaleźliśmy niecodzienny obiekt. Podejrzewany, że to może być środek lasu. Jest w naszym zasięgu wzroku.

— Świetnie. Czy jest to drzewo?

— Tak. Założenia Rady były słuszne. To ogromne drzewo, nie powiem panu z całą pewnością, ale chyba jesion. To by znaczyło, że źródłem 168 jest…

— Yggdrasil.

— Szefie, mamy wystarczająco dużo siły, by przypuścić atak frontalny. Być może jeśli uda nam się zniszczyć główne drzewo, te przeklęte drzewa wreszcie umrą.

— A WWW w końcu pozbędzie się jednego z najbardziej uciążliwych Celów. Świetnie. Macie przyzwolenie na podjęcie próby zniszczenia. Meldujcie w przypadku rozwoju sytuacji.

— Dobrze. Bez odbioru.

Alef schował komunikator i skierował się w stronę oddziału.

— Panowie, wygląda na to, że jutro wrócimy do domu. Ruszajmy, mamy drzewo do ścięcia.


Grupa zatrzymała się w odległości około 100 metrów od pnia drzewa. Drzewo otaczała wielka polana, jej skraj był więc dobrym momentem, by sporządzić plan.

— Chryste panie, to naprawdę ogromne drzewo — powiedział jeden z żołnierzy, zadzierając głowę do góry.

— Jeszcze jak — zgodził się Alef. — Dobra, Krzychu — skinął głową na członka oddziału wyglądającego na naukowca — Czego się tam mamy spodziewać?

— Cóż, uh… — jajogłowy jąkał się z podenerwowania — Według mitologii skandynawskiej trzema największymi zagrożeniami są wiewiórka Ratatosk na gałęziach drzewa, smok Níðhöggr w korzeniach i nienazwany orzeł w koronie. Jeśli tu są, trzeba będzie na nich uważać.

— Jasne. Najlepiej trzymajmy się z dala od korzeni i gałęzi. Skupmy się na pieniu. Widzicie tą dziuplę na górze? — wskazał palcem na wielki otwór znajdujący się mniej więcej 75 metrów nad ziemią. — Tamtędy musimy wejść.

— Panie kapitanie — jeden z żołnierzy wystąpił przed szereg. — Nie wiem, czy jest sens się tam pchać. Nie możemy po prostu tego podpalić i wracać do domu?

— Jestem rozczarowany twoją postawą, Anarusie — powiedział kapitan. — W WWW nie robimy roboty na pół gwizdka. Najpierw sprawdzamy, co niszczymy, a dopiero potem niszczymy. Skądś się urwałeś, z GOC?

Żołnierz umilkł.

— Ktoś jeszcze ma jakieś pytania?

Inny z żołnierzy podniósł niepewnie rękę.

— Jeśli Yggdrasil to drzewo podtrzymujące dziewięć światów w mitologii nordyckiej, to czy niszcząc go… nie zniszczymy multiwersum?

— O, to już lepsze pytanie. Krzysiu, wyjaśnisz tym, co nie uważali na szkoleniach ze struktury uniwersum?

Krzysiu odkaszlnął.

— Generalnie rzecz ujmując, struktura multiwersum jest zagmatwana i w zasadzie nie ma jednej spójnej zasady określającej, jak zachowuje się wieloświat. Mając na względzie zasady niespójności teologicznej, warto zauważyć, że mit o Yggdrasilu jest tylko jednym z aspektów prawdy. Nawet jeśli pozbędziemy się Drzewa Światów, coś innego z innej religii wciąż będzie trzymać wszechświat w kupie.

— Aha, spoko.

— Ktoś jeszcze chce się podzielić błyskotliwymi uwagami?

Nikt się nie palił.

— Dobra, w takim razie ruszamy. Marku i Olku, wy najlepiej się wspinacie, dlatego…


— To już nie potrwa długo — powiedział Alef do Krzysia, patrząc na wspinaczy.

Dzięki modyfikacjom kończyn dwaj wspinacze wdrapywali się znacznie lepiej, szybciej i pewniej niż przeciętny człowiek. Już za parę minut mieli dotrzeć do otworu w drzewie. Reszta oddziału siedziała tuż przy pniu, czekając na opuszczenie liny.

— Coś mi tu nie gra — powiedział badacz, przyglądając się pniowi. — Nie znam się za drzewach, ale wydawało mi się, że jesion wygląda inaczej. Nie widać stąd liści, ale pień wygląda dziwnie znajomo…

— Mówisz? — zapytał bez większego zainteresowania Alef.

— Tak. Wydaję mi się, że to może być inne drzewo. Czy to nie…

— Kapitanie! — Rozległo się z wołanie z góry. Kapitan spojrzał w stronę dziury i zobaczył, że wspinacze już dotarli do otworu.

— Świetnie chłopaki! Widzicie tam jakieś zagrożenia? — krzyknął Alef.

— Nie! Teren czysty! Jest tam jakiś tunel! Opuszczamy linę! — odkrzyknął jeden z nich.

— To… dąb. Tak! To dąb! — Krzysiu ciągle analizował korę. — O nie…

— Co to zmienia? — zapytał mający dosyć trajkotu podwładnego Alef.

— Dąb nie był Drzewem Światów w germańskich mitach. Taką funkcję pełnił odpowiednik Yggdrasila z mitologii słowiańskiej. Co oznacza, że…

Nagle z góry dobiegł się donośny głos.

— KTO ŚMIE WDZIERAĆ SIĘ NA TEREN ŚWIĘTEJ KUŹNI WSZECHPOTĘŻNEGO SWAROGA?!

Z otworu na górze buchnął wielki poziom ognia.

— Kurwa — podsumował to Alef.


Swaróg miał naprawdę stresujący dzień. Dopiero co się dowiedział, że jego szef powrócił wcześniej, niż się tego spodziewano, więc musiał wziąć długie nadgodziny, by wykończyć wspaniałą zbroję, którą dla niego szykował na tę chwilę. A teraz jeszcze musiał zawieść ją z powrotem do rzeczywistości bazowej, by razem mogli ruszyć na podbój świata, na co szczerze Swaróg nie bardzo się palił, ale co miał poradzić.

A na domiar złego teraz się dowiedział, że na jego rewirze znowu panoszą się jacyś śmiertelnicy. No jak tak można, przecież to już ze trzeci raz w tym stuleciu. Co miał niby zrobić? Zostawić ich w spokoju, by dalej się tu kręcili jak smród po gaciach? Nie no, musiał im dać nauczkę i pokazać, gdzie raki zimują.

Po pozbyciu się tych dwóch, co wspięli się już do dziupli, wyjrzał na dwór i zobaczył, że na dole były jakieś dwa tuziny kolejnych. Zostawił wózek ze zbroją i zeskoczył na ziemię, lądując między nimi.

Intruzi zareagowali z imponującą szybkością, natychmiastowo oddając strzały w stronę boga. Pozwolił im na to, wiedząc, że jak zobaczą, że kule śmiertelników się go nie imają, szybko się załamią.

Niespodziewanie jednak po paru sekundach jeden z nich oddał strzał z dziwacznej broni — promień lasera trafił Swaroga w bark. Nie bolało za mocno, przebił jednak jego skórę. Zaskoczyło to boga, który zmuszony był do przejścia do akcji. Odskoczył w bok i przywarł do pnia drzewa, w ten sposób uciekając z kręgu wrogów. Miał więc moment, by dokładniej przyjrzeć się przeciwnikom.

Większość z nich była ludzka, chociaż część z nich albo należała do innych ras, albo miała dziwaczne modyfikacje ciała. Nie byli to na pewno przypadkowi turyści, którzy dotarli tutaj przez korzenie Drzewa Świata. Widząc, że na chwilę przerwali ostrzał, zdecydował się dać intruzom ostatnie ostrzeżenie. Wyszukał wzrokiem tego, który wyglądał na przywódcę — wysokiego mężczyznę z czarną jak obsydian skórą i dziwacznym hełmem — i skierował się do niego.

— Panie, to jest mój teren! Wypierdalać mi stąd w popłochach albo was dojadę!

— Eee… no dobra. Chłopaki, odwrót! — powiedział dowódca, a żołnierze powoli zaczęli się wycofywać.

— Zaraz, co?

To wybiło Swaroga z tropu. Za jego czasów ludzie byli może bezmózgimi słabeuszami, ale przynajmniej nie można ich było posądzić o tchórzostwo. Z jakiegoś powodu rozsierdziło to boga jeszcze bardziej niż sama ich obecność tutaj.

— Nieważne, zmieniłem zdanie, chodźcie na wpierdol, złamane kutasy!

Wyciągnął zawieszony u pasa młot kowalski i ruszył na żołnierzy.


Alef naprawdę nie miał ochoty walczyć dzisiaj z januszowskim bóstwem.

Na szczęście dla oddziału, jego żołnierze nie byli tak głupi, jak często im wmawiał, więc szybko dostrzegli, że lasery są znacznie bardziej efektywne niż normalne kule i przerzucili się na nie. Świetnie.

Niestety Swaróg też nie był całkiem w ciemię bity i zamiast po prostu stać i prężyć swoją dobrze zarysowaną muskulaturę zaczął zwinnie unikać ataków i odwdzięczać się własnymi. Z zaskakującą szybkością podbiegł do najbliższego z agentów i przywalił mu w twarz swoim bojowym młotem. Nie trzeba chyba mówić, że wspomniana twarz nie zniosła tego za dobrze.

Kolejny chwycił nóż i próbował go podejść od tyłu, jednak ostrze ledwo tknęło jego skórę. Bóg chwycił przeciwnika za nadgarstek i wykręcił go, w efekcie wyrywając mu rękę. Zaskoczony agent nie miał czasu na skręcanie się z bólu, bo natychmiastowo po tym on także oberwał młotem.

— Szybko! Manewr na Thanosa! — krzyknął kapitan.

Jeden z agentów, którego wydłużane protezy na ręce mogły działać niczym harpun i wyciągarka w jednym, użył jednej z nich właśnie w tym celu. Swaróg oczywiście zauważył nadchodzący od tyłu atak i chwycił rękę w locie, jednakże była to tylko dywersja, albowiem dwóch kolejnych agentów chwyciło za młot, który bóg wciąż trzymał w drugiej ręce. Po ich minach było widać, że ciężar narzędzia ich zaskoczył, udało im się jednak je utrzymać.

Bóg wyraźnie nie był przyzwyczajony do walki w zwarciu z wieloma przeciwnikami, bowiem zdezorientowany obrócił się w stronę dwójki na wystarczająco długo, by ten z przedłużanymi rękami mógł wystrzelić drugą ze swoich protez tak, by tak chwyciła boga za szyję. Rozjuszony bóg puścił pierwszą rękę i chwycił się za tą przywartą do jego szyi, jednocześnie miotając się z paskiem od młota, który nieszczęśliwie zaczepił się o nadgarstek.

Na szczęście dla agenta z protezami Swaróg zatrzymał się w miejscu na tyle długo, by agenci wznowili ostrzał laserami, raniąc i jeszcze bardziej wkurzając boga. W końcu jednak przeciwnikowi minęło oszołomienie na tyle, że mógł przejść do kontrataku. Chwycił za dłoń przeciwnika zaciśniętą na jego szyi i gwałtownie nią potrząsnął niczym linę od skakanki. Zaskoczony siłą wstrząsu agent najpierw poderwał się z ziemi, potem gwałtownie o nią uderzył. Sprawiło to, że puścił szyję Swaroga, który w międzyczasie wreszcie uwolnił się od paska młota, mając znowu obie ręce sprawne. Jego swoboda nie trwała jednak długo, bowiem w czasie gdy męczył się z protezami, jednemu z agentów, którzy trzymali go za młot, udało się przyczepić się do nadgarstka boga kajdanki magnetyczne, które szybko splotły obie jego ręce razem.

Zaskoczony Swaróg próbował się siłować i z tymi pętami, jednak chwilę potem kolejny gadżet WWW — lokalny amplifikator grawitacji — powalił go na kolana. Oszołomiony, nie zdążył zrobić uniku przed ciosem najsilniejszego z osiłków oddziału, który zaczął, kolokwialnie mówiąc, obijać go po mordzie.

Alef wiedział jednak, że na dłuższą metę taka taktyka nie zadziała.

— Potrzebujemy więcej siły ogniowej. Krzysiu, chodź no tutaj! — dowódca podbiegł do miejsca, w którym oddział zostawił swoje plecaki. Dotychczas ukrywający się za nimi naukowiec niepewnie wyjrzał w ukrycia.

— Mamy coś, co realnie może go załatwić? Bo tymi laserami to mu możemy najwyżej włosy na klacie depilować.

— E, e, e, e… — zająknął się Krzysztof. — Tak na moje oko to jedyna nasza broń o bogobójczym kalibrze to pocisk Domowej Supernowej 3000TM — wyciągnął z jednego z plecaków skrzynkę, w której leżał niewielki metalowy cylinder.

— Dobra, nada się — Alef wziął pocisk, po czym sięgnął po granatnik.

— Kapitanie, nie chce pan chyba teraz strzelić? Nasi oberwą rykoszetem!

Oboje obejrzeli się w stronę miejsca walki. Swaróg powstrzymał ataki osiłka, uderzając go z zaskoczenia w podbródek związanymi dłońmi. Odrzuciło to siłacza na tyle, by bóg mógł otrząsnąć się w wystarczającym stopniu na pokonanie powiększonej grawitacji i przerwanie kajdan. Agent od wydłużanych rąk próbował jeszcze raz pochwycić przeciwnika, jednakże tym razem Swaróg był gotowy i zwyczajnie wyrwał sztuczną dłoń z ramienia, odrzucając ją z dużą prędkością w stronę właściciela.

Obydwaj agenci od młota, którzy przez cały ten czas bezskutecznie próbowali go utrzymać, z przerażeniem spojrzeli na górującego nad nimi z groźnym wzrokiem Swaroga.

— Poproszę mój młot z powrotem.

— Wiesz, pokuszę się na stwierdzenie, że warto zaryzykować — powiedział Alef. Podniósł granatnik i wycelował — Chłopaki! Padnijcie! — wystrzelił.

Swaróg był tak pochłonięty zmienianiem agentów w krwawą miazgę, że obrócił się w stronę Alefa, gdy pocisk był już raptem metr od niego. Dowódca zamknął oczy i padł na ziemię.

Nawet z tym poczuł, jak jasna i potężna musiała być eksplozja. Miał nadzieję, że przynajmniej część z agentów to przeżyje. Mimo tego, że rzadko o nich myślał w pozytywach, byłoby ich szkoda.

Po dziesięciu sekundach Alef wciąż żył. Poczuł się dość odważny, by otworzyć oczy.

W miejscu, w którym stał Swaróg, był teraz pokryty dymem po eksplozji krater. Promieniowanie świetlne wciąż można było boleśnie poczuć w powietrzu. Kilku ocalałych agentów, w tym Krzysiu, podnosili się z ziemi.

— Czy to już? — zapytał jeden z nich. Alef osłupiał z przerażania.

— DEBILU NIE MÓW TAKICH-

Z krateru zaczęło bić ogromne gorąco. Gdy dym zaczynał się rozwiewać, Alef poczuł, że jego mięśnie odmawiają współpracy z tą częścią jego mózgu, która pragnęła uciec jak najdalej, za to chętnie pomagają tej odpowiadającej się za trzęsienie się bez celu.

— Ah, to przyjemne uczucie ciepła — powiedział, co prawda nagi z powodu spopielonych szat, ale ciągle cały i zdrowy Swaróg. — Nie czułem się tak rozgrzany od stworzenia gwiazd.

Alef dałby w tym momencie wiele, by móc cofnąć czas i nie zaakceptować propozycji, którą kiedyś dał mu sam Baron, gdy spotkał go w zgliszczach jednego ze światów.

— Bardzo fajne zabawki macie — słowiański bóg był wyraźnie rozbawiony. — Teraz moja kolej — powiedział, gdy jego ciało zaczęło przybierać niezwykle intensywne odcienie czerwieni.

Eksplozja supernowej bardzo szybko straciła pierwsze miejsce w rankingu najcieplejszych zdarzeń z tamtego dnia.


Swaróg uznał, że spopielił całą okolicę w wystarczającym stopniu, więc powoli przestał płonąć. Gdy w końcu ugasił swój zapał, rozejrzał się po pobojowisku.

Ze znacznej większości zostaly tylko spopielone szkielety. Jedynym, z którego cokolwiek zostało, to ten czarny, co do niego strzelił z tego pocisku. Swaróg nie zamierzał mu jednak poświęcać najmniejszej uwagi.

Jak się niestety okazało, drzewo także oberwało rykoszetem i spora część pnia była zwęglona. Cholera, teraz będzie musiał to jakoś naprawić, gdy w końcu wróci.

Młot także został rozwalony na kawałki, ale to nic, ma ich zapas. Przy broni Peruna jego narzędzie jest i tak tylko niegroźną zabawką.

Perun… reszta panteonu mogła się od niego odwrócić, jednak Swaróg cały czas przy nim trwał, jako jedyny lojalny przyjaciel. Wiedział, że gdy Perun zwycięży, a na pewno zwycięży z jego nową zbroją, ukarze swych dawnych wrogów, a przyjaciół będzie trzymać blisko. Na to właśnie liczył bóg słońca.

Odwrócił się w stronę Drzewa i powoli, bo z powodu bólu, który jednak sprawiła mu ta walka, zaczął podchodzić do dziupli. Gdy tylko dostarczy zbroję Perunowi-

Nie usłyszał lasera, dopóki ten nie trafił go w skroń. Zanim bóg zdążył zrozumieć, co się dzieje, z jego klatki wytrysnęła krew, towarzysząca przeszywającemu jego brzuch ostrzu miecza.

Swaróg mógł jedynie się wierzgnąć, nim stracił przytomność.


Alef dla pewności chciał dźgnąć boga jeszcze kilka razy, jednak wyglądało na to, że za pierwszym razem miał szczęście i trafił w czuły punkt, bo następne uderzenia ledwo go zadrapały.

W końcu się poddał i opadł na kolana. Zajęło mu jakieś pół minuty, niż znowu zebrał dość siły, by się podnieść. Wiedział, że nie może dać wiary względnej drętwości boga, więc zaczął powoli odchodzić jak najdalej od niego.

Dotarł do tego, co zostało z ekwipunku. Zaczął rozgrzebywać zgliszcza plecaków i toreb w poszukiwaniu chociaż jednego sprawnego komunikatora. W końcu znalazł taki, który wyglądał, jakby do czegoś nadawał.

Przez dobry kwadrans próbował go w jakiś sposób nastawić, gdy w końcu z urządzenia zaczął się wydobywać trzeszczący dźwięk, który agent uznał za dobry znak.

— Alef Trzy do centrali, odbiór.

Trzeszczący dźwięk. Tego się obawiał. No nic, może po drugiej stronie ktoś to odbierze.

— Operacja "Drwale" zakończyła się niepowodzeniem. Przy sercu Celu nr 17 napotkaliśmy opór w postaci istoty o charakterze boskim. Powtarzam. Napotkaliśmy istotę podającą się za słowiańskiego boga Swaroga.

Trzeszczący dźwięk.

— Dzięki swojej wrodzonej gatunkowej odporności na ogień i orężowi z darvanitu udało mi się przetrwać jego atak i go powalić. Nie jestem pewny, czy jest martwy, czy nie.

Trzeszczący dźwięk.

— Niestety, wszyscy inni członkowie oddziału zginęli. Nie odważę się podjąć eksploracji albo próbie zniszczenia Celu w aktualnym stanie.

Trzeszczący dźwięk.

— Podejmę próbę powrotu do świata bazowego. Bez odbioru.

Kiedy tylko trzeszczący dźwięk ustał, pod Alefem ponownie ugięły się nogi. Upadł na plecy i ciężko dysząc, spojrzał na nocne niebo. W tym świecie nie było ani jednej chmury. Jedyne, co stało między nim a gwiazdami, była korona drzewa, dym i te cholerne motyle.


Pochował wszystkie kości, jakie udało mu się znaleźć, na niewielkim wzgórzu.

Czuł wstyd, że nie miał dobrej mowy pogrzebowej dla większości z nich.

— Nie będę was okłamywał, byliście żałosną zgrają. Ledwo umieliście się dyscyplinować, a walczyliście, co by nie ukrywać, chujowo.

Poczuł, że w jego oku pojawia się łza.

— Ale wiernie służyliście WWW, a w obliczu śmierci nie złamaliście się, a walczyliście do końca. Dlatego też nawet jeśli nie mogłem wam powiedzieć tego za życia, powiem wam teraz — jestem z was dumny — zasalutował nad zbiorową mogiłą.

Zebrał cały zdatny do czegokolwiek ekwipunek, który znalazł, i ruszył w stronę najbliższego z drzew, które miały go zabrać z dala od tego przeklętego Drzewa.

Możliwe, że czekała go długa droga do domu, wiedział jednak, że wróci. Bowiem może dzisiaj stracił swoich kompanów, ale w zamian razem pokonali boga.

Byli WWW. Byli ideą.

A idea nie umiera.


Perun powoli zaczął się nużyć czekaniem na Swaroga.

Swaróg zawsze go denerwował. Prawda, jako jedyny ciągle przy nim obstawał, ale był to raczej efekt jego braku kręgosłupa niż honoru. Miał rękę w kuźni, ale poza tym był raczej bezwartościowi. A teraz nawet z tym się spóźnia.

Nagle bogiem wstrząsnęło. Czuł, że znowu jego świadomość rozprasza się na wszystkie strony. Ten śmiertelnik, którego esencję musiał przejąć, mimo swojego słabego ducha okazał się na tyle nieposłuszny, że cały czas się wierzgał. Tak być nie może. Perun znowu się skupił, by znowu scalić swoją esencję w jednym ciele. Po chwili znowu był panem tego ciała, które był zmuszony zamieszkiwać.

Wiedział jednak, że musi znaleźć lepsze wyjście. Potrzebował lepszego ciała. Lepszego źródła mocy, niż ta zbroja, którą obiecywał Swaróg. Czegoś, co przypomni mu na dobre, kim jest. I wiedział, gdzie to zdobyć.

Odwrócił się od kręgu, przy którym mieli się spotkać, po czym ruszył na wschód.

A burza ciągle szalała.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported