Rycerz
ocena: +2+x

Z powodu panującego gorąca moja podkoszulka zaczęła nieprzyjemnie kleić się do ciała. Kombinezon roboczy nie zapewniał wentylacji, co tylko przyspieszało proces pocenia się. Niesiona przeze mnie drabina i torba narzędziowa dodatkowo były jakby cięższe w tę pogodę. Wchodziłem już do parku, oglądając się przy przechodzeniu przez jezdnię zarówno na samochody, jak i na innych przechodniów.

Nie chciałem nikogo zranić.

Ktoś mógłby się zastanowić, jak, pośród wystrzałów, nieokreślonych ryków, wydawanych rozkazów i innych odgłosów toczonej walki i pomimo dużej odległości od spanikowanych ludzi, wciąż słychać ich krzyki. Po chwili jednak zauważyłby ranną kobietę, starającą resztkami sił się uratować. Jednak medycyna nie zna przypadku, by osoba z przerwanym kręgosłupem i roztrzaskaną miednicą była w stanie przeżyć bez natychmiastowej pomocy medycznej. Niestety, ludzie mogący jej pomóc odnieśli śmiertelne rany w pobliskiej bitwie. Jedynie mały Maciuś, sparaliżowany strachem i chaosem wydarzeń, stał w fontannie, mokry od wody i potu, zimny od wody i strachu, i nieświadomie pomagał kobiecie. W końcu od kogo jak nie od własnego syna oczekuje się pomocy? Niestety, jego matka rozumiała to jako wołanie o ratunek. On płakał, by ją pożegnać, chociaż sam mógł o tym nie wiedzieć. Nie będzie miał jednak okazji zrozumieć.

W głowie analizowałem zawartość torby narzędziowej, obmyślając już plan, jak zajmę się konserwacją pomnika. Pomnika, który już widzę. W jego pobliżu stała nowo wybudowana fontanna. Nie znałem się na tym, może dlatego ciekawiło mnie, z jakiego jest materiału. Marmur? Dlaczego o nim pomyślałem? Chyba po prostu nie ma bardziej typowego materiału. Nie tylko ja zajmowałem się nową atrakcją parku. W tak gorące dni, jak dziś, małe dzieci, pod czujnym okiem matek, ochoczo pluskały się, chlapały na siebie nawzajem bądź wkładały rozgrzaną na słońcu głowę pod powierzchnię, aby po chwili wyciągnąć ją roześmianą i ostudzoną. Temu małemu pokazowi dziecięcego chaosu przyglądały się nieznane mi gatunki ptaków. Ktoś mógłby pomyśleć, że są zazdrosne. Ale przecież warto poczekać z ostudzeniem w zamian za pełny brzuch chleba i nasion. Oczywiście do tego wliczony był spektakl.

Logika nie zawsze wygrywa nad instynktem.

Jadwiga rozpaczliwie rozglądała się, gdzie płacze jej dziecko. Pełne strachu oczy nie sprawdzały się w wypatrywaniu ludzi pośród tumanów kurzu, gazów prochowych i walczących. Mogłaby liczyć na słuch, gdyby nie wszechobecny, dźwiękowy chaos. Zrozumiała jednak, że krzyk się oddala. Nie wiedziała, że ktoś o dobrym sercu, widząc przerażoną dziewczynkę, wziął ją na ręce i próbował zabrać z tego piekła. Zareagował wbrew logice, jednak zgodnie z instynktem. Matczynym instynktem jak w legendzie o królu Salomonie. Niestety, jak w legendzie, tak i tu był Salomon gotów podzielić dziecko między matki. Jednak tym razem prawdziwe matki były dwie, a jedna zwyczajnie była szybsza. Gdy Jadwiga zrozumiała, co się stało, usłyszała również znajomy, jednak inny krzyk. Krzyk dziecka zapomnianego przez matkę. Zaczęła biec w jego kierunku, ale gdy krzyknęła jego imię, poczuła miażdżący uścisk, a wewnątrz poczuła trzaskanie kości. Od razu zrozumiała, że to ona teraz potrzebuje pomocy.

Ku niezadowoleniu turystów, złośliwie przystawiłem drabinę do pomnika, uniemożliwiając robienie atrakcyjnych zdjęć. Atrakcyjnych według fotografów, jak dla mnie coraz dziwniejszych. Byli jednak zbyt zajęci rozmową i szukaniem innej atrakcji, by dłużej okazywać złość czy niezadowolenie. Gdy wszedłem na drabinę, powiesiłem i otworzyłem torbę narzędziową, wyjmując z niej twarde etui. W środku znajdowała się lupa, dzięki której dokładnie obejrzałem kamienny posąg. Nieruchome oczy pomnika obserwowały moje ruchy. Z bojowego wyrazu twarzy odczytałem podziękowania, zaufanie. Ulgę. Nie chodziło o moje doświadczenie w tej pracy. Czułem to już za pierwszym razem. Chociaż może było to wywołane znaną mi historią.

Po znalezieniu mikropęknięć zabrałem się do ich oczyszczania. Kamienna, ponura skóra węża nie stanowiła na tyle mocnego oporu szczotce drucianej, by utrudniło to moją pracę. Mieszając roztwór, poczułem dreszcze i osłabienie. Złapałem się mocniej drabiny, opuściłem głowę i ze wszystkich sił powstrzymywałem się, by nie spojrzeć w oczy wężowi. Skupić się na czymkolwiek innym.

Zabytkowe mury kamienicy

TRACH! Pocisk łypnął w ścianę tuż obok obiektu. Odpryski bezboleśnie odbiły się od grubej skóry, a jej nosiciel zwinnym ruchem znalazł się w poziomej linii ze strzelcem, jednak kilka metrów od niego. Odwrót i TRACH!, pocisk trafił idealnie w miejsce, gdzie przed chwilą stał, teraz owijający się coraz mocniej, obiekt. W ułamku sekundy organy wewnętrzne poprzebijane były skrawkami połamanych kości. Pracownik Fundacji był dobrze wyszkolony: nie marnując czasu na agonalny krzyk, postanowił poinformować o swojej śmierci świat poprzez ostatni wystrzał. Sięgnął ręką za siebie i nacisnął spust. Zmarł, nim zorientował się, że broń leży na chodniku, a huk wystrzały był hukiem zamykanej bramy piekieł. Tylko on wie, po której znalazł się stronie.

Z ulgą odstawiłem drabinę i przykucnąłem w cieniu pomnika, spokojnie oddychając. Co najmniej próbowałem to osiągnąć. Starałem się uspokoić myśli. Powoli rozejrzałem się, jak człowiek zamknięty w ciemnym pomieszczeniu przez większość swojego życia. Szukałem czegokolwiek, czegoś, na co jest łatwo zwrócić uwagę. Wyprostowałem się, by nie zwracać na siebie uwagi. Stałem w cieniu rycerza. Mój cień spływał się z jego, byliśmy jednością. Poprzez połączenie nie staliśmy się lepsi ani też gorsi. Staliśmy się jednym. Niestety, musieliśmy się rozłączyć.

Przez gniew.

Czuł gniew. Ale i zawód. To inni mieli rację, a nie on. Nędzni ludzie byli zuchwali, bezczelni, samolubni! Kierowani strachem nie wysłuchali go, nie podjęli próby rozumienia. On dokonał wszelkich starań, by być godnym łaski. Oni nawet o tym nie pomyśleli. Bali się go, ale on nie chciał strachu. Nie chciał śmierci. Chciał dobra, ale bolało go to, że najwyraźniej dobro czyni się złem. Tylko ludzie są w stanie używać dobra do czynienia zła. Walczyli z nim, używając swych dobrodziejstw, by go zniszczyć. Nie mogąc z nim zwyciężyć, uwięzili go. Ale teraz jest wolny. WOLNY!. Może kontynuować swoje zadanie, może znów działać.

Jednak nie mógł znieść myśli, mimo tych wszystkich lat spędzonych w kamiennym więzieniu jedynie ze swoja świadomością, że zło musi być użyte do czynienia dobra. Nie chciał być zły.

Ludzie od razu, gdy się uwolnił, zaczęli go atakować. I to nie wojownicy, a zwykli, prości ludzie! Nie mógł znieść ich ataków, były zbyt bolesne, a on już nie miał powodu, by wytrzymywać ten ból w spokoju. Wzgardzili tym, nie zamierzał popełniać znów tego błędu. Nie dość go torturują?! Nie dość każą cierpieć?! Chciał tylko uratować tych, których kocha. Mogło być już za późno. Zaufali mu, a on ich zawiódł? Ból. Ból! BÓL!

BÓL!

To nie wieczność spędzona jako kamień,
to nie krzyki i nieznośny szum tworzony przez ludzi,
to nie obrzydliwość ich rozpieszczonej rasy,
to poczucie winy go bolało. Sumienie.
Ale tym razem nie przegra.

— Proszę nie dotykać, ten pomnik jest delikatny, właśnie go konserwowałem! — powiedziałem ze złością do namolnego turysty, który za wszelką cenę chciał poczuć chłód pomnika. Nie chciałem dziś wymawiać tego słowa, zranił mnie. Nie wiedząc, co właśnie zrobił, zawiedziony i lekko poirytowany moją uwagą odszedł. Z cichą radością wróciłem w cień rycerza. Miałem siłę, my ją mieliśmy. Mieliśmy obowiązek, on go zapoczątkował, ja kontynuowałem. Jednak wąż walczył. Rozpaczliwie szukałem ratunku, rycerz mi ufał, nie mogłem go zawieść. Poczułem blisko czyjąś obecność. Za blisko. "Pomóż mi", pomyślałem. Przerażony spojrzałem w kierunku wyczuwanej aury. Stał tam spławiony turysta, pytając się o historię pomnika. Mogłem opowiedzieć o heroicznych czynach rycerza. Strach zmienił się w dumę.

Pomnik ten upamiętnia bitwę stoczoną pomiędzy siłami dobra, a zła. Rycerz światłości stoczył na tej ziemi bój na śmierć i życie z wysłannikiem diabła, wężem kusicielem. Moment tu przedstawiony upamiętnia zwycięstwo nad wężem, tuż przed pchnięciem rycerskiego miecza.

Ale historia była inna.

Rycerz nie był w stanie wygrać z wężem. Gdy to zrozumiał, poprosił Boga o pomoc, oferując choćby i swoje życie nad wygraną. Wąż razem z rycerzem zostali uwięzieni jako kamienne posągi. Jednak wąż jest na tyle silny, że potrafi osłabić kamienną skórę na tyle, by się uwolnić. Tylko rycerz zna recepturę dającą siłę ponownego uwięzienia. Tę recepturę zna również Fundacja, więc to ona pilnuje, by wąż pozostał tuż obok rycerza na tyle długo, aż on zbierze wystarczająco dużo sił do ostatecznego zwycięstwa.

Jednak czym jest zwycięstwo? Czy nie jedynie porażką innych? Czy właśnie dlatego Fundacja nie wygrywa? Boi się, co stanie się gdy inni odniosą porażkę?

Może.

Może właśnie dlatego rycerz będzie uwięziony na wieki.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported