On-Θ4717 "Sen o oazie"
ocena: +10+x
Sen o oazie
Pracowni Peloponez
Kod id. On-Θ4717
Typ Onejrogen
Forma Susz w torebkach do zaparzania (1 g). Skł. aktywne: kwiat Symmetria tethyis 75%, kwiat Galanthus nivalis 25%. Skł. nośnikowy: liść Unitethys unitethys 100%.
Dawka Symetrymina 50 mg, Tetydyna 20 mg, Galantamina 10 mg
Uwydatnienie taumiczne W nośniku (tetydynie) zapisane predefiniowane doświadczenie psychodeliczne oraz szereg zaklęć onejromantycznych wspierających wystąpienie i potentat snu świadomego.
Cena za 1 g €35,00
Droga podania Napar, doustnie
Jak stosować Połóż się spać na ok. 4 godziny w okolicach północy. Po wybudzeniu nad ranem przygotuj substancję do spożycia. Jedną torebkę z suszem zalej w kubku lub innym naczyniu wrzątkiem na 5 minut. W razie chęci brak przeciwwskazań do zaparzenia wraz z herbatą lub użycia cukru, miodu, cytryny czy podobnych dodatków. Zużytą torebkę zutylizuj. Po wypiciu naparu połóż się z powrotem do snu. Składniki aktywne zadziałają w przeciągu 30-60 minut od spożycia. Efekty doświadczalne będą we śnie.

PRZEBIEG WYPRAWY


Topisz wzrok w zwierciadle u Twych stóp. Pustynny wiatr trzepota odbijającymi się weń liśćmi drzew daktylowych i oplatającymi Cię szatami. Od jak dawna je obserwujesz? W momencie, w którym podnosisz głowę, prostując zesztywniały kark, wiatr zmienia kierunek i wwiewa w Twoje oczy piach oraz obraz bezkresnych wydm i skalnych konstrukcji czekających w oddali, za drugim brzegiem jeziora. Obracasz się, analizujesz dokładnie każdą ze stron, ale widok wszędzie jest ten sam.

Jednak przy Tobie jest Oaza. Tafla jeziora tańczy delikatnie pod wiatrem, a szum kłaniających się nad nią palm przypomina chór. Pył pustynny niesie się powietrzem jak konfetti. To festyn, celebracja świętująca triumf życia nad śmiercią. Pasujesz tu, wszak do żywych należysz. Ale jak jest poza Oazą? Czy fruwające ziarnka zmieniają się w boleśnie bijące głazy mimo swej maleńkości? Czy piach pod stopami staje się miękki, sypki i niedostatecznie silny, by utrzymać Cię na jego powierzchni? Czy głos wiatru wpadającego w uszy przeradza się ze śpiewu w kakofonię?

Coś ciągnie Cię, by się przekonać. To brak deszczu napełniającego jezioro i podlewającego rośliny. To wiatr, który tylko wlewa piach do Oazy jak do leja, nigdy nie płynąc w drugą stronę. To poczucie bezpieczeństwa, które zdaje się istnieć tylko w kontraście. Do czego? Do wydm zmieniających nieprzewidywalnie co noc swoje oblicze. Do szorstkich skał i wysokich klifów, z których ziemia zbudowała pułapki. Do horyzontu, przed którym nie ma nic oprócz piachu, piachu, piachu. Martwego kamienia skruszonego w moździerzu ręką Architekta tej przestrzeni. Co było pierwsze, Architekcie? Pustynia czy Oaza?

Niech mijają dni i noce. Nie chcesz wychodzić na Pustynię — jakkolwiek mała i niewystarczająca Oaza by nie była, jest spokojna, piękna i kojąca. W południe moczysz nogi w jeziorze, by zrzucić wchłonięte ciepło promieniującego słońca, a o północy oglądasz kryształkowe gwiazdy na niebie. Mimo biegu czasu Oaza pozostaje w zasadzie niezmienna, chociaż jej głos zdaje się przeobrażać. Tkwi w nich jakiś duch przemawiający do Ciebie raz z pomiędzy koron drzew palmowych, a raz spod tafli wody. Chciałby zachęcić Cię do wyjścia w Pustynię, ale nie potrafi, bo jego słowa plączą się w płótnie układającym ten mały światek, w którym gniazdujesz.

Niech mijają tygodnie. Jezioro wypełniają łzy. Daktyle spadają suche. Podstawy pni zasypuje piach. Sen nie skończy się, póki nie pójdziesz dalej.

Dokąd, chyba nie ma znaczenia. Byle przed siebie, byle nie wstecz. Stawiasz pierwsze kroki, które usprawiedliwiają Twoje uprzednie obawy. Latający piach wrzyna się w skórę twarzy, wpada w oczy, w uszy, w usta i w nozdrza. Grzęźniesz w podłożu jak w suchym, szorstkim bagnie. Wiatr wrzeszczy w Twoją twarz i stawia przed Tobą nieruchome głazy. Przez całe ciało przepływa ból. Z każdym krokiem, który stawiasz, myślisz o Oazie. Myślisz, że lepiej by było pić ciężką, słoną wodę z jeziora, jeść marne, wysuszone owoce i pozwolić, by obsypał Cię piach. Że wolisz doświadczać bólu biernie, niż czynnie.

A jednak przesz.

Nie doświadczasz tego z kroku na krok, z kilometra na kilometr, nawet z dnia na dzień, ale stąpasz po ziemi coraz to umiejętniej. Walczysz z wiatrem, niestałym gruntem, żarem dnia i lodem nocy. To wyczerpujące. Wiesz, że niemal nie masz już siły i choć nie wiesz nawet, dokąd idziesz, choć tak łatwo byłoby zwyczajnie runąć na ziemię, wyłączyć się, dać się pochłonąć Pustyni — to jednak jesteś już za daleko. Stań tylko na moment w miejscu. Odpocznij. Jest północ. Wiatr zelżał, grunt stwardniał. Pustynia zatrzymała się i pozwoliła wam na chwilę wytchnienia. Rozejrzyj się dookoła. Oaza jest daleko za horyzontem. Księżyc wisi nad tobą w pełni i wskazuje drogę. Jego blask pada na niezliczone ziarnka budujące odpoczywające dookoła Ciebie łagodne wydmy, których kwarcowa powierzchnia skrzy się jak śnieg.

Na środku Pustyni też potrafi być pięknie. Jest to zgoła inne piękno niż w Oazie, ale to tutejsze nie oszukuje cię, że nie obfituje w ciernie, i nie stawia twardej granicy pomiędzy światami ograniczającej Twój horyzont. Pierwszy raz od rozpoczęcia wędrówki czujesz jakiś komfort.

Wiatr znów wzmaga, Pustynia zaczyna oddychać. Pora iść dalej.

Po kolejnych godzinach, dniach, a może tygodniach tułaczki, około południa coś wreszcie wyłania się zza wydm.

Olbrzymi, martwy, stalowy konstrukt zasłania swoim cieniem szmat Pustyni jak ułamana u kostki stopa gigantycznego posągu wbita w piach. Starannie wyinżynierowana bryła stanowi kontrast dla nieżyjących, lecz organicznych kształtów piaszczystych wzniesień i dołów. Przedstawia inny wymiar śmierci, martwiejszy nawet niż ta kończąca żywot.

Stań przed drzwiami u jego podstawy. Spójrz na pieczęć zdobiącą ścianę ponad nimi:

logo.svg

Oto dom Architekta.

Z wrót wielkiej przestrzeni, do której wchodzisz, bije lodowaty chłód, jakby wnętrze chciało ciepłochłonnymi murami ukryć się przed wzrokiem każdego, nawet słońca. Poprowadzoną środkiem prostą ścieżkę z lewej i z prawej oplatają rzędy wyeksponowanych trupów. Z jednej strony spoczywają uciszone, nieopisywalne osobliwości obcej natury. Architekt jest kolekcjonerem, to oczywiste. Z drugiej jednak, zwykłe, kruche, ludzkie szkielety.

Większość trafiła tu przypadkiem. Ich śmierć była jedynie efektem ubocznym zbierackiej manii Architekta, jednak ten nie pozwolił sobie o nich zapomnieć. Skatalogował ich i zamknął w swojej norze jak nieożywione przedmioty, dla których rzeczywiście powstała.

Reszta z nich była celem samym w sobie. Nie bez powodu ścieżka oddziela ich od artefaktów. Architekt nie może pozwolić, by ktokolwiek inny jak on był ich właścicielem, nawet po śmierci. Chora obsesja nie pozwala mu przebierać między ludźmi niebezpiecznymi a zwykłymi osobami, które stworzyły lub odkryły coś niezwykłego.

Na końcu ścieżki schody zapraszają Cię w górę. Zwijają się po ścianie kolosa i z każdym kolejnym krokiem każą Ci patrzeć w dół i oglądać w coraz to większej skali wnętrze mauzoleum. Na ostatnim stopniu pod sufitem czubek Twej głowy oświetla słońce przez właz w dachu. To ostatni moment, żeby spojrzeć pod siebie. Gdy cały cmentarz mieści się w Twoim polu widzenia, wydaje się malusieńki i cały mit o ogromie dzieła Architekta lega w gruzach.

Dopóki nie wejdziesz na szczyt. Od zaistnienia w Oazie pytasz sam siebie, czy to ona wyrosła na przekór Pustyni, czy to Pustynia powoli zasypuje ją i zabija. Oto Twoja odpowiedź.

Ze dachu kolosa jest widok na rozpościerający się po horyzont bezkresny szmat szarego pyłu. Wzniesienia i doły, które podczas stania na ziemi wydawały się olbrzymie, teraz stanowią ledwo gęsią skórkę na skórze planety. Twoje szaty łagodnie zwisają z podtrzymującej je postaci. Uświadamiasz sobie, że to dlatego, że szczyt struktury, na której stoisz, to jedyne miejsce, w którym nie wieje wiatr. Pustynia dookoła Ciebie układa się w stożek ze swoim szczytem u podnóża domu Architekta. Jest tak rozległy, że podczas wędrówki nie dało się odczuć, że tylko się wspinasz.

W oddali, niemal u samego horyzontu spostrzegasz, co zostało z Oazy. Wysuszone na wiór drzewa palmowe, liście dawno spadły na ziemię. Jezioro wyschło pozostawiając po sobie szorstką kałużę soli zasypywaną przez nacierający piach.

W domu Architekta tkwi serce wiatru i Pustyni. Z postawionego pod tobą kolosa, z mroźnej komory w jego wnętrzu wydobywa się wiatr roznoszący piach, by ukryć to, co znajduje się pod nim. To Oaza była pierwsza. Czy los, przez jaki teraz przechodzi spotkał wszystko, co teraz pokrywa Pustynia? Ile Oaz zdusiła? Po ilu opustoszałych jeziorach i połamanych drzewach wiodła Twoja droga? Jak daleko jeszcze za horyzontem są miejsca, które Architekt chce sobie zawłaszczyć? Tyle wie tylko on sam. Niektóre trumny zakopane są zbyt głęboko, by móc się do nich dostać. Niewiedzieć jak, Architekt wygrywa wobec samemu życiu.

Spójrz jednak na siebie. Gdzie jesteś? Nie zasypano Cię jak tylu innych. Udało Ci się podjąć drogę przez sypany nieustannie konewką Architekta pył, docierając do źródła. Stanął przed Tobą rdzeń ogromnego cmentarza a schody zaniosły Cię na jego szczyt, by ujrzeć wszystko z przeciwnego punktu widzenia. Patrz, jak Oaza umiera. Patrz, jak umarły ich już setki. Patrz, ile jeszcze ma ich umrzeć. I za co?

Póki będą jeszcze inni, którzy pokonają ścieżkę w stronę środka Pustyni, jedno będzie pewne.

Największym błędem Architekta będzie myśleć, że może po prostu kazać Ci zapomnieć.

Zbudź się. Ten świat już nie jest dla Ciebie.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported