Pat
ocena: +3+x

Doktor Clyde Fostergrant przeciera czoło za wykładaną plastoidem ścianą. Spogląda na zegarek, bardziej z przyzwyczajenia niż faktycznej potrzeby zlokalizowania się w czasie. Wiadomo bowiem, że ów czas jest niezwykle względny i nawet dwuminutowe zjazdy windą mogą klaustrofobikowi jawić się jako wieczność.

Podobnie było i w tym korytarzu, gdzie po drugiej stronie za grubymi drzwiami siedział Agent Lewicki. Sytuacja nie byłaby patowa, gdyby nie posiadał tetetki z paroma pełnymi magazynkami i zakładników.

Zachowanie Agenta było nieszczególnie logiczne. Jego akta prezentowały przecież niczym nieskażoną, wierną służbę tak Fundacji, jak i Milicji Obywatelskiej. Od 1948 roku, kiedy to rozpoczął pracę w terenie, poprzez dziesiątki zabezpieczonych i setki zidentyfikowanych abominacji tego świata. Stanowczy i zdecydowany, binarnie postrzegający dobro i zło. Gdzie Fundacja była dobra, a wszystko z czym walczyła było złe.

A umierać nie planował. Zawsze był na służbie. Zawsze był gotów, by raz jeszcze stanąć do akcji. By walczyć za swoje ideały do końca.

Do swojej śmierci w 1977.

Akta nie kłamią. Nie w Fundacji, gdzie pozostają niezmienne niezależnie od panującego na świecie ustroju, zagrożenia i mocarstw. Akta zmarłych pracowników zostają zamknięte i na zawsze przechodzą w tryb "tylko do odczytu".

Według akt Agent Ryszard Lewicki zmarł w 1977.

Co wydawało się dość nieprawdopodobne, zważywszy na zakładników, TT-30 z amunicją opartą na reakcji chemicznej i spanikowanego człowieka najwyraźniej kontrolującego cały ten burdel.

Clyde ostrożnie wychyla się zza osłony, wygląda najwyraźniej nieco za długo. Pocisk przelatuje mu tuż obok twarzy i wraz z przekleństwem wbija się w rząd tarcz oddziału za jego plecami. Brak strat własnych, strzelcowi pozostało 5 nabojów w obecnym magazynku.

Niestety, w pełni mechaniczny zamek sprawiał że przytargane ze zbrojowni zakłócacze kurzyły się niepotrzebnie gdzieś z tyłu. Broń chemiczna odpada, drony zrobią za dużo szumu na tak małej powierzchni. No i zawsze system rozpoznawania może nie zauważyć identyfikatora. Pozostawał zatem tylko jeden skuteczny sposób.

Agencie, nie zechciałbyś tego omówić?

Za metalowym skrzydłem na moment miga nieogolona, blada twarz o podkrążonych oczach. Wieżyczki lekko korygują układ luf, do pełnego namiaru sporo im jednak brakuje.

Jeżeli tylko czerwony wyświetlacz na zegarku pokaże setkę, płaska igła wystrzeli z prędkością ponad trzech kilometrów na sekundę przebijając wszelkie przeszkody na drodze do celu. Ponieważ zawsze warto jest mieć plan awaryjny. Clyde uspokaja się kilkoma głębszymi wdechami. Ma wszystko pod kontrolą.

Gdzie jestem?! —Zawołał donośnie łamiący się, zdenerwowany głos.
W Ośrodku 13, gdzieś w okolicach dwudziestego piętra. Nie wiem dokładnie, trochę mi się śpieszyło. Spójrz za okno, powinno być gdzieś w środku.
Niemożliwe! Ośrodek 13 leży ponad kilometr pod ziemią, na cholernym zadupiu!
Według danych z siedemdziesiątego piątego. Jak widać, trochę go rozbudowaliśmy.
Kiedy? — W cichy głos wstąpiła nadzieja, po czym głośniej powtórzył — Kiedy jestem?!
Według ciebie? To przyszłość. Mamy 2186.

Naukowiec ponownie zaryzykował obserwację. Na ręce trzymającej pistolet spostrzegł słabe, pomarańczowe światło. Ktokolwiek inny zignorowałby je, myśląc iż jest to jedynie blask lasera namierzającego lub projekcja zmęczonej wyobraźni.

Fostergrant poznał jednak w tym SCP-PL-052 zaginiony podczas przełamania zabezpieczeń niecały tydzień temu. I nie był to żaden powód do radości, szczególnie na ręku Agenta terenowego, jakim niewątpliwie był Ryszard Lewicki.

Agenci terenowi nie odbywają bowiem żadnego szkolenia specjalistycznego, jak ma to miejsce w przypadku każdego innego przydziału. Mają oczywiście jakąś specjalizację, jednak nade wszystko to ludzie od wszystkiego i od niczego zarazem. Wolni strzelcy, wysyłani by po prostu radzić sobie z problemami. Największym zaś problemem i zarazem główną bronią Agenta terenowego jest improwizacja. Bez niej służba będzie wyjątkowo krótka i przepełniona cierpieniem.

Ryszard Lewicki utrzymał się na tym stanowisku przez 29 lat. Oczywiście cały ten okres spędził na służbie w Starej Fundacji. I tak nie dożyłby do rewolucji w 2095.

Kim są ludzie ze mną? — Uzbrojony zdecydował się na przerwanie tej jakże niepokojącej ciszy.
Och, to nikt istotny. — Warknął Fostergrant z satysfakcją wyobrażając sobie, jak mózg tamtego dupka z ochrony powoli ścieka po pancernym szkle. — Nam chodzi tylko o tych w białym, z wysokimi kołnierzami. Staraj się ich nie pozabijać, zgoda?
To nie strzelajcie! Z kim gadam?
Ze zwykłym kolesiem, który próbuje utrzymać przy życiu parę osób.
A czy "zwykły koleś" mógłby skoczyć po jakiegoś nadzorcę? Najlepiej generalnego?

No jasne… za głębokiego komunizmu rząd wolał mieć wszystko pod kontrolą. A skoro przy zwykłych sprawach wystarczył jeden dyrektor generalny, dlaczego los organizacji zabezpieczającej najgorsze kurestwa planety miałby być inny? Za tą oto prostą decyzją, na wzór niejakiego Związku Radzieckiego, powołano Nadzorcę Generalnego na miejsce Rady O5, której członków spotkały pewnie jakieś nieszczęśliwe wypadki.

Nadzorcy Generalni nie mieli na celu rozwijania, podejmowania decyzji i zarządzania Rzeczpospolitą Ludową Filią Fundacji SCP. W praktyce ich rola sprowadzała się do regularnego raportowania o jej poczynaniach i ewentualnego prezentowania obiektów o potencjalnej użyteczności bojowej.

Gdyby Clyde miał to jakoś podsumować, Nadzorcy Generalni byli beznadziejnym pomysłem.

Niestety, to niemożliwe. To stanowisko nie istnieje od jakiś 200 lat.
Cholera! Kto u was rządzi?
Rada Nadzorcza O5. Ich ściągnięcie tutaj jest niemożliwe, dlatego wysłali mnie. — Skłamał spokojnie. Był w tym wyjątkowo dobry. — Hej. Lewicki. Mogę ci jakoś pomóc. Odłóż broń, żebym mógł podejść.
Nie! Wiesz skąd się tu wziąłem?
Domyślam się, że dzięki maszynie na twojej prawej ręce.

Cholera, spieprzył równo. Może jeszcze powinien był dokładnie opowiedzieć mu, w jaki sposób odwrócić transfer energii temporalnej i aktywować skok wymierzony precyzyjnie 209 lat w przeszłość? Nie. Moment. Powinien się uspokoić. Agenci sprzed wieków nie myślą tak jak my. Lewicki jest zestresowany. Myśli średnio racjonalnie. Przyjmując, że w ogóle jeszcze myśli, nie działając instynktownie.

Zza drzwi dobiegło zduszone przekleństwo, zaś chwilę po nim - dźwięk metalu uderzającego o posadzkę. Clyde odebrał to jako znak do działania i wyszedł zza osłony wprost pod lufę. Agent klęczał zaledwie kilka centymetrów od skanera wieżyczki. Cienkie wiązki lasera znikały tuż przed jego zdenerwowaną twarzą. Przez te same centymetry muszka pokrywała się ze szczerbinką na środku klatki piersiowej naukowca. Pocisk z broni opartej na iglicy i spłonce co prawda nie uderzał w cel z prędkością światła, jednak nawet Fostergrant nie uniknąłby wystrzelonej kuli na tak krótkim dystansie. Stoi za daleko od osłony, za daleko od ciężkiego bloku pod fatalnym kątem i za daleko, by próbować rozpaczliwego kontrataku. Tuż obok miękkiego, czerwonego dywanu na podłodze leżał opróżniony magazynek. Co z kolei oznaczało, że pomarańczowe światełko nie zniknęło z nadgarstka Agenta.

Ręce. — Rozkazał. Lufa nawet nie drgnęła.

Doktor uniósł powoli prawą rękę wciskając jednocześnie protezę lewej jak najgłębiej w przepastny rękaw. Jeżeli tylko uda mu się stworzyć odpowiednie pozory…

Druga.
Nie mam. — Zamachał nieporadnie kawałkiem luźnego płaszcza. — Wypadek przy pracy.
Stój gdzie stoisz. — Najwyraźniej pod presją nie miał czasu na oględziny kolejnego potencjalnego zakładnika. — Kto jest premierem?
Nie wiem, nie jestem z Polski. Chyba Eryk Salwator jest reprezentantem.
Tak to się teraz nazywa? "Reprezentant"? A co z innymi krajami? Co z naszą Polską Rzeczpospolitą Ludową?
Nie istnieje. Jeżeli dobrze pamiętam, szlag ją trafił w 1989. Jak z resztą cały ZSRR.
Co?! Jak to możliwe?! Kto to zrobił?!
Nikt. Ustrój był wadliwy. Ludzie pragnęli zmian. Rządził ktoś, kto na to wszystko pozwalał. Nie pamiętam dokładnie.

Lewicki ze zmarszczonym czołem patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na pierwszy rzut oka widać było, że intensywnie nad czymś rozważa. Clyde nie zamierzał jednak odpuszczać. Do tego ognia wypada dolać więcej oliwy.

Dodatkowo komuniści uznali, że zimna wojna nie ma sensu. — Uśmiechnął się niewinnie. — Rozwiązali Związek Radziecki i połączyli siły z Ameryką.
Nie. — Krople potu zrosiły skronie Ryszarda. Był niczym balon z wodą, który tylko prosił się o przebicie. — Nie! To niemożliwe!
Przykro mi Agencie. Nie zmienisz historii.

Oho. Błysk w oku. Ta jakże znajoma iskra zrozumienia, pozornie genialny plan na wyjście z najgorszej sytuacji. Sporo się już tego w życiu naoglądał. Jeżeli tylko ten płomień zagaśnie, zgaśnie i życie w Agencie. Wygra.

Ty… ta maszyna! Mógłbym wrócić, ostrzec Nadzorcę Generalnego! Może gdybym inaczej ustawił…
Nie da się. — Powiedział Fostergrant z dziką wręcz satysfakcją ukrytą pod kamienną twarzą. — To jak hibernacja. Zamraża cię. Ale czas płynie nadal.
Co z waszym człowiekiem? On dał radę!
Mieliśmy jedno ogniwo do skoku wstecz. — Sam nie wiedział, czy jest to do końca kłamstwem. — Przepaliło się, a my nie umiemy robić nowych. Znaleźliśmy je.

Opuszcza lufę. Myślałby kto. Taki kawał twardego skurwysyna. Clyde'owi nawet trochę było mu go żal. Robota nie jest jednak jeszcze ukończona. Kiedy człowiek straci wszystko, nie można go w żaden sposób kontrolować. To nie wróży dobrze przestraszonemu i nieco zdezorientowanemu personelowi z tyłu.

Nie przejmuj się. To nadal Fundacja. Coś wykombinujemy.
Nie wrócę.
Nie musisz. Sprzęt zmienił się technicznie, lecz używasz go nadal tak samo. No, może oprócz kotów. A zabezpieczenia mamy o wiele lepsze. Mniej niż setka rocznie, nawet biorąc pod uwagę D. Przełamania — Widok działającej maszyny czasu pod kontrolą średnio stabilnego psychicznie człowieka znów podniósł mu tętno. — Są… niegroźną rzadkością.
Nie wrócę.
Ułożysz sobie życie od nowa. Hej. W teorii masz ponad dwadzieścia krzyżyków. To już dawno emerytura. Nie zapominamy o nikim. Jeżeli naprawdę tego chcesz, odejdziesz. Jeżeli zostaniesz, mógłbyś szkolić nowych. Mało kto posiada twoje doświadczenie. Ale wiem, że nie dam rady cię przekonać. — Wyciąga z kieszeni kilka dokumentów, wydrukowanych na papierze, nadal lekko pachnących farbą. Zachęcająco wysuwa je przed siebie. — Może to zdoła. Wiesz, Starej Fundacji nie zależało na pracownikach. Emerytury są drogie, a amnezjaki niestabilne. Nie ma co ryzykować. Takich jak ty wysyłano na misje. Coraz to gorsze, niebezpieczniejsze i wyniszczające. Nie ma ryzyka. Nie odpuścicie. Tak was wyszkolono. Ale my nie jesteśmy Starą Fundacją. My nie zapominamy o nikim. Weź te papiery. Wszystko jest już gotowe. Zaufaj im.

Agent terenowy Ryszard Lewicki podniósł głowę. Wsadził pistolet do kabury, wstał i uśmiechnął się przecierając zeszklone oczy. Oto może sięgnąć po dowody. Dowody pokazujące mu, jak zginął. Przez cudzą chciwość i własną determinację. Oraz po nowy start. Nowe, lepsze życie z godziwym wynagrodzeniem, poszanowaniem. Życie, w którym jego praca choć raz zostanie faktycznie doceniona.

Podszedł do Clyde'a by drżącą ręką ująć śliskie karty. Przełknął ślinę. Wie co znajdzie w środku. Czemu się tego obawia? Nie musi. Nie musi już się bać. Nowa Fundacja…

Zegarek na sztucznej ręce czerwonym błyskiem przebija biały płaszcz Fostergranta. Ten podrywa bezwartościowe druki i odskakuje w tył. Pokerowa twarz nareszcie pęka ukazując szeroki uśmiech.

Doktor Clyde Fostergrant spogląda na zegarek. Dziesięć minut. Ekipa sprzątająca, jak zwykle punktualna, zaczyna wycierać ściany i szyby. SCP-PL-052 leży bezpiecznie w sejfie. Naukowiec z obojętnością patrzy na zmaltretowane ciało Lewickiego. Jedna tylko myśl krąży mu po głowie, wyłącznie wprawny psycholog byłby w stanie rozczytać ją w tej, na powrót pokerowej, twarzy. Nie rozważa jednak sensu życia i śmierci, bądź nieszczęsnych losów człowieka oszukanego przez każdego, komu zaufał. O nie. Clyde Fostergrant ma na głowie znacznie poważniejsze problemy.

"Kurwa. Płaszcz do prania. Znowu."

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported