Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:16, DW 575, okolice słupka kilometrowego 53/7, woj. mazowieckie, Polska
Karol szedł polną drogą do wsi. Było ciemno, księżyc nie świecił zbyt mocno, ale on znał drogę na pamięć jak szkapa dorożkarska. Światło mu nie było potrzebne: wiele razy przebywał trasę z baru do swojego domu. Promile, jak zawsze, miło szumiały mu w głowie i krążyły w żyłach. Czasem się zatoczył, czasem wywrócił na pysk, czasem nawet przysnął, ale zawsze wstawał i, z pijackim uporem, szedł dalej. Byle do domu, tam powinien mieć jeszcze jakąś małpkę cytrynówki. Zawsze starał się mieć zapas.
Był niedopity. Gdzieś koło dziesiątej rozpętała się burza i zgasło światło. Stary Tadzik stwierdził wtedy, że on to pierdoli i zamyka knajpę. Biesiadnicy protestowali, ale właściciel się uparł. A jak stary Tadzik się uprze, to staje za barem, opiera się na knykciach i wszyscy milkną. Stary, ale przyjebać potrafi. Popatrzyli na niego, na jego ręce wydziarane w więzienne wzory, poszemrali i poszli, co mieli zrobić?
Karol zaplątał się w rozwiązane sznurówki, poślizgnął na mokrej po deszczu trawie i znów zaliczył glebę. Wywarczał krótkie przekleństwo, po czym usiadł – i tak był przemoczony po kilku wcześniejszych upadkach – i próbował zawiązać buty. Nie szło mu: było ciemno, ręce mu się plątały i po kilku próbach zrezygnował. Wstał, wyprostował się, poklepał po kieszeniach kamizelki, po czym niezgrabnie wyjął papierosy i zapalniczkę z gołą babą. Wsadził do ust szluga i próbował przypalić. Wtedy zobaczył to.
Najpierw myślał, że to jakiś wielki pies. Psów się nie bał, więc go zignorował, i tak stał jakieś piętnaście metrów od niego. Gapił się, to prawda, ale był spokojny. Karol wstał i zaciągnął się.
– Paszoł won, sabaka! W pizdu! – wychrypiał i machnął ręką. I wtedy pies warknął.
To nie było warknięcie wiejskiego kundla. To był dźwięk, jakby zgrzytały kamienie. Karol dostrzegł oczy zwierzęcia.
Płonęły żywym ogniem.
Papieros wypadł mu z ust. Mężczyzna powoli zaczął się cofać, ale odległość między nim, a bestią nie zmniejszała się. Stwór ruszył w jego kierunku, obnażając zęby. Widział kiedyś takie zęby w jakimś przyrodniczym filmie na Polsacie: tyle że tam należały do tygrysa szablozębego, co wymarł milion lat temu.
Karol wytrzeźwiał w jednej chwili. Przeżegnał się. Nie pomogło, potwór nadal szedł.
– Jezus, Maryja – wyszeptał mężczyzna – diabeł przyszedł po mnie, do piekła!
Odwrócił się i, nie oglądając się za siebie, próbował uciekać. Nie szło mu to sprawnie: nogi plątały się, serce waliło jak młotem, w przepalonych tytoniem płucach brakowało oddechu. Żałował, że nie przyjął ostatnio księdza po kolędzie, to na pewno przez to. Jeszcze go sklął i gonił wikarego do płotu z siekierą. Boże, modlił się w myślach, jeśli przeżyję, to rzucę wódkę! Co tam, wódkę, do Częstochowy na pielgrzymkę pójdę!
Nie zauważył tego, ale bestia skoczyła. Ostatnie, co zarejestrował, to zielony błysk światła. Oraz to, że chyba zlał się w spodnie.
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:16, DW 575, okolice słupka kilometrowego 53/7, woj. mazowieckie, Polska
Dwóch mężczyzn i kobieta, na skraju lasu, obserwowali tę scenę, leżąc w trawie. W czarnych mundurach byli niewidoczni. Jeden z mężczyzn oblizał turystyczny widelec i odłożył na ziemię puszkę po mielonce.
– Cholera, teraz to – mruknęła kobieta. – Auto stoi, latarki i łączność nie działają, a teraz przyplątał się pomiot Welesa. Syriusz, co ze sprzętem?
– Wszystko zdechło: noktowizory, GPS, transgresor, nawet moja komórka – odpowiedział długowłosy żołnierz, przeglądając kolejne elementy ekwipunku. – To musi być ze sobą powiązane.
– No shit, Sherlock – parsknęła dziewczyna. Położyła hełm w trawie i przeczesała dłonią jasne włosy, a potem przyłożyła wiszącą na szyi lornetkę do oczu. – Co robimy?
– Fuck you, Watson – odpowiedział mężczyzna, ale bez złości w głosie.
– Nie chcę tutaj niczego sugerować – odezwał się trzeci z żołnierzy – ale jeśli teraz nie zareagujemy, to pan menel marnie skończy. Ling – zwrócił się do kobiety – masz swoją rakietnicę? Odciągnij uwagę anomalii. Syriusz, flankujesz z lewej, ja z prawej. Ling, trzymaj pozycję. Strzelamy, gdy będzie w zasięgu.
Dwa potwierdzające mruknięcia, upewniły go, że plan został przyjęty. Dziewczyna chwilę szamotała się z rakietnicą, wyjęła ją, załadowała i wystrzeliła. Flara rozbłysła zielonym, chemicznym światłem, dokładnie w momencie, gdy bestia zaatakowała przerażonego Karola.
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:19, Ośrodek PL-55, Moszna Wieś, woj. mazowieckie, Polska.
Nastrój doktora Macieja Ośmiornickiego, w Ośrodku zwanego pieszczotliwie „Mackiem” daleki był od doskonałości. Prawdę mówiąc – był zwyczajnie podły. Na wycieczkę do Egiptu nastawiał się już od stycznia, kiedy ją zarezerwował. Nigdy nie był w Hurghadzie, marzył o wakacjach all inclusive z drinkiem z palemką nad ciepłym basenem i cieszył się na wycieczkę do piramid. Nigdy ich nie widział na żywo, a zawsze chciał.
Ta cholerna burza musiała przyjść właśnie teraz! Osiem godzin! Tyle mu zabrakło do szczęścia! Gdyby poleciał do Egiptu zgodnie z planem, to by go nie mieli jak ściągnąć! Odpocząłby sobie i wrócił już po opanowaniu kryzysu. Był pewien, że Drakula z Fantomasem poradziliby sobie bez niego. Ale po przejściu burzy i zaniku zasilania nie tylko w kontaktach, ale i w telefonie, latarce, a nawet w mechanicznej ośmiornicy na baterie, zabawce, którą dostał od załogi Ośrodka na urodziny, od razu domyślił się, że to coś poważniejszego. I że na samolot nie zdąży. I że musi pojechać rowerem do Ośrodka. Może nie był najbardziej entuzjastycznie nastawiony do swojej pracy, ale wiedział, że jednak nie może tego tak zostawić: czepialskiego Addamsa, przemądrzałego Fantomasa, zadzierającej nosa koleżanki, doktorki Krysiak, a nade wszystko studentki Zielińskiej. Za nią czuł się osobiście odpowiedzialny. Zielińska była entuzjastyczna jak szczeniak, wszystko chciała wiedzieć, wszystko ją interesowało, nawet jego pomiary wykonywała z fascynacją. Czuł się z początku trochę winny, że każe robić jej swoją robotę na kominie elektrowni „Pruszków-2”, zasilającej cały Ośrodek, ale szybko mu przeszło: dziewczyna była zdolna, sumienna i bardzo jej zależało.
Tak jak jemu, świeżo upieczonemu magistrowi, Maciejowi Ośmiornickiemu, wiele lat temu.
Teraz siedział w sali konferencyjnej. Mrok rozświetlały dwie lampy naftowe ustawione na stole. Naprzeciw niego siedział poobijany i podrapany major Tadeusz Banasiak, oficer łącznikowy Służby Kontrwywiadu Wojskowego w Fundacji. Jego rolą było koordynowanie współpracy Fundacji i rządu Rzeczypospolitej Polskiej w osobie ministra Mariana Łaszczyka. Koordynator nie był jednak skory do współpracy. Tyle razy krzyczał coś o zamachu na suwerenność i wtrącaniu się podejrzanych międzynarodowych organizacji w sprawy niepodległego państwa polskiego, że Ośmiornicki przestał słuchać. Prawdę mówiąc, korciło go, żeby złapać wzmacnianą ołowiem pompkę, którą przypadkiem zostawił na stole Addams i strzelić oficera w jego wykrzywiony pysk. Ale nie, nie zrobi tego, nie wolno mu. Musi prośbą lub groźbą zmusić Banasiaka do podpisania dokumentu wprowadzającego stan wyjątkowy na terenie powiatu pruszkowskiego i grodziskiego i oddaniu jurysdykcji w ręce Fundacji.
– Powtarzam panu, panie majorze, po raz tysięczny – mówił zmęczonym głosem, przecierając podkrążone oczy. – To nie jest żaden zamach stanu i próba przejęcia władzy przez Niemców, Rosjan, czy innych reptilian. To jest umowa międzynarodowa, którą przegłosował polski parlament…
– Pełen zaprzańców i agentów! – wpadł mu w słowo Banasiak.
– A którą ratyfikował polski prezydent w roku – Ośmiornicki zerknął na dokument leżący przed nim – dwa tysiące szóstym. Konkretnie piętnastego maja dwa tysiące szóstego roku. Wie pan, kto wtedy rządził, prawda? Jeśli pan nie podpisze tego, będzie pan odpowiedzialny za wszystko co się tutaj wydarzy. Potwory, duchy, różne monstra, mamy tutaj całą menażerię. Nie chciałbym być w pańskiej skórze, kiedy to wszystko się wydostanie na zewnątrz. Taki skok energii spektralnej w krótkim czasie? Hiroszima przy tym… pfff… to pestka!
– I do tego potrzebujecie jurysdykcji w połowie województwa? Ha ha, zabawne! Niech pan mnie nie straszy, nie jestem jakimś miękiszonem! Nie podpiszę i już!
Ośmiornicki westchnął rozdzierająco. Wzmocniona pompka leżała w zasięgu ręki, ołów zachęcająco rozpraszał światło płomyków lamp naftowych, dłoń sama wyciągała się w jej kierunku. Banasiaka uratował przypadkiem Tomaszewski. Wpadł, jak bomba, do sali, a za nim przydreptała Zielińska.
– Macuś, chodź na słowo – rzucił. Ośmiornicki wzdrygnął się, jakby gwałtownie wybudzony ze snu. – Pani Kasiu, pani popilnuje naszego asa kontrwywiadu.
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:20, DW 575, okolice słupka kilometrowego 53/7, woj. mazowieckie, Polska
Truchło potwora bulgotało, jakby wewnątrz wrzała woda. Skóra pękła. Z ohydnym, lepkim mlaśnięciem rzygnęła czarna krew i wypłynęły cuchnące wnętrzności. Przez chwilę zakrwawione, połamane żebra jaśniały w trawie, po czym, niespodziewanie, wszystko wchłonęło się w ziemię, dymiąc i parując. Po kilkudziesięciu sekundach po anomalii został tylko wypalony krąg w trawie i błyskawicznie rozwiewający się zapach siarki.
– Szybko poszło – powiedział Syriusz. – Nie ma to jak dobrze wymierzony karabin wyborowy z poświęconą kulą. Jeden punkt dla Ling.
Dziewczyna wstała, zabezpieczyła broń, po czym przeszukała trawę i zebrała łuskę.
– Grodem, co z tobą? – ciągnął Syriusz. – Zahaczył cię, sukinsyn?
– Ech, nie – mruknął zagadnięty. – Chyba nawet nie przeciął kewlaru – sprawdził palcem wszyte w rękawy, przetykane srebrem karwasze. – Zbadajmy lepiej pana pijaczka, czy żyje.
Żył. Trochę cuchnął moczem, ale ogólnie był w przyzwoitym stanie. Ułożyli go w pozycji ustalonej bocznej i zabrali swoje plecaki.
– Syriusz, sprzątnij puszkę po mielonce – polecił Grodem i, nie czekając na odpowiedź, ruszył wzdłuż drogi. Do Ośrodka mieli około czterdziestu kilometrów w linii prostej.
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:24, Ośrodek PL-55, Moszna Wieś, woj. mazowieckie, Polska.
– Zielińska? – Ośmiornicki zawahał się lekko. – No… jeśli miałbym ją scharakteryzować, to idealnie się nadaje do pracy u nas. Ale nie chcę tego.
– O nie! – jęknął Tomaszewski – Wiesz z czym się to wiąże?
– Wiem, że jeśli widziała za dużo i nie nadaje się, to wtedy… – zawiesił głos. – Dlatego dam jej rekomendację. Chociaż nie chcę tego robić. To fajna dziewczyna, powinna teraz pić wino, tańczyć w klubach i rwać chłopaków. Nie zasłużyła sobie na taki los, jak praca tutaj.
Tomaszewski poklepał Macka po ramieniu.
– Nikt z nas nie zasłużył. Ale jakoś się tutaj znaleźliśmy, prawda?
– Prawda – mruknął Ośmiornicki. Wiedział, co czeka dziewczynę. Czasami budził się w nocy i nie mógł zasnąć do rana. Razem z nim budziły się wtedy wspomnienia. I, choć wszystko to działo się dawno temu, po takiej nocy rany były tak żywe, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Rano przychodził do Ośrodka bardziej ponury, niż zwykle.
– Też bym ją chciał oszczędzić – ciągnął Fantomas – ale to nie jest sytuacja na tydzień, czy dwa, rozumiesz to?
– Rozumiem… No dobrze, ma moją rekomendację – Ośmiornicki czuł się, jakby postarzał się o kolejne dziesięć lat. – Odbierz od niej przysięgę, skoro Addams tak zdecydował.
Tomaszewski taktownie milczał.
A gdy tak stali i milczeli, każdy z nich wspominając, co musieli poświęcić dla pracy w Fundacji, drzwi od sali konferencyjnej się otworzyły i zobaczyli uśmiechniętą od ucha do ucha magistrantkę Katarzynę Zielińską. W ręku trzymała papiery.
– Panie doktorze Ośmiornicki, panie inżynierze Tomaszewski, pan major podpisał dokumenty!
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:43, Ośrodek PL-55, Moszna Wieś, woj. mazowieckie, Polska.
– Staż w Ośrodku wydawał się być spełnieniem marzeń – zrzędził Szymon Słupecki, sprawdzając poziom energii spektralnej, starym analogowym miernikiem, nieużywającym elektroniki – A tak naprawdę, wysyłają cię, człowieku, do najgorszej roboty. Jędrek, weź mi tu poświeć, bo nic nie widzę – zwrócił się niecierpliwie do towarzysza, który szedł kilka kroków za nim.
– Mówisz, jak mój stary – zakpił Jędrek. – Komu świecisz? Mi świecisz, czy sobie?
– Zamknij się – warknął Szymon. – Oświetlaj drogę.
Szli korytarzem wzdłuż klatek na poziomie minus jeden. Klatkami nazywano kontenery, w których przechowywano zabezpieczone anomalie. Jedne większe, inne mniejsze, niektóre zabezpieczono taumaturgicznie, niektórym okazom wystarczyła zwykła kłódka. Wielka hala wyładowana była poustawianymi w rzędy kontenerami prawie po sufit. Zadaniem stażystów było przejść korytarz i zanotować stan bezpieczeństwa. Tomaszewski twierdził, że przy braku prądu część klatek „może puszczać”. To wystarczyło, żeby wysłać stażystów na obchód.
– Jaki poziom? Dwa koma sześć? – Jędrek zajrzał Słupeckiemu przez ramię i przybliżył lampę naftową, żeby jego towarzysz mógł zanotować odczyt z miernika. – Póki co, jest git, nie marudź. Został jeszcze jeden rząd.
Szymon nie był pewien tego „git”. Spojrzał na swoją czerwoną koszulkę. Oby nie przyniosła mi dziś pecha, pomyślał.
– Mówiłem, został nam ostatni rządek i fajrant – paplał Jędrek. – Co my tam mamy? – zajrzał Szymonowi przez ramię. – Anomalia z Zamku Kórnik. Hehe, kurnik. Wyobraź sobie, anomalny kurczak! Spektralne KFC! Kubełek anomalny!
– To coś jest jeszcze niezbadane – mruknął Szymon. – Nawet klasy nie ma wpisanej. Zamknij się, ruszamy.
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:46, Ośrodek PL-55, Moszna Wieś, woj. mazowieckie, Polska.
– Wodzu, wstawaj! – usłyszał Addams nad głową. – Sprawa jest!
Dyrektor Ośrodka otworzył oczy. Powieki piekły go, jakby ktoś nasypał tam piasku. Mruknął coś niewyraźnie i spojrzał w kierunku źródła dźwięku. Oślepiony przez płomyk lampy naftowej, który teraz wydawał się niemożliwie jasny, zamrugał kilka razy. Nie widział, kto do niego mówi, dostrzegał tylko zarys szczupłej sylwetki, zwieńczonej czaszką, od której lekko odbijało się światło.
Czyli Tomaszewski.
– Jezu, Franek – wymamrotał. – Stało się coś?
– Tylko tyle, że musisz odebrać ślubowanie. Pani Kasi Zielińskiej.
– Nie mogłeś ty tego zrobić? Ile spałem?
Wzrok zaczynał przyzwyczajać się do światła. W drzwiach stał Tomaszewski. Zza jego pleców ciekawe zerkała Zielińska.
– Jakieś pół godziny – wyszczerzył zęby inżynier. – I nie, nie mogłem. Sprawdziłem w regulaminie. Ślubowanie musi odebrać najstarszy stopniem, zarządzający funkcjonariusz. Rozdział czwarty, paragraf trzeci, punkt…
– Dobra, dobra – ziewnął Addams. – Już wstaję.
Podniósł się z łóżka. Zielińska odwróciła się gwałtownie. Addams spojrzał w dół. No tak.
– Ej, dajcie mi minutę. W gaciach jestem. Wyjdźcie – rozkazał.
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:46, poziom minus jeden
Jędrek nie krzyczał, choć bardzo chciał. Para, która trysnęła z jednej z klatek owionęła go. Szukała dostępu do wnętrza jego organizmu. Przerażony, zamknął usta i przestał oddychać.
„W końcu będziesz musiał zaczerpnąć powietrza…”, słyszał w głowie głos. Obcy, jakby metaliczny, z pogłosem wewnątrz jego czaszki, „A wtedy będę jeść…”.
„Kurwa, jeszcze się nie najadłaś poczwaro?”, pomyślał rozpaczliwie, walcząc z odruchem wymiotnym. Szymon leżał u jego stóp: wybałuszone, zgasłe oczy wyglądały jak zrobione z wosku. Ręka uniesiona w powietrze, celowała w sufit rozcapierzonymi palcami. Ciało kolegi, jeszcze po śmierci pociło się krwią. Ile wytrzyma bez oddychania? Dziesięć sekund? Piętnaście?
Przepona zaczęła mu skakać jak w konwulsjach. Organizm miał gdzieś strach. Chciał oddychać.
„Głodna jestem… głodna…” usłyszał zgrzyt w swojej głowie.
Szymon wtedy krzyknął i to go zgubiło. Kilka sekund po ich ostatniej rozmowie i odczytach, z jednej, nieszczelnej klatki trysnął strumień… czegoś. Jak para z nieszczelnego kotła. „Uważaj!”, zawołał Szymon i to był błąd. Strumień błyskawicznie przedostał się przez płuca do wnętrza chłopaka i rozpętało się piekło. Krew chlusnęła wszystkimi otworami ciała i sączyła się przez skórę. Szymon chudł i trupieszał w oczach. Kojarzył się Jędrkowi z zombie z gier i filmów.
„Otwórz buzię… Leci samolocik… Am!”
„Prędzej zdechnę z braku tlenu”, pomyślał Jędrek. Matko Boska, niech ktoś tu przyjdzie! Natychmiast!
Poziom minus jeden spowijała cisza. I mrok.
„Nawet jeśli stracisz przytomność z podduszenia”, usłyszał, „to po utracie przytomności zaczniesz oddychać… A ja… będę jadła…”
„Niedoczekanie twoje, stara kurwo!” pomyślał Jędrek z furią. Nóż do papieru w kieszeni. Tętnica szyjna, szybko!
„Oj…”, usłyszał w głowie. „Oddychaj… Psie ogrodnika…”
Prawie zdążył. Prawie.
Wysunął ostrze. Przyłożył do tętnicy. Chciał pociągnąć. Ta chwila zawahania go zgubiła. Odruchowo zaczerpnął powietrza.
Ból. Rozrywający i przeraźliwy. Czerwona poświata. Nie, to krew zalewająca mu oczy. Nożyk do papieru upadł z głuchym, wzmocnionym ciszą, stukotem. Z bólu nie wiedział, kim jest. Był… bólem.
Zapłakał. I umarł.
„Za mało… Zjadłabym konia. Z kopytami…”
Poniedziałek, 14 czerwca 2021 roku, godz. 1:52, Ośrodek PL-55, gabinet dyrektora Addamsa.
– Proszę powtarzać za mną – powiedział Addams, poprawiając przypięte do marynarki insygnia dowódcy. – Ja, Katarzyna Zielińska, dobrowolnie podejmuję służbę w Fundacji SCP…
Dziewczyna wyprostowała się odruchowo.
– Ja, Katarzyna Zielińska – powtórzyła – dobrowolnie podejmuję służbę w Fundacji SCP…
– Ślubuję chronić ludzkość przed zagrożeniami natury anomalnej…
– Ślubuję chronić ludzkość przed zagrożeniami natury anomalnej…
– …oraz wykonywać powierzone mi obowiązki, nawet z narażeniem zdrowia i życia.
Zielińska zawahała się ledwie na ułamek sekundy.
– …oraz wykonywać powierzone mi obowiązki, nawet z narażeniem zdrowia i życia.
Addams spojrzał na nią ciężko.
– Przyjmuje pani do wiadomości, że służba może wymagać od pani działań sprzecznych z prawem Rzeczypospolitej Polskiej, normami etycznymi oraz interesem osobistym?
– …tak jest. – Zielińska przełknęła ślinę.
– W takim razie witam w Fundacji – powiedział Addams i wyciągnął rękę.
Tomaszewski stał ze spuszczoną głową. Coś drgnęło w kieszeni jego fartucha.
– Darek… – powiedział ostrożnie, wyciągając stary, analogowy miernik – Coś się dzieje.
Addams ściskał właśnie dłoń dziewczyny. Odwrócił głowę w stronę inżyniera, nie puszczając ręki.
– Nagły skok energii spektralnej – dokończył inżynier. – Niewielki, ale zbyt gwałtowny, żeby go zignorować.
Dyrektor dopiero wtedy zauważył, że nadal trzyma rękę Zielińskiej. Zawstydzony, puścił ją natychmiast.
Tomaszewski zmarszczył brwi i stuknął paznokciem w szybkę miernika.
– Skąd to idzie? – zapytał Addams.
– Wygląda na poziom minus jeden.
Zapadła krótka cisza.
– Kto jest teraz na minus jeden? – dyrektor momentalnie spoważniał.
– Słupecki i Jędrek. Posłałem ich na obchód klatek.
– Jakich klatek?
Tomaszewski powoli podniósł wzrok znad urządzenia.
– Między innymi tej z Kórnika.
Ciąg dalszy nastąpi




