Odrodzenie

> Proponowana muzyka w tle <

ocena: +4+x

« Nareszcie w domu | Odrodzenie

Dla zaświatów naturalnym jest stagnować. Ale nie w taki sposób. Zaświaty bywają ogrodem, a ogród potrzebuje ogrodnika. Bez takowego, krzewy nie są regularnie przycinane, by zachowały swój kształt, trawa nie jest koszona, a kwiaty nie są podlewane. Ogród zatrzymuje się, tylko nie w swojej ostrożnie trzymanej, upielęgnowanej formie. Nie w stanie wizualnym, a w stanie rozpadu.

Ogród spowijała szarość. Niebo, którego nie przemierzało ani słońce, ani księżyc było bezkrwiste i czarne od chmur. Pod nim rozlegała się szorstka łąka wysuszonych na wiór cierni będących kiedyś źdźbłami trawy. Po drzewach zostały tylko ich szkielety. Ani jeden liść się ich nie trzymał — każdy spadł i spoił się z ostrzami wyrastającymi z gruntu. Wszystko pokrywała mgła gęsta jak kurz, w której z pewnością pewien pył lub kurz wisiał, bo gdyby ktokolwiek w ogrodzie był i wziął wdech, poczułby tysiące drobinek wrzynających się w płuca jak piasek. Gdyby ktokolwiek w ogrodzie był.

W ogrodzie jednak nie było nikogo. Kiedyś zamieszkiwały go kruki — były ich niezliczone stada. Jednak wraz ze zniknięciem ogrodnika, znikły i one. Gdzie się więc podziewał? W ogrodzie nie było już nikogo, kto mógłby zadać to pytanie, ale nie przestał on istnieć. Zwyczajnie ten ogród opuścił. Był w innym świecie, tym pod ogrodem, w którym utknął. Zaświaty, jak każdy bogaty ogród, otacza żelazny płot. W tym płocie tylko jedna jest brama, a do bramy jeden tylko klucz. Czy to było z własnej nieopatrzności, czy przez czyjś ohydny podstęp, ogrodnik stracił klucz do własnego ogrodu.

Klucz musiał być gdzieś w tym zewnętrznym świecie. Ogrodnik wcale tego nie wiedział, miał jednak potężne przeczucie, że tak właśnie jest. Przemierzał kontynenty i morza niby w byle jaką stronę, a jednak gdzieś tak dogłębnie szczerze czuł, że z każdym krokiem zbliża się do klucza. Jakby nic nie mogło go od niego oddalić. Jakby szedł jak po sznurku.

Skrawek tego osobnego świata był mu dobrze znany. Skrawków na nim jest jednak o wiele więcej, i o większości nie wiedział kompletnie nic. Niejeden marzył o zobaczeniu ich tyle, co ogrodnik. Niejeden jednak ma kilka wieków pod ręką, by po świecie się uganiać. Mijał szerokie rzeki, rozległe morza, wielkie miasta, wypinające się łańcuchy górskie. Niektórych z tych miejsc nawet sobie nie wyobrażał. Zapierały mu dech w piersiach i tym silniej przypominały o ogrodzie, do którego starał się z powrotem dostać.

Tęsknił. Biwakując pod gołym niebem obserwował konstelacje i wyobrażał sobie te, które oglądał z krukami w ogrodzie. Bywał samotny. Szukając klucza w obcym świecie, oczywiście, ale wcześniej również. Klucz darowany mu został przez ludzi, którzy przysięgli mu służbę i wierność. Ten nie rozumiał, dlaczego mieliby to zrobić, ale przyjął podarek i sam zaczął pełnić wobec nich pewną służbę. Ludzie traktowali go jak wyższego od nich, odrębnego, nie wiedząc, że on sam był dużo bardziej ludzki, niż mogło im się zdawać. Kruki w ogrodzie były inne, bliższe mu. Były jedynymi, których nazywał przyjaciółmi. Tamtych ludzi już nie było, ale wierzył, że kruki pozostały. Chciał do nich wrócić.

Bywał przerażony na myśl tego, jak mógł wyglądać jego ogród. Wyobrażał sobie często jaki musiał być martwy, szary, oschły. Z każdym dniem i rokiem był coraz to bardziej zdesperowany.

Jednego z tych dni odkrył postać, którą do tej pory śledził nieświadomie. Ta jednak wiedziała o ogrodniku. Uciekała przed nim od dawna. Znała go dobrze i wiedziała, jak bardzo domaga się klucza. Chciała go zatrzymać dla siebie — wielokrotnie próbowała go użyć, schować się w ogrodzie, ale nie mogła — klucz nie należał do niej. Ogrodnik był już blisko i nie pozostawiał jej wyboru. Jeżeli ona nie mogła mieć klucza, nie mógł go mieć nikt.

Spróbowała zgubić go w ruchliwym mieście. Oddać, żeby niósł się między ludźmi, tak, żeby nie został już nigdy odkryty. Na jej nieszczęście, nie oddała go osobom do tego zadania właściwym. Klucz wylądował na statku, który, jak się okazało, płynął po tym samym sznurku, co ogrodnik.

Obecność klucza na statku ogrodnik wyczuwał z całkowitą pewnością. Nie miał jak dostać się do niego bezpośrednio, ale był na nim człowiek, który mógł go mu oddać. Wchodził z nim w dialog, chciał go przekonać. Były momenty, w których błagał. Ten jednak nie słuchał dość uważnie. Klucz, który miał znaleźć się w rękach właściciela, skończył w morzu skutkiem chaotycznej szarpaniny.

Prądy porwały klucz za sobą, ale ogrodnik już wiedział, gdzie jest. Zbyt długo był na dobrym tropie — nie mógł go teraz zgubić. Poczucie przywiodło go na wyspy, wokół których zaczął krążyć. Krążył, zdawałoby się, wieczność. Wytrwale, raz po raz spoglądał pod taflę wody, szukając błysku znajomego kształtu.

Wreszcie, głęboko pod falami, klucz mignął mu przed okiem. Natychmiast zanurkował. Cel tkwił stabilnie w dnie, wbity w piasek. Już nic nie mogło go mu odebrać. Płynął ku dnu, jak szybko tylko mógł. Słyszał, jak nad powierzchnię nadlatywały kruki. Był już dość głęboko. Wyciągnął dłoń przed siebie, i złapał za klucz.

W końcu.


Nyja runął w ciernistą trawę zdobiącą powierzchnię Wyraju, a wokół niego chmara kraczących i skrzeczących nawii rozleciała się na wszystkie strony, jak gdyby wyłoniła się z jednego punktu w przestrzeni. Zapylona mgła rozstąpiła się na moment przez impet upadku.

Wstał i rozejrzał się. Nawie nie wylądowały — wzleciały w górę i latały w kręgu wysoko nad miejscem lądowania, wciąż skrzecząc. Były jedynym, co widniało na doszczętnie zachmurzonym niebie. Kostur leżał w trawie, gdzieś obok. Jego czubek połyskiwał żółtym światłem, wokół którego zaczęły pojawiać się świetliki. Trawa wokół niego powoli zieleniała.

Ogrodnik podniósł klucz. Mgła rozstępowała się powoli. Świetliki orbitujące wokół berła oddalały się od niej coraz szerzej, czasem przelatując tuż nad odżywającą trawą. Niektóre z nawii usiadły na gałęziach drzew. Na wschodzie zza chmur wyłoniło się słońce.

Wyraj powstawał z martwych sam z siebie. Jedyne, co Nyja mógł zrobić, to obserwować jak pierwsze żywe liście spadają z drzew i jak z trawy zaczyna wydobywać się cykanie świerszczy. Przechadzał się i zastanawiał, dlaczego samo jego ponowne przybycie wystarczyło do odrodzenia ogrodu. Może to obecność klucza w zamku dała mu sygnał, może powrót ogrodnika. A może faktycznie Wyraj sam niczego nie zrobi i odżycie wymaga wielkiej, karkołomnej pracy — po prostu tą Nyja już wykonał, tułając się po obcym świecie i próbując się z niego wydostać.

Na środku polany, na którą przyszedł, stało też jedyne na niej drzewo, największe w Wyraju. Na wietrze trzepotały jego zielone liście, aż cała korona zdawała się tańczyć. Stanął przy pniu i dotknął ręką zarośniętego sęku, po czym umieścił w nim klucz. Położył się pod konarem i obserwował nad sobą plątaninę listowia i gałęzi. Wczuł się w smagający jego twarz wiatr, którego nie czuł już od tak dawna. Miał inny zapach niż ten z drugiego świata. Nyja mógłby poprzysiąc, że inaczej też uderza o skórę, ale nie sądził, że zapytany byłby w stanie wyjaśnić, w jaki sposób. Być może to tylko uczucie powrotu do domu.

Ogarnął go sen.


Wybudził się tuż przed zmierzchem. Łąka wokół niego zaczęła mienić się całą paletą barw oddawaną przez kwiaty, którymi obrosła. W oddali spostrzegł grupę saren.

Skupił się na delikatnym dzwonieniu, które dochodziło zza jego uszu. Wstał, obrócił się i spostrzegł, co go obudziło. Latał wokół niego błędny ognik, szybkim poruszaniem się w górę, w dół, w lewo i w prawo wprawiając w ruch dwa wiszące pod małą kulką białego ognia ogony światła. Nyja miał przeczucie, że wiedział, do kogo ognik należy.

Nie mógł odpoczywać zbyt długo. Musiał przecież go oddać. Ale nie od razu — jeszcze bardziej musiał przypomnieć sobie ogród.

Zaszedł nad strumień, który był jednym z jego ulubionych miejsc. Stare krzesło, które ustawił przy jego brzegu, wciąż tam stało, choć widocznie nadbutwiałe. Usiadł i wsłuchał się w szum wody; ognik wciąż wisiał przy nim w powietrzu. Niedaleko ze strumyka wodopój robił sobie borsuk.

Słońce zachodziło nad Wyrajem po raz pierwszy od tysiąca lat. Nyja zaczął iść w jego stronę. Towarzyszyły mu setki świetlików unoszących się z brzękiem skrzydeł nad szeleszczącą trawą. Biały ognik dotrzymywał mu kroku.

Wszedł do lasu. W lesie było już ciemno, ale ognik przyświecał mu drogę. Z drzew na Nyję spoglądały nawie. Krakały w jego stronę — może na powitanie, albo może w podzięce.

Za lasem zajdowała się plaża. Nyja stanął na jej brzegu i wsłuchał się w fale. Ich dźwięk był kojący, jednak nie kojarzył mu się dobrze. Zbyt długo je przemierzał, zostawiwszy Wyraj na pastwę losu — nie wszystko udało się naprawić. Tyle drzew zostało wyschłych, tyle zbutwiałych. Tyle niegdyś porośniętych połyskującą rosą trawą przestrzeni pokazuje teraz tylko gołą ziemię i kamienie. Nyja usiadł na piasku. Wrócił do domu. Zrobił przecież, co tylko mógł.

Zachodzące słońce schowało się za mgłą. Teraz widniała już tylko na horyzoncie.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported