No Surprises

NOTKA AUTORA

Opowieść ta jest częścią serii "Człowieczeństwo jest pojęciem względym". Jeśli nie czytałeś/-łaś poprzednich części, wróć do nich lub zacznij od początku. Bez znajomości dotychczasowych wydarzeń, możesz nie wiedzieć o co chodzi.

Miłej lektury!


ocena: +7+x

Młody, czarnowłosy mężczyzna siedział wyjątkowo spięty w jednym z gabinetów, widocznie czekając na czyjeś przyjście… choć patrząc na to, że zajmował miejsce przed, a nie za biurkiem, w dodatku na czarnym, średnio wygodnym, acz stylowym krzesełku, to raczej można było dojść do wniosku, że na czyjś powrót. Każda sekunda rozciągała się dla niego do niebotycznych rozmiarów, wiedział bowiem, czego będzie dotyczyć ta rozmowa. Już na korytarzu został bowiem potraktowany przez Skawińskiego dosyć chłodno.

Jednak zarządca projektu, pan delegat wciąż się nie pojawiał. Mijały kolejne minuty, a w gabinecie panowała wciąż tak samo ponura cisza. Nijak nie pomagała estetyka całego pomieszczenia — przytłumione światła, czarno-czerwone wzory na połyskujących lekko ścianach, czarne meble, niekiedy z różnorakimi czerwonymi wstawkami. Pomieszczenie to zdecydowanie różniło się od znajdującego się po przeciwległej stronie kompleksu gabinetu staruszki. Tak jak zazwyczaj biuro to można było nazwać stylowym i elegancją idealnie pasującym do pana Skawińskiego, tak teraz, w tej kompletnej ciszy, kogoś, kto dłużej by tu przebywał, z pewnością przeszłyby ciarki.

Na biurku leżały sobie w nieładzie różnorakie papiery, a obok nich dosyć drogi, czarny długopis. Wyglądało to tak, jakby zarządca zostawił to po prostu na później, nie chowając tego nigdzie, bo przecież zaraz wróciłby do ich wypełniania. Ta też sterta kartek wygrzewała się w świetle lampki biurowej, bez opieki, kusząca kryjącymi się w niej sekretami lub odrzucająca ewentualną skrajną nudą.

Młodzieńca w końcu pokonało to zabójcze połączenie ciekawości, rosnącego napięcia, niepokoju i szeroko pojętego stresu. Po cichutku wstał ze swojego miejsca i po rozejrzeniu się szybko, czy nikogo w pobliżu nie ma, podjął próbę rzucenia okiem na treść jednego z leżących na biurku dokumentów…

— O, Robert, jesteś już! — Usłyszał za sobą ten charakterystyczny, udawany, ciepły ton wraz z dźwiękiem otwieranych drzwi. — Widzę, że potraktowałeś to poważnie.

Nie minęła nawet sekunda, a Koszewski znalazł się z powrotem na krzesełku. W myślach odetchnął z ulgą, bo najwidoczniej Skawiński nie domyślił się, co mężczyzna próbował przed chwilą zrobić.

Tymczasem Elegancik, jak nazywano pogardliwie Maksymiliana Skawińskiego, doszedł żwawym krokiem do swojego nowiutkiego fotela i usiadł naprzeciw młodzieńca.

— Więc… Robercie… — zaczął, krzywiąc lekko twarz w dosyć charakterystycznym dla siebie tiku.

— Tak, proszę pana?

— Wciąż nie masz żadnych informacji, prawda? Nie masz mi nic do powiedzenia, jak zwykle.

W tonie swojego przełożonego Robert wyczuł wręcz kłujący go wewnętrznie chłód. Niestety, ziściło się to, czego się spodziewał.

— N-nie, proszę pana… — czuł, jak z każdego odsłoniętego fragmentu jego ciała ulatnia się cała towarzysząca mu pewność siebie. Wziął wdech, potem wydech… — Niestety się nie udało.

— A szkoda… bo widzisz… — Skawiński mówił bardzo przeciągle, jakby cały czas głęboko się nad czymś zastanawiał lub, co gorsza, specjalnie zostawiał czas dla Roberta, by budować w nim dalsze napięcie. — Liczyłem, że po prawie miesiącu już coś będzie. W końcu ta stara raszpla ufa tylko tobie.

— Przepraszam, najwidoczniej jeszcze za mało czasu z-

— Nawet nie zaczynaj — Maksymilian przerwał mu gniewnym tonem. — To, co zamierzałeś powiedzieć może jakoś bym przyjął, gdyby nie to, że łazisz do niej nie co tydzień, tylko codziennie i w dodatku przesiadujesz w jej gabinecie zawsze jakąś, nie wiem, godzinę czy nawet dwie. Myślisz, że tego nie widzę?

Młodzieńcowi nie pozostało już nic innego niż ponure milczenie i stresowe przebieranie palcami dłoni. Musiał sam przed sobą uznać, że kolejny raz został tak wcześnie pokonany. Z każdą taką rozmową nie dość, że coraz bardziej bał się Skawińskiego, to jeszcze zaczynał swojego przełożonego wręcz nienawidzić. Cisnący się na usta gniewny grymas jednak udawało mu się zręcznie ukryć. Jego przełożony był jedyną osobą, która tylko krótkim kontaktem potrafiła stłumić w nim wszystkie te cechy, za które był powszechnie chwalony i szanowany. Za każdym razem Maksymilian znajdował sposób, by zmienić Roberta z pewnego siebie, asertywnego człowieka w szarą, bezkształtną masę. W coś nijakiego.

— Jesteś niepoważny Robert. Jak zwykle. Co ona do cholery w tobie widzi? Wiem, kogoś, kogo może sobie owinąć wokół palca. — Elegancik westchnął głęboko i poprawił swoją czarną kamizelkę nałożoną na czerwoną koszulę. — A miało być na odwrót. I miałeś wykorzystać to, by wyciągnąć te cholerne sekreciki zanim starucha przejdzie do wąchania kwiatków od spodu… a tymczasem, dzięki tobie, gra mi na nosie jeszcze bardziej.

Robert opuścił głowę. Znów pretensje, znów zrobił coś źle. Znów coś było mu wytykane… i znów samemu sobie wypominał, że dał się wciągnąć w sam środek tego konfliktu, który przecież nawet go nie dotyczy. Na każdym takim spotkaniu ze Skawińskim, przez jego głowę przelatywały naprawdę czarne myśli. Starał się je jednak tłumić, podobnie z emocjami. Milczał.

— Nie masz pojęcia, co może zrobić z nami Zarząd, jeśli z jej śmiercią cały projekt pójdzie do kosza, bo nikt nie będzie umiał go odtworzyć. Widzisz to wszystko wokół nas, widzisz też to wszystko na powierzchni, a do tej pory nie zorientowałeś się, że nie jest to zwykłe zlecenie? Do tej pory nie widzisz, jak gigantyczne przedsięwzięcie to jest i że nikt normalny by się na takie coś nie szarpnął?

Koszewski wyczuł w głosie swojego przełożonego coś dziwnego, niecodziennego. Maksymilian nie był już taki pewny siebie. W ostatnich zdaniach tej reprymendy słychać było napięcie i… strach. Robert lekko podniósł głowę.

— Cieszę się, że nie dyskutujesz, wiesz? — powiedział poirytowany, widząc gest swojego pracownika — Może coś wreszcie do ciebie dotrze, do cholery. Odpocznij przez tydzień od tej staruchy, bo źle na ciebie działa, skieruję do tych ciasteczek kogoś innego, kto nie będzie na nią tyle czasu marnował. Skup się na kwestiach technicznych, bo podobno zgłaszają jakiś problem z Prototypami Piątymi w behawioralnej. Sprawdź to, proszę. Jesteś wolny.

Robert, trzęsąc się lekko, wstał i skierował się do wyjścia z biura. Myślał nad tym wszystkim. Nad staruszką, nad Skawińskim, nad ich konfliktem. Nad tym, w co się dał wplątać. Pod wpływem ostatnich słów Maksymiliana zaczął się też zastanawiać, czego tak naprawdę jest częścią… choć może nie powinien drążyć tego tematu.

Kiedy Robert był tuż przy wyjściu, telefon na biurku Maksymiliana zadzwonił i nie zdążył się nawet na dobre rozkręcić, a Elegancik już miał słuchawkę przy uchu.

— Co? Yyy… tak, tak. Oczywiście, wiem, że cały czas się to przedłuża, ale jestem przekonany, że już za… za niedługo będziemy mieli gotową tę dokumentację… termin? — Skawiński spojrzał gniewnie na Koszewskiego. — Niestety, nie mogę na razie go wyznaczyć. Jednak możecie być pewni, że-

Dosyć. Robert przyspieszył kroku i wyszedł z gabinetu. Nie chciał tego dłużej słuchać. Nie chciał, by bardziej mąciło mu to w głowie.

Oddalił się nieco i oparł się o jedną ze ścian. Tu nikt go nie widział. Mógł wyrzucić to z siebie. W złości zacisnął pięść aż do bólu i uderzył z impetem w białą płytę okrywającą korytarze tego miejsca.

— O, jesteś, szuka-… Robert? — Usłyszał po chwili znajomy, ciepły głos swojego przyjaciela z działu behawioralnego, zbliżający się do niego z drugiego końca korytarza. — Wszystko gra?

— Nie… kurwa, nic już nie gra… Mam dosyć. Już nie wiem nawet, co mam myśleć.


Sumienie czy paranoja?

Krystian kroczył powolnym krokiem po obrzeżach miasteczka, z tą jedną myślą kotłującą mu się w głowie. Czuł się obserwowany. Przez jakiś czas odwracał się niemalże co chwilę tylko po to, by odkryć, że nikt za nim nie szedł. "Ludzie", których mijał, też wydawali się być inni niż wtedy, gdy był tu pierwszy raz. Zastanawiał się, czy to wina jego wyglądu, powrotu z lasu, wcześniejszego zachowania, plotek… czy może po prostu nie zwrócił na to wcześniej uwagi.

Zdecydowanie nie czuł tego, co za pierwszym razem. Z wiedzą o tym, czym najpewniej są mieszkańcy, poświęcał na ich obserwację nieco więcej uwagi. Nie czuł się już traktowany jak powietrze. Każda osoba, którą mijał, dosłownie na ułamek sekundy zwracała oczy prosto na niego. Kiedy pierwszy raz to zobaczył, przeraził się z lekka, ukrywając to jednak sprawnie za kamienną twarzą. Z każdym kolejnym przechodniem coraz bardziej się do tego przyzwyczajał i na miejsce strachu wchodziły różnorakie rozmyślania. Czy aby nie było tak od początku?

Po czasie ustąpiła też paranoiczna wręcz chęć do sprawdzania, czy nie jest śledzony. Robił to teraz o wiele subtelniej, niż gdy wchodził do miasteczka — zamiast odwracania się, spoglądał chociażby w odbijające obraz szyby, w dodatku już nie z taką obsesyjnością. Wszyscy jednak, oprócz tych krótkich spojrzeń, wydawali się być, mimo wszystko, zajęci sobą… oprócz gawronów w różnym stanie, które okazywały pewne zaciekawienie Krystianem, gdy tylko je mijał. Może rzeczywiście niepotrzebnie popadał w paranoję. Mogło być przecież tak, że za te wszystkie odczucia jest odpowiedzialne jego sumienie, które usilnie starał się zagłuszyć.

“Zastraszyłeś dzieciaka, fakt, ale to była konieczność. Co jeśli naprawdę chciałby komuś donieść? Zresztą, dowiedziałeś się czegoś bardzo ważnego, masz kolejny trop i kolejne pytania. Możesz drążyć głębiej, Krystian! Jednak przede wszystkim, to nie był człowiek… to… nie… człowiek… to… nie-”

Z krainy myśli wyrwało go gwałtownie zderzenie się z jednym z przechodniów. Momentalnie przypomniał mu się moment wyjścia ze szpitala, kiedy w ramach swoistego eksperymentu potrącił sobą “osobę”, obok której przechodził. Tu reakcja była inna. Przechodzień zatrzymał się i obserwował Krystiana wyjątkowo uważnie. Agent, kojarząc pierwszy tego typu incydent, myślał, że za chwilę sztuczny mężczyzna odwróci wzrok i pójdzie sobie… tak się jednak nie stało. Nawet jak Zawadzki zaczął się w końcu oddalać, mieszkaniec, z którym się zderzył, po prostu stał w tym samym miejscu i patrzył na niego, obserwując każdy jego ruch.

Agent wziął głęboki wdech i wydech, po czym przyspieszył delikatnie kroku. Mężczyzna, na szczęście, nie szedł za nim. W drodze do swojego aktualnego celu, powtarzał sobie lokacje punktów charakterystycznych w miasteczku. Szpital i ratusz — centrum, kościółek — zachód miasta. Kiedy spojrzał na kościelną wieżę, zamyślił się na chwilę.

“Po cholerę im kościół? Przecież oni wszyscy nawet nie żyją. Nawet roboty mają swojego dziadzia w chmurach?” — myślał sobie z lekka szyderczo. — “Chwila… Matka Stwórczyni, Stwórcy, broniący ich dziedzictwa Obrońcy… chcący je zniszczyć Niszczyciele… czy oni naprawdę…”

Rozejrzał się dookoła. Miasteczko było dosyć małe, nie była to duża społeczność. Co prawda, po ulicach wszyscy wydawali się krążyć bez żadnego celu, jako że byli po prostu podróbkami homo sapiens, ale na myśl, że może przechodzić obok tłumu sztucznych religijnych fanatyków, przeszły go ciarki. Wiedział też, że to nie mogło wziąć się znikąd. To nie ludzie, u których wierzenia ewoluowały tysiące lat, tutaj wpływ na to musiały mieć jakieś konkretne, nie tak odległe zdarzenia. Gniazdo, Czerwonokrwiści, identyfikator, który znalazł… czy to wszystko stworzyli lub kontrolowali ludzie?

Myśląc tak, Zawadzki szedł nadal pewnym krokiem do swojego celu — “czarnego domu na obrzeżach miasteczka”. Spodziewał się tam znaleźć kolejne tropy. Nawet mimo świadomości, że trochę zejdzie mu na dotarcie do tego budynku, to pocieszał się myślą, że na pewno aż tak trudne to nie będzie. W końcu spośród białych domów, ten jeden konkretny musiał się bardzo wyróżniać i w obliczu tego nawet luźno rzucone przez dzieciaka słowa “obrzeża miasta” nie wydawały się być aż tak okropnym ogólnikiem.

W końcu doszedł do części miasteczka, gdzie jego mieszkańcy wydawali się już nie spacerować. Chodniki przerzedzały się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu napotykał tylko pojedyncze osoby. Te z kolei wydawały się przykuwać Krystianowi nieco większą uwagę. Coś było nie tak. Widząc, gdzie idzie, obserwowały go, odprowadzały wzrokiem. Za każdym razem spojrzenia te były mocno zagubione i skołowane, jakby ci “ludzie” zastanawiali się ciężko nad tym, czemu Zawadzki idzie akurat tam.

Agent odwrócił się nawet do jednego z nich, rozmyślając nad powodem takiego zachowania. Kiedy tylko przeniósł wzrok na obserwującego go mieszkańca, ten w pośpiechu odwrócił się i poszedł w swoją stronę, jakby licząc, że nie został zauważony.

— Chyba jestem blisko… — powiedział do siebie szeptem z nutką ironii w głosie. Wiedział w końcu, z czym to miejsce było związane. Co prawda nie znał dokładnego kontekstu, ale dociekał, że lokacja ta została już skojarzona na dobre z osobą, której identyfikator znalazł. Może traktowali je jak przeklęte?

Jednak nie wszystkie “żywe” sztuczności unikały tego miejsca. Na dachach budynków przesiadywało czarne ptactwo, wodząc wzrokiem za Zawadzkim. Na początku nie zwracał na to zbytnio uwagi. Ot zwierzęta. Potem jednak zauważył coś niepokojącego.

Co najmniej kilka z nich umiał rozpoznać. Mijał je już wcześniej, jeszcze w tych bardziej popularnych wśród mieszkańców częściach miasteczka. Jeden z nich miał dosyć charakterystyczną rysę na dziobie, inny lekko powyskubywane pióra w jednym miejscu. One leciały za nim. Śledziły go. Gawrony.

Kierowany swoimi dotychczasowymi doświadczeniami nie ufał nawet im. Rzucał tylko lekkie spojrzenia, unikał kontaktu tak, jak tylko się dało. Po prostu szedł w swoją stronę, starając się pokazywać im tylko i wyłącznie swoją sylwetkę. Kiedy tylko oddalił się na jakąś większą odległość, wśród całej nieprzeniknionej ciszy tej części miasteczka słyszał doskonale, jak kilka gawronów wzbiło się w powietrze i leciało w jego stronę, przysiadając po chwili gdzieś z boku.

To nie mógł być przypadek. To nie było zwykłe zaciekawienie. Nie miał przecież nawet do czynienia z prawdziwymi zwierzętami.

W tamtym momencie coś doszło do jego głowy. Szum w krzakach, tuż po zabiciu jednego z mieszkańców, mógł wcale nie być tylko przypadkiem. Kiedy tylko tam wtedy podszedł, wszystko ucichło i nikogo tam nie znalazł, co wtedy uspokoiło go, lecz teraz na nowo wzbudzało w nim niepokój. Mógł tu nie wracać, znaleźć inną drogę.

Położył rękę na schowanej pałce teleskopowej i jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Robił wszystko, by nie pokazać im twarzy, lecz ptaki wydawały się być coraz śmielsze. Zatrzymywały się coraz bliżej i bliżej, zmuszając Krystiana do coraz większego przyspieszania tempa. Zarówno on miał już pewność, że go śledzą, jak i one, że zdaje sobie z tego sprawę. Po prostu bawiły się z nim najwidoczniej, grając sobie na jego rosnącej paranoi.

W końcu Zawadzki musiał zacząć biec. Gawrony wciąż delikatnie przyspieszały, by go dogonić, lecz nie starały się za bardzo. Wciąż się nim bawiły, czekając na coś.

A celu wędrówki Krystiana cały czas nie było widać.

Ptactwo ciągle zmuszało go do przyspieszania. Tak jak do długodystansowych biegów był przyzwyczajony, tak wszystko to coraz bardziej przypominało sprint. Powoli zaczynał opadać z sił. Czuł, że za niedługo nogi odmówią mu posłuszeństwa. W końcu jednak w okolicy zamajaczyła jego nadzieja. Obiekt wyróżniający się spośród pozostałych, białych domostw. Czarny budynek przypominający mały obiekt biurowy. To był jego cel. Musiał tam dotrzeć. Jak najszybciej… jak najszybciej…

To wszystko trwało zbyt długo. Miarowe oddychanie powoli przestawało działać, a nogi zaczęły ciążyć mu tak, jakby ktoś doczepił do nich stalowe kule. Zaczynał czuć już nawet metaliczny posmak w ustach, a za nim rozległ się charakterystyczny trzepot.

Krystian chciał cały czas biec, lecz przestało to być możliwe. Zwalniał wbrew swojej woli aż w końcu stało się to, czego najbardziej się obawiał — podniósł źle zmęczoną prawą nogę i potknął się, na domiar złego uderzając stłuczonym barkiem o piętrzące się przy drodze drzewo. Objął je szybko kurczowo, by ograniczyć możliwości zrobienia sobie większej krzywdy.

Tak oto nadszedł moment, którego oczekiwały ptaki. Natychmiastowo wzbiły się do lotu i przystanęły tuż przed Zawadzkim, przyglądając mu się dokładnie. Przez zmęczenie jego reakcja była opóźniona i nie zdążył na czas schować swojej twarzy. Ptactwo doskonale zdążyło się już jej przyjrzeć, a wtedy poleciało w swoją stronę.

I… to było tyle. Po prostu poleciały. Agenta nie odstępowało jednak ani na krok wrażenie, że ich działanie nie było bezcelowe. Miał bardzo złe przeczucia. Chciał jak najszybciej dotrzeć do swojego celu, lecz po tym desperackim biegu, jego organizm powiedział jasne i stanowcze “NIE”. Musiał choć chwilę odsapnąć, uspokoić oddech i serce.

Został tu całkowicie sam, choć i tego nie był już pewien. Nie zmieniało to jednak faktu, że zdawało się, że ma w końcu trochę spokoju. Jego myśli odpłynęły w stronę jego żony. Wyobrażał sobie to, co musi teraz przeżywać, jak bardzo musi się martwić. Nie chciał nawet myśleć o jej reakcji na informację o jego zaginięciu. Kochał ją zbyt mocno, by mógł zaakceptować taki stan rzeczy. Zbyt mocno, by się poddać.

Sięgnął ręką do kieszeni swojej kurtki, wyjmując jej zdjęcie. Oglądał je w ponurym milczeniu, napełniając się przeświadczeniem, że musi się stąd wydostać jak najszybciej. Po schowaniu go, agent wyjął jeszcze bidon, wziął z niego łyk wody i, odłożywszy go na miejsce, zebrał się w sobie do wznowienia wędrówki.

Wstał powoli, podpierając się lewą ręką. Nie dość, że był zmęczony, to prawe ramię znów bolało go niemiłosiernie. Kiedy spróbował nim ruszyć, syknął aż z bólu.

— Ja to mam, kurwa, pecha… — powiedział do siebie cicho i zaśmiał się po chwili. Śmiesznym wydawało mu się, że za niefart uznał uraz ramienia, a nie sam fakt, że tu trafił.

Szedł powolnym krokiem w kierunku czarnego budynku, przechodząc na drugą stronę pustej ulicy. Zdecydowanie jednak nie czuł się pewnie. Te wszystkie powiązania, które teraz zauważał, napełniały go obawami. To nie mogło być przypadkowe i choć może nic mu się nie stało, to obawiał się późniejszych konsekwencji. Bał się też, że zwyczajnie nie będzie miał siły się w razie czego obronić. Popełnił błąd, na chwilę dał się złamać. Podczas swojej gonitwy był jak zwierzyna, którą bawi się stado drapieżników.

Im bardziej myślał, tym bardziej widział w ich zachowaniu nie coś kompletnie nielogicznego, a wyrachowaną i zaplanowaną akcję, utwierdzając się tak w przekonaniu, że niczemu tu nie można ufać. Zastanawiając się tak, dotarł do drzwi i, rozglądając się dokładnie, popchnął je lekko. Były otwarte.

Nie czuł się tu bezpiecznie. Wyjął nawet pistolet zamiast pałki teleskopowej i tak uzbrojony ruszył powolnym krokiem w głąb budynku. Wystrój był tu zupełnie inny niż chociażby w szpitalu. Ściany były wciąż błyszczące, utrzymane w odcieniach szarości, w głównym pomieszczeniu przypominającym swego rodzaju recepcję, widniało nawet logo firmy, której wizytówki widział w szpitalu.

Kierowany przeczuciem i rządzą jakichkolwiek szczegółów, zaczął przeszukiwać wszystkie szuflady recepcyjnego biurka. Były one jednak puste, lecz kiedy miał już iść dalej, coś zamajaczyło mu pod tym meblem, coś białego. Bez większego namysłu zniżył się na chwilę i sięgnął tam ręką, wyjmując, spośród niebotycznych ilości kurzu, zabrudzoną kartkę papieru.

Kilka dmuchnięć wystarczyło, by uświadomić go, jak cenne było to znalezisko. Znalazł bowiem mapę obszaru, wyjątkowo dokładną i jak większość nazw była już niezbyt czytelna, tak doskonale mógł się w niej zorientować. Ten papierowy skarb szybko został przez Zawadzkiego złożony i schowany do kieszeni obok kompasu.

Powolnym krokiem agent ruszył dalej. Budynek ten nie był duży, znajdowało się tu naprawdę niewiele pomieszczeń, a te, na które natknął się na parterze, były głównie salami konferencyjnymi. Wszystkie jednak były puste, tak jakby ktoś opuścił je w pośpiechu.

W końcu nadszedł czas na sprawdzenie piętra, na które Krystian dostał się po dosyć wąskich i nadal śliskich schodach. Jego zmęczenie dyktowało mu jednak tempo na tyle wolne, że nie obawiał się kolejnych upadków, tylko stąpał w miarę pewnie po każdym stopniu. Na górze czekał na niego tylko krótki, ponury korytarz.

Pierwsze drzwi — zamknięte. Drugie — tylko częściowo, tak jakby coś je blokowało. Krystian uderzył je lewym barkiem kilka razy, uzyskując w końcu wystarczająco dużo przestrzeni, by móc zajrzeć do środka. Tu jednak to węch agenta zareagował jako pierwszy, zmuszając go do dosyć intensywnego kaszlu, przez który Zawadzki zakrył sobie usta kawałkiem materiału.

Gdy tylko zaczął się rozglądać w poszukiwaniu źródła, odkrył potwierdzenie tego, że ludzie kiedyś być tu musieli. Ten człowiek był na pewno prawdziwy, co agent doskonale rozpoznał po wydobywającym się z wisielca smrodzie.

— Chryste… — powiedział do siebie cicho.

Samo pomieszczenie wyglądało na jakieś biuro, a samobójca, patrząc po ubiorze, musiał być jedną z ważniejszych osób w tym miejscu. Krystian nie mógł jednak dostać się tam bezpośrednio, był zdany na oglądanie. Z tego też powodu przeszedł do kolejnych drzwi, tym razem normalnie otwartych.

Znów natknął się na jakieś biuro, tym razem o wiele bardziej uporządkowane. Tu, w przeciwieństwie do reszty tego budynku, wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Wszystko było poukładane, krzesło było z dużą dbałością dosunięte do biurka, nawet monitor był ustawiony idealnie. A na biurku leżał papierowy zeszycik, który mocno kontrastował z ogólnie dosyć futurystycznym wystrojem tego miejsca.

Krystian podszedł powoli i wziął ten zeszyt do rąk, kartkując go. Dużo było tam zapisków na temat pracy autora, obliczeń, osobistych rozważań. Człowiek ten prowadził jakieś cztery konferencje, regularnie utrzymywał kontakt z innymi szychami tego miejsca. Niewiele dało się z tego tak na szybko wyczytać. Dowiedział się natomiast, że autor był osobą wykształconą, zajmującą się nadzorowaniem czegoś nazwanego tu “sekcją behawioralną” oraz że zlecano mu wielokrotnie prezentowanie rezultatów dosyć enigmatycznie opisywanej grupie, od której to wszystko zależało. Dodatkowo, imię i nazwisko posiadacza zeszytu zgadzało się idealnie ze znalezionym przez Zawadzkiego identyfikatorem.

Najciekawsza była jednak strona ostatnia, w formie pamiętnikowej, zaczynająca się od wdzięcznie brzmiącego “SKAWIŃSKIEGO DO RESZTY POPIERDOLIŁO”. Spodziewał się, naturalnie, że musi być tu zapisane coś, co szczególnie go zainteresuje…

W tym momencie jednak usłyszał znajome odgłosy. Trzepot skrzydeł, krakanie. Wyjrzał nieznacznie przez okno — gawrony znów przyleciały go odwiedzić. Stały na dworze przed budynkiem i patrzyły się prosto na Krystiana.

Wtedy też jego uwagę przykuł inny odgłos, o wiele bardziej niepokojący. Powolne kroki, zbliżające się do niego, coraz głośniejsze. Agent odłożył zeszyt na biurko i ustawił się obok framugi, wyczekując intruza z odbezpieczoną bronią. Przez dosyć dziwną akustykę nie umiał jednak rozróżnić, czy zbliżała się do niego jedna osoba, czy może więcej. I tak jednak czekał, gotowy, by, mimo zmęczenia, podjąć próbę obronienia się i ewentualnej ucieczki.

Każda sekunda dłużyła się niemiłosiernie. Każdy obcy krok wydawał się być niemożliwie wręcz przeciągnięty. Szarpanie za klamki było coraz bliżej i bliżej aż w końcu usłyszał kroki tuż przed swoimi drzwiami. Czas jakby się zatrzymał. Zawadzki wstrzymał oddech, cofnął się cicho i wycelował bronią tak, by jak najszybciej postrzelić intruza.

W końcu stało się. Napastnik przekroczył próg pomieszczenia i zaatakował Krystiana, zmęczenie agenta jednak szybko dało o sobie znać. Wystrzelił o ułamek sekundy zbyt późno, kiedy to atakujący go “człowiek” uderzył go w ręce trzymające broń. Z głośnym hukiem pocisk po króciutkiej chwili znalazł się w suficie.

Zawadzki starał się przejść do kontrataku niemalże od razu. Popchnął intruza w ścianę i podjął próbę przyłożenia mu broni do brzucha, co jednak nie powiodło się. Z ogromną siłą napastnik chwycił go za nadgarstek i ścisnął, zmuszając do puszczenia pistoletu. Agent jednak nie poddawał się.

Rozpoczęła się szarpanina. Obaj coraz bardziej zbliżali się do wyjścia. Krystianowi udało się, korzystając ze szczęśliwego zbiegu okoliczności, wyjąć scyzoryk i wcisnąć guziczek. Wysunięte ostrze w mgnieniu oka znalazło się w brzuchu napastnika i to kilka razy, a następnie—

Szarpnięcie. Ktoś chwycił Krystiana od tyłu i wrzucił go w ścianę. Przez swoje ramię agent syknął z bólu. Nie mógł się poddać. Spróbował wstać i…

Szybkie kopnięcie w twarz skutecznie powaliło go z powrotem na ziemię. Słyszał wszystko jakby w tunelu, przytłumione, kręciło mu się w głowie. Napastnicy jednak, ubrani w szare uniformy założone w złą stronę, zaczęli zajmować się sobą. Jeden z nich zaczął dobierać się do zeszytu i podpalił go za pomocą znalezionej w biurku zapalniczki.

Tyle było z cennych informacji. Krystian miał chociaż mapę… musiał jednak przeżyć.

Zaczął desperacko czołgać się w kierunku wyjścia, chcąc wykorzystać chwilę nieuwagi. Liczył na to, że uda mu się po chwili wstać i uciec. Niestety jednak, jego plany ukróciło szybkie uderzenie w tył głowy, po którym na jakiś czas przyszła nieprzenikniona czerń.

Obudził się po chwili. Nie umiał podnieść głowy. Ciągnęli go gdzieś. Dwaj mężczyźni, nieludzko silni, milczący. Jeden z gawronem na ramieniu. Krystian spojrzał tylko na ptaka z nienawiścią, a ten w odpowiedzi zakrakał szyderczo.

Po tym przyszło kolejne uderzenie.

I czerń.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported