Administracja Bezpieczeństwa Informacji i Zapisów (RAISA)
Poniższy plik jest uszkodzony. Zawiera informacje o pracownikach nieobecnych na listach personelu Fundacji, procedurach, których wykonanie nie zostało zarejestrowane oraz wynikach badań niezapisanych w żadnej bazie danych. Prosimy, by do przedstawionych tu informacji podchodzić z ostrożnością.
Plik zostanie usunięty z chwilą zamknięcia dochodzenia wyjaśniającego jego pochodzenie.
| Identyfikator podmiotu: ▷ SCP-PL-431 |
Poziom upoważnienia: 4/PL-431 ◁ |
| Klasa podmiotu: ▷ Khonsu1 |
Poziom zagrożenia: Nieokreślony ● ◁ |
Specjalne Czynności Przechowawcze: Każdego 12. dnia miesiąca należy ponownie przypomnieć doktorowi Robertsowi o istnieniu podmiotu. SCP-PL-431-1 musi znajdować się pod stałą obserwacją, a jego wszelka aktywność musi być odnotowywana i odpowiednio korygowana. W przypadku wystąpienia jakiegokolwiek zakłócenia w egzekwowaniu procedur przechowawczych należy wszcząć Protokół INERTIA.
Opis: SCP-PL-431 to najprawdopodobniej autonomiczna idea o silnych właściwościach antymemetycznych. Jest ona niestabilna — ulega procesowi autodelecji z szybkością uniemożliwiającą nawet czasowe utrwalenie jej na większości nośników zarówno elektronicznych, analogowych, jak i biologicznych.2 Zjawisko to warunkuje także niewrażliwość podmiotu na stosowane przez Fundację środki mnezyjne. Samousuwanie, jakiemu podlega SCP-PL-431, wiąże się z wymiernymi szkodami dla otaczającej rzeczywistości. Ze względu na specyfikę obiektu, scharakteryzowanie wspomnianych uszkodzeń w sposób dostępny dla pracowników Fundacji nie jest aktualnie możliwe. Wszelkie posiadane informacje o podmiocie pozyskane i opisane zostały w sposób pośredni.
Zidentyfikowano dwa wyjątki, umożliwiające spowolnienie autodelecji podmiotu z noosfery:
- Utrwalenie SCP-PL-431 na stronie 72 fioletowego zeszytu odnalezionego w chwili odkrycia podmiotu, oznaczonej jako SCP-PL-431-1. Czas, po którym informacje o obiekcie zostaną stamtąd całkowicie usunięte, wynosi średnio 30 dni.
- Obecność osoby cierpiącej na zespół niewrażliwości na antymemy3 przy odkryciu SCP-PL-431, od tego momentu określanej mianem nosiciela. Przy braku stymulacji intelektualnej związanej ze wspomnieniem, ślad pamięciowy idei stopniowo ulega zatarciu. Sam fakt zapamiętania SCP-PL-431 tłumaczy się odmianą zjawiska uwięźnięcia antymemu, będącego podstawą patofizjologii większości typów AIS. Nie odkryto jednak powodu, przez który możliwe jest to tylko w chwili odkrycia podmiotu.
Wykorzystanie wspomnianych odrębności nie umożliwia jednak obejścia cech podmiotu — nie powodują one zatrzymania jego autodelecji, nie umożliwiają także rejestrowania i przekazywania dalej antymemu. Nosiciel idei i SCP-PL-431-1 stanowią więc jedyny i zamknięty układ informacyjny, w którym funkcjonuje obiekt. Obserwuje się także występowanie zjawiska opisanego jako "próżnia ideatyczna" — nieobecność idei na jednym nośniku istotnie przyspiesza proces samousuwania w drugim. Na tej podstawie opracowano hipotezę, jakoby SCP-PL-431 w trakcie autodelecji tworzył wyrwę w noosferze, pociągając za sobą powiązane koncepty. Ze względu na właściwości podmiotu, wynik jej weryfikacji byłby aktualnie niemożliwy do poznania przez Fundację.
Jedynym znanym sposobem całkowitego cofnięcia autodelecji SCP-PL-431 jest odkrycie jego istnienia. Utworzenie konceptu odkrycia podmiotu uniemożliwia jednak powtórzenie tego zjawiska. Sama hipotetyczna możliwość przywrócenia obiektu do noosfery pozwoliła wysnuć hipotezę, że nie podlega on całkowitemu usunięciu — tworzona przez niego wyrwa staje się coraz głębsza i dalsza od ludzkich konceptów, lecz nie zostaje od nich odłączona.
Na dzień 18.06.2025 nosicielem idei jest dr Carl Roberts, kierownik projektu SCP-PL-431.
Urodziłem się… nagrywa się? Nagrywa. Dobrze.
Więc… uhm… urodziłem się pierwszego września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku. W dwa tysiące piętnastym zatrudniłem się w Fundacji, w dwa tysiące szesnastym stwierdzono u mnie AIS typu drugiego, w dwa tysiące dwudziestym piątym… miałem nie uciekać do tego myślami. Miałem panować nad tym, gdzie pędzi moja głowa. Tak mówiła psycholożka.
[Odgłosy stukania palcami o biurko. Mówiący mężczyzna ma wyraźne problemy z zachowaniem rytmu.]
Na czym ja… O, ciekawostka! Zawsze wszystkich to przeraża, ja się z tego śmieję, bo znam rozwiązanie tej zagadki, choć no, nie mogę go zdradzić. Mam dwuletnią dziurę w dokumentach. Tych o zatrudnieniu mnie tutaj. Między majem dwa tysiące szesnastego a sierpniem dwa tysiące osiemnastego. Potem trafiłem na neurologię w PL-22, ale nie chcę do tego wracać. Drapieżne wspomnienia potrafią jednak sprawiać ból.
Zostałem w Polsce. Mama była stąd, więc coś tam mówić umiałem. Łatwiej przyszło mi się wdrożyć, douczyć, po wyjściu ze szpitala wrócić do zwykłej roboty w placówce. To wciąż odświeżające doświadczenie. Może i nie przyjąłem zbyt dobrze stwierdzenia niezdolności do pracy w dawnym wydziale, ale dzięki temu mogłem przeżyć najlepsze pięć lat mojego życia. Gdzieś w trakcie tego, chyba w dwa tysiące dwudziestym trzecim, ja, Lubieszko i Wiśnicki odkryliśmy PL-431. Oni nic z tego nie pamiętają, a ja zostałem kierownikiem projektu.
Chciałbym wierzyć, że to przez moje doświadczenie. W końcu właśnie z czymś takim kiedyś pracowałem. Ale tak naprawdę to chyba kwestia ślepego trafu. Byłem we właściwym miejscu o właściwej porze i choruję na właściwą chorobę, przez co jako jedyny w ogóle pamiętam, jak mocno się wysilę, na czym ta idea polega.
[Słychać ciche prychnięcie.]
Nawet nie zauważyłem, że moje życie zaczęło się wokół niej obracać. To naprawdę zabawne, jak szybko przez to zrobiło się gówno warte. Jeden dzień. Roberts, ty się, kurwa, nie uczysz na własnych błędach, co?
"Nie uciekaj tam myślami", łatwo jej mówić. Same tam biegną.
Dodatek PL-431.1: Protokół INERTIA to procedura anomaloneurologiczna opracowana w celu zapobiegnięcia autodelecji SCP-PL-431 w sytuacji niemożności dokonania korekcji jego aktywności przez dotychczasowego nosiciela. To proces dwuetapowy, na który składa się:
- Dobór zgodnego biorcy — stopień podobieństwa cech osobowości między dawcą a biorcą powinien wynosić co najmniej 90%, a stopień podobieństwa doświadczeń i wspomnień — 75%. Niższe wartości stwarzają ryzyko niepowodzenia procedury lub odrzucenia przeszczepu po czasie krótszym niż 1 miesiąc. W celu ustalenia stopnia zgodności, należy porównać wyniki testu MMPI-2 dawcy i biorcy oraz przeprowadzić próbę konfrontacyjną — bezpośrednią rozmowę, podczas której analizowane będzie podobieństwo wykazywanych reakcji.
- Przeszczep wspomnienia konceptu SCP-PL-431 — przygotowanie do zabiegu obejmuje dokładne zlokalizowanie śladu pamięciowego SCP-PL-431 oraz związanych z jego odkryciem wspomnień u dawcy, delecję śladów pamięciowych zajmujących analogiczną pozycję u biorcy oraz wytworzenie celowanego środka mnezyjnego przyłączonego do nośnika komórkowego wyhodowanego na podstawie komórek macierzystych dawcy, w którym zaimplementowano taumaturgicznie kopię śladu pamięciowego. Następnie sporządzony mnemofarmaceutyk należy podać drogą dokanałową, a po zakończeniu zabiegu poddać biorcę dziesięciodniowej obserwacji w celu wykluczenia ostrego odrzucenia przeszczepu.
Objawy ostrego odrzucenia przeszczepu w przypadku Protokołu INERTIA są następujące: trwający co najmniej 2 godziny, niereagujący na leki ból głowy o wartości co najmniej 7 w skali NRS, omamy, urojenia, zmiana osobowości, nagłe wystąpienie tendencji samobójczych i agresji, wahania nastroju. Stwierdzenie obecności co najmniej 3 z powyższych objawów w odstępie mniej niż 3 godzin od siebie należy uznać za wskazanie do przeprowadzenia ablacji śladu pamięciowego i dyskwalifikacji biorcy z dalszego postępowania.
Protokół INERTIA jest procedurą eksperymentalną, której skuteczność została przewidziana na podstawie modeli matematycznych i wstępnych faz badań klinicznych. Badania nad metodami alternatywnymi są w toku.
Umrę.
Truizm, wiem. Każdy umrze. Ale tylko garstka z tych ludzi zna swoją datę ważności. Od niedawna także ja. Zaznaczyłem sobie nawet w kalendarzu taki przedziałek, kiedy uważam, że pewnie zdarzy mi się zdechnąć. Jak powiedziałem o tym psycholożce, milczała trochę zbyt długo, bym tego nie zauważył. Nawet mój durnowaty śmiech nie przełamał niekomfortowej atmosfery.
Wiem, że to nie jest ani normalne, ani zdrowe. No ale pomogło. Jakimś cudem. Może sam fakt, że zrobiłem to żartobliwie. Że zdystansowałem się trochę od śmierci. A może to, że odarłem ten koncept z abstrakcji. Zawsze bardziej boimy się tego, co nadchodzi, ale nie ma namacalnej formy. W sensie, namacalnej dla nas. Dla naszych umysłów. Takiej, byśmy mogli wziąć ją w dłonie, spojrzeć na nią, wsłuchać się w jej odgłosy, powąchać, liznąć. Sama wiedza o czymś, czego nie masz jak poznać zmysłami, przeraża.
A teraz moja śmierć jest zamknięta w kółku narysowanym na kalendarzu obok biurka. Mogę przejechać po niej palcem, choć muszę użyć tego, którego dobrze czuję. Mogę spojrzeć na tę czerwoną pętelkę, zwrócić uwagę, jak rozlane ma brzegi, bo do dupy jest albo papier, albo mój marker. Mogę chwycić ją, zedrzeć, pognieść, wyrzucić gdzieś w chwili słabości.
Boję się, że to więzienie dla śmierci będzie jedynym, co po mnie zostanie. Choć może nawet o nim wszyscy zapomną. Miałoby to jakiś sens. W końcu skoro nikt mnie nie zapamięta… Dlaczego miałby pamiętać cokolwiek związanego ze mną?
Incydent PL-431.1 Dnia 12.07.2025 r. próba korekcji aktywności SCP-PL-431 za pomocą SCP-PL-431-1 przez dr. Robertsa zakończyła się niepowodzeniem. Ze względu na charakter i okoliczności zdarzenia, a także treść zapisu kamer monitoringu w sali konferencyjnej Ośrodka PL-55, podejrzewa się zajście adaptacji SCP-PL-431 do procedur przechowawczych.
Ta wersja zdarzeń jest jednak negowana przez dr. Robertsa. W związku z opisaną niezgodnością zlecono kontrolne badania lekarskie mające na celu wykluczenie przyczyn chorobowych, zarówno anomalnych, jak i nieanomalnych.
NAGRANIE KAMER MONITORINGU 12.07.2025
GODZINA: 11:20
KAMERA: PRZECHOWALNIA-PL-431-CAM-1
[POCZTEK NAGRANIA]
[Doktor Carl Roberts wchodzi do przechowalni SCP-PL-431, trzymając w ręku niewielką teczkę. Kładzie ją na stoliku obok gabloty z SCP-PL-431-1 i odsuwa się, umożliwiając operatorowi kamery przybliżenie na jej treść. W środku znajdują się dwa pióra wieczne i dokumentacja poprzednich procedur. Obraz kamery zostaje oddalony, a niewielki głośnik uwalnia krótki sygnał dźwiękowy.]
[Badacz wzdycha i przykłada kartę magnetyczną do gabloty, ta otwiera się. Doktor Roberts powoli przewija kartki fioletowego zeszytu do momentu, aż dociera do SCP-PL-431-1. Stoi chwilę nad obiektem, najprawdopodobniej zbierając myśli. Sięga po jedno z piór. Otwiera je i próbuje ułożyć w dłoni przez około 15 sekund.]
OPERATOR: Doktorze Roberts, zaistniał jakiś problem?
ROBERTS: Nie… nie, spokojnie, po prostu… Nie wiem, może mam spocone ręce. Ciepło jest.
OPERATOR: Przyjąłem. W razie wystąpienia jakichkolwiek trudności, proszę zgłaszać je od razu. Zgodnie z…
ROBERTS: Ta, wiem. [Mówi to z wyraźną irytacją, układając pióro w dłoni za pomocą drugiej ręki.] Dziękuję.
[Doktor Roberts powoli nachyla się nad kartką. Jego chwyt jest niepewny, pióro nieznacznie wyślizguje mu się z rąk, przez co musi je co chwilę poprawiać. Powoduje to u niego widoczną irytację. W końcu dotyka stalówką kartki. Stawia chwiejną linię. Napisanie jednej litery zajmuje około 5 sekund. Pióro spada na ziemię. Doktor Roberts wpatruje się w kartkę przez dłuższą chwilę, drży mu podbródek. Szepcze coś pod nosem.]
OPERATOR: Powtórzę, czy zaistniał jakiś problem?
ROBERTS: [Prawie szeptem.] N… nie umiem…
OPERATOR: Czy może pan powtórzyć?
ROBERTS: NIE UMIEM! Nie… nie umiem tego napisać. Nic nie umiem napisać. Ręce się… kurwa. Kurwa, kurwa, kurwa…
OPERATOR: Czy wnioskuje pan o przerwanie procedury?
ROBERTS: TAK! Do jasnej cholery, tak! Mówię przecież… mówię, że, że… [Drapie się nerwowo po czole.] Mówię, że nie umiem nic napisać. Powietrza. Jest duszno…
[Doktor Roberts pozostawia gablotę otwartą i nie zabierając przyniesionego zestawu, kieruje się chwiejnym krokiem w stronę wyjścia z pomieszczenia.]
OPERATOR: Doktorze, nie może pan przecież… Doktorze!
[Doktor Roberts dopada do drzwi, przykłada do nich kartę i wybiega z pomieszczenia.]
[KONIEC NAGRANIA]
NAGRANIE KAMER MONITORINGU 12.07.2025
GODZINA: 12:05
KAMERA: SALA-KONFERENCYJNA-CAM-2
[POCZĄTEK NAGRANIA]
[Doktor Roberts siedzi przy rogu stołu, wpatrzony w kilka karteczek zamazanych nieczytelnymi bazgrołami. Przegląda je po kolei. Po jego oczach widać, że niedawno płakał. Drzwi pomieszczenia powoli uchylają się, badacz nie zwraca na to uwagi.]
ADDAMS: Czy mogę wejść, panie doktorze?
[Jedynie nieśmiałe kiwnięcie głową sygnalizuje zgodę.]
ADDAMS: Przyszły do mnie wieści, panie Roberts. Że pańska procedura się nie powiodła.
[Doktor Roberts drżącą ręką przysuwa stos zabazgranych biurowych karteczek w kierunku zbliżającego się powolnym krokiem i wyraźnie zmartwionego na twarzy dyrektora Addamsa. W sali przez kilkanaście sekund panuje niekomfortowa cisza.]
ROBERTS: Czy tak pisze trzydziestosześciolatek? Proszę… proszę się przyjrzeć.
[Dyrektor siada obok i powoli przegląda karteczki.]
ADDAMS: Boję się, że nie rozumiem, do czego…
ROBERTS: Czy umie pan cokolwiek z tego rozczytać? Czy wie pan, co chciałem napisać, o tu? [Wskazuje na jedną z karteczek.] Albo tu? [Przykłada dłoń do kolejnej.]
[Siedzą razem z milczeniu.]
ROBERTS: Ja też nie umiem. Dla porównania… [Wstaje i wyciąga z szafki obok dokument.] Mój protokół dyżurowy sprzed tygodnia. Widzi pan mój podpis? "Dr Carl Roberts, starszy badacz". A widzi pan to tutaj? [Podnosi zabazgraną karteczkę leżącą na stole.] To miało… miało być to samo. Zajęło mi ze dwie minuty. Dwie, kurwa, minuty. A sam nie umiałbym tych hieroglifów rozszyfrować.
[Dyrektor spogląda na podwładnego w zamyśleniu.]
ROBERTS: Jakby pan zareagował, gdyby nagle przestał pan umieć pisać, panie dyrektorze? Tak z dnia na dzień? I gdyby wyszło to podczas ważnej procedury, i…
ADDAMS: A mamy jakieś podejrzenia, skąd mogło się to wziąć? To coś anomalnego, czy…
[Roberts uderza dłonią o stół.]
ROBERTS: Nie wiem, kurwa, nie wiem, rozumiesz?! Nie wiem! Nie, to nie PL-431.
ADDAMS: Skąd ta pewność? Przecież go nie znamy, jeśli to coś żywego, mogło się zaadaptować.
ROBERTS: Wy, do kurwy nędzy, wy! Wy jej nie znacie! Tylko ja wiem cokolwiek i to cokolwiek to jednak dosyć dużo, więc posłuchaj mnie wreszcie. To nie to. Mógłbym ci powiedzieć, że czegoś takiego nie ma wśród ███████ ██████████████ █████████████████, a ty i tak już o tym nie…
ADDAMS: Panie Roberts…
ROBERTS: Nie pamię…
ADDAMS: Carl!
ROBERTS: Co! Czego znowu…
ADDAMS: Krwawisz.
[Pojedyncze krople krwi spadają obok buta doktora Robertsa. Ten podnosi dłoń i patrzy na nią skołowany.]
ADDAMS: Cały opuszek sobie pan rozdrapał…
ROBERTS: Coś jest nie tak…
ADDAMS: Czy ma to związek z PL-431?
[Doktor Roberts milczy przez kilka sekund.]
ROBERTS: Ze mną. Bezpośrednio. Nie… nie czułem tego. Nawet teraz nie czuję. Powinno boleć. Bardzo.
[KONIEC NAGRANIA]
Piętnaście miesięcy… Mniej więcej tyle powinno to zająć. Piętnaście miesięcy. Bardzo długa śmierć.
Długa? A może szybka? Może wcale nie idzie liniowo, tylko najpierw skrada się, powolutku odbiera części mnie kawałek po kawałku, niszczy je, depcze, ale tak, bym nie zwrócił uwagi. A potem zrobi się śmielsza. Głodniejsza. Sięgnie po więcej. Przestanie się wstydzić i już będzie chciała, bym ją zauważył. Tak… chyba tak to będzie wyglądało.
A może i nie? Może pozostanie cichutka i pewnego ranka po prostu się nie obudzę? Może zlituje się nade mną i zanim ukradnie mnie, zabierze najpierw ból?
[Słychać pociąganie nosem.]
Widziałem ją już. U innych. Kiedyś, jak byłem mały. Jak babcia leżała w szpitalu. Wymknąłem się z sali i ruszyłem korytarzem zaciekawiony otaczającą grozą, której nie pojmowałem wtedy tak bardzo, że… nawet mnie nie straszyła. Cichutko zaglądałem za kolejne drzwi. Od czasu do czasu starsi ludzie uśmiechali się do mnie połową twarzy. Utkwionego w błogiej nieświadomości mnie bardzo to bawiło. Potem, jako nastolatek, myślałem nad tym o wiele za długo. Ganiłem się za nietakt. Teraz, kiedy przepracowałem to wspomnienie z psycholożką, wolę wierzyć, że dodałem im otuchy. Że potraktowałem ich jak ludzi ze śmieszną twarzą, a nie kogoś, kto niedawno otarł się o śmierć. Uwolniłem choć na kilka sekund od czucia się jak jajko, które cudem się nie rozbiło i dlatego każdy trzyma je teraz drżącymi rękoma.
W końcu zajrzałem jednak do o jednej sali za dużo. Leżała tam osoba, która mogła już tylko krążyć błędnym, nieobecnym wzrokiem. Połowa jej ciała była powyginana, sztywna, wręcz skamieniała, a "sprawną" nogą i ręką wymachiwała bezładnie na wszystkie strony na tyle, na ile pozwalały jej pętające je opaski. Obok niej siedziała młoda kobieta. Nie miała nawet siły płakać.
Instynkt. To mną wtedy owładnęło. Najbardziej pierwotny strach przed czymś, co granice abstrakcji przekroczyło tak bardzo, że aż wróciło do rzeczywistości. Przerażenie pętające ciało, kiedy umysł nie ma już jak stworzyć kolejnych iluzji. Wciąż pamiętam uginające się pode mną nogi, drżące ręce, zalewane łzami oczy. Dochodzącą powoli świadomość, że przyglądam się czemuś, czego nikt nigdy nie powinien musieć oglądać ani przeżywać. I wtedy wbiła swoje zmętniałe oczy prosto we mnie. Wpatrywała się przez długi czas. Przebijała prosto do rozkołatanego, spanikowanego serca. Naznaczyła mnie.
[Mężczyzna milczy przez dłuższy czas.]
Piętno. Jako dzieciak bałem się, że noszę teraz piętno. Że będę następny. Że koszmary, w których zawsze pojawiała się ona, były tylko pierwszym objawem. Że i mnie powykręca, powygina, otępi z bólu. Ta głupia myśl wróciła do mnie w dorosłości dotychczas tylko raz, kiedy leżałem na neurologii w PL-22. Kiedy próbowali wyciągnąć mi z głowy wgryzające się we mnie, drapieżne wspomnienie, kiedy cały zespół musiał faszerować się końskimi dawkami mnestyków, by w ogóle pamiętać, że jestem chory. Leczenie zajęło aż piętnaście miesięcy. Dłużyło się to tak, jakby czas stanął.
Może dlatego myśl o piętnie wróciła do mnie też teraz. W końcu znów minie tylko piętnaście miesięcy. Nie potrafię stwierdzić, czy marzyłbym, by była to wieczność, czy może ledwie pstryknięcie palca.
Dodatek PL-431.2: Podczas kontroli lekarskiej dr. Carla Robertsa w badaniu przedmiotowym stwierdzono niedowład spastyczny połowiczy po stronie prawej oraz zaburzenia czucia po lewej stronie ciała. Potwierdzono wystąpienie agrafii, a także wykryto niedowidzenie kwadrantowe dolne jednoimienne, na które chory, najprawdopodobniej za sprawą uzupełniania brakujących obrazów przez mózg, nie zwrócił uwagi w wywiadzie.
Ze względu na obecność wyżej wymienionych objawów neurologicznych i stanowcze negowanie wpływu na ich wystąpienie anomalii, z którą pracował dr Roberts, zlecone zostało wykonanie badania obrazowego metodą rezonansu magnetycznego. Wykryto masę patologiczną zlokalizowaną w płacie ciemieniowym lewym, przechodzącą na płat czołowy lewy. Wykonana została biopsja guza, materiał przekazano do badania histopatologicznego.


Obraz głowy dr. Carla Robertsa uzyskany metodą rezonansu magnetycznego oraz zdjęcie mikroskopowe materiału biopsyjnego w barwieniu hematoksyliną i eozyną
Na podstawie badań molekularnych bioptatu, obrazu radiologicznego oraz obrazu klinicznego postawiono rozpoznanie glioblastoma IDH-wildtype.4 Dr Carl Roberts został poinformowany o rokowaniu i skonsultowano z nim plan terapii onkologicznej.
Ze względu na duże ryzyko niepowodzenia leczenia, zespół projektowy SCP-PL-431, za zgodą dyrektora Ośrodka PL-55, podjął decyzję o zainicjowaniu Protokołu INERTIA.
Wracam sobie czasem do dokumentu, który sam założyłem. I patrzę na to, co wpisał badacz na dyżurze, mój dobry kolega, współodkrywca. Marcin Lubieszko. Dawno go nie widziałem, swoją drogą. Jak o niego pytam, to ludzie patrzą się na mnie, jakbym halucynował. Przepadł.
W każdym razie… o czym to ja? A, tak. "Duże ryzyko niepowodzenia leczenia". Wróciłem wtedy ze szpitala z wynikami, pojechałem do PL-55 poza godzinami pracy, w środku nocy. Wiedziałem, że Marcin akurat dyżuruje. Miałem grafik w głowie. Poszedłem do niego. Dałem mu w ciszy kopię papierów.
Pamiętam jego przerażenie. I łzy w oczach. I to, że drgnął, jakby chciał się zbliżyć, przytulić mnie, ale coś go powstrzymało. I co powiedziałem? Że "miałem rację". To on dopowiedział, że umrę. Do mnie wtedy to jeszcze nie dochodziło. Chyba to zauważył. Jak wypełniał wniosek do dyrektora Addamsa o zgodę na wdrożenie INERTII, robił to przy mnie i wahał się strasznie przy pisaniu uzasadnienia. W końcu wpisał… to. Tylko dlatego, że wtedy jeszcze byłem w szoku. Gdybym nie siedział obok, nie zdecydowałby się na taki eufemizm.
Dopiero potem, kiedy już pierwsze emocje opadły, przyszło zrozumienie. Ta świadomość, myśl o cholernych piętnastu miesiącach. Tyle średnio żyje się po usłyszeniu słowa "glioblastoma". Zaznaczając to w kalendarzu byłem, zdaje się, optymistą. Mój onkolog nie podzielał tego "entuzjazmu", kiedy tłumaczył rokowanie. Ale dalej wolę myśleć, że zostało mi ich jeszcze trzynaście.
Zawsze słyszałem, że kiedy ktoś już pozna datę ważności swojego życia, to stara się pozostały czas wykorzystać jak najlepiej. W filmach wszyscy piją, podróżują, imprezują, spotykają się z bliższymi i dalszymi znajomymi, objeżdżają rodzinę lub odcinają się od niej, pyskują szefostwu, plują na wrogów. Długo nad czymś takim myślałem. Przez pierwsze kilka dni po diagnozie o tym właśnie marzyłem.
Widziałem siebie składającego wypowiedzenie, wyjeżdżającego gdzieś na Karaiby i konającego skwiercząc na tropikalnym słońcu z drinkiem. A potem zorientowałem się, że nie cały świat, lecz jedynie moje życie uderzyło w ścianę. Cała reszta jest taka, jaka była. Jak miałbym wyjechać, skoro trzeba jeszcze uratować to jedno wspomnienie? Jak miałbym się zachlać, skoro muszę dokończyć moją rolę w projekcie? Jak miałbym korzystać z luksusów, skoro moje ciało powoli przestaje działać? Czy oni tam w Hollywood naprawdę wszyscy myśleli, że ktoś, kto rozpada się na kawałki, będzie w stanie bawić się aż do śmierci? Już chodzę o kulach, bo niedowład się pogorszył. Ze sztywną nogą nie potańczę.
[Słychać głębokie westchnienie.]
To zresztą chyba i tak byłoby niesamowitym tchórzostwem. Wyparciem tego, co nieuniknione. Kapitulacją z drineczkiem w ręku. Tak czy siak robisz wszystko, byleby nie zaakceptować faktu, że coś cię powoli zabija. Nie chcę tego. Nie chcę ani zalewać się łzami, ani popijać ich alkoholem, nie chcę zagłuszać bólu nieudolnym tańcem, byle nie przyznać, że czuję się potraktowany przez los z buta. Że to wszystko tak kurewsko niesprawiedliwe.
Więc siedzę. I tyle. Słucham muzyki całe dnie, bo i co mam robić? Wydaje mi się… wydaje mi się, że tylko to zostaje. Po prostu być, jak dotychczas, póki potrafię. Żadne wielkie rzeczy, tylko niezakłócona egzystencja. Tak, trzeba wziąć i chwycić to bycie jak najmocniej. Poczuć, jak przecieka przez palce. Spada na ziemię. Znika bez śladu. Człowiek nie zdąży nawet mrugnąć i odkrywa, że zabrakło czasu nawet na zastanowienie się, czy nie mógłby przytrzymać istnienia choćby chwilę dłużej.
Dodatek PL-431.3: Pierwszym wyselekcjonowanym kandydatem na biorcę w ramach Protokołu INERTIA został inż. Jacek Truszyński. Urodzony 13.05.1991 r., w wieku 27 lat znalazł zatrudnienie w Fundacji. Pracuje w Ośrodku PL-37. 17.07.2024 r. zdiagnozowano u niego AIS typu II. Od 03.03.2021 r. jest sierotą — jego matka zmarła z powodu choroby Parkinsona powikłanej zachłystowym zapaleniem płuc. Ojciec natomiast, według relacji kandydata, porzucił ich rodzinę, gdy inż. Truszyński był w wieku przedszkolnym.
Po uzyskaniu przez inż. Truszyńskiego zbliżonych do dr. Carla Robertsa wyników testu MMPI-2 została zorganizowana próba konfrontacyjna.
NAGRANIE KAMER MONITORINGU 20.09.2025
GODZINA: 15:04
KAMERA: SALA-PRZESLUCHAN-CAM-1
[POCZĄTEK NAGRANIA]
[Jacek Truszyński siedzi w pustym pokoju i nerwowo trzęsie nogą. Do pomieszczenia po chwili wchodzi Carl Roberts, pozbawiony włosów i z podkrążonymi oczami. Wspomagając się kulą dociera do krzesła naprzeciw Truszyńskiego, który patrzy na niego z widocznym dyskomfortem. Roberts uśmiecha się kwaśno.]
ROBERTS: Wiem, że to strasznie dziwne. [Roberts wyciąga do Truszyńskiego dłoń. Inżynier ją ściska.] Carl Roberts, miło mi.
TRUSZYŃSKI: Jacek Truszyński. In… inżynier, właściwie… a w sumie to zaraz magi…
[Badacz unosi do góry dłoń i prycha cicho, po czym siada na krześle.]
ROBERTS: Tutaj bądź po prostu Jackiem. A ja będę Carlem. Zgoda?
[Truszyński niepewnie kiwa głową.]
ROBERTS: Późno ta magisterka, swoją drogą. Coś stało się po drodze?
TRUSZYŃSKI: Życie! Najpierw projekty, potem Fundacja. Jakoś tak zapomniałem o akademii.
ROBERTS: Więc teraz robisz piszesz pracę w ramach naszego programu dokształcania?
TRUSZYŃSKI: Co? A, tak… Tak. Mam promotora w PL-37. A w ogóle to świetnie pan doktor… świetnie mówisz po polsku.
[Truszyński stuka palcami o blat stołu.]
ROBERTS: Coś nie tak?
TRUSZYŃSKI: Nie, po prostu… po prostu jeszcze mnie nie przesłuchiwali nigdy. Tyle. Dziwne uczucie.
[Obaj mężczyźni milczą przez dłuższą chwilę. Inżynier wbija wzrok w ziemię. Badacz wzdycha.]
ROBERTS: To nie przesłuchanie. Wiem, że nawet na szkoleniu pewnie brzmiało to jakoś dziwnie…
[Truszyński śmieje się cicho.]
TRUSZYŃSKI: Bardzo. Pański zespół nawet nie chciał mi powiedzieć, o czym będziemy rozmawiać. Tak bardzo. Myślałem, że to polega na tym, że mnie pan przesłucha, zasypie dziwnymi pytaniami i… i…
ROBERTS: Nic z tych rzeczy. Po prostu mamy porozmawiać chwilę. Tak jak teraz. O czym tylko chcemy. Jest przygotowany stos dziwnych pytań, ale na nie odpowiadają sobie sami ci o tam. [Roberts próbuje wskazać na kamerę, lecz nie jest w stanie podnieść ręki wystarczająco wysoko. Czerwieni się, ale od razu zaczyna się nerwowo uśmiechać.] My gadamy. Zapoznajemy się. I dostarczamy im cokolwiek do analizy.
[Znów milczą przez kilkanaście sekund. Przez cały ten czas Truszyński obserwuje Robertsa.]
TRUSZYŃSKI: Jak się czujesz?
ROBERTS: Proszę?
TRUSZYŃSKI: Mamy rozmawiać o czymkolwiek. Więc jak się czujesz? Wiesz… akurat… akurat znam to napięcie. Widziałem je. Potrafię rozpoznać chore…
ROBERTS: Jest w porządku. [Uśmiecha się nerwowo.] Trzymam się dobrze, jeśli o to pytasz. Wyjątkowo dobrze.
TRUSZYŃSKI: A co ci jest? Wybacz, że tak wprost, ale no…
ROBERTS: [Chłodno.] Glejak. Wycięli już tyle, ile się dało, ponaświetlali, nafaszerowali lekami. Jestem w trakcie przerwy przed podtrzymującą chemią.
TRUSZYŃSKI: A Fundacja? Nie mają czegoś, co by panu pomogło? Tyle tu anomalii, że lek na raka pewnie też by się znalazł. [Prycha i bawi się palcami.]
ROBERTS: To nie był zabawny żart.
[Milczą przez kilka sekund.]
TRUSZYŃSKI: Przepraszam… po prostu nie wiedziałem, jak…
ROBERTS: Nie mam ci nic za złe. Nikt nie wie jak się zachować, dopóki sam nie zachoruje. Tak, w każdym razie, uważam. Albo ktoś traktuje cię jak jajko, albo udaje, że nie chorujesz, albo skacze między tymi postawami jak metronom. Nic pomiędzy. Przywykłem.
TRUSZYŃSKI: Naprawdę współczuję…
ROBERTS: Wolę, byś trzymał kciuki. A co do pytania, to… cóż, tak, jest kilka "opcji ostatniej szansy", ale żeby w ogóle o nie zawnioskować, trzeba jeszcze wiedzieć, dlaczego się to robi.
TRUSZYŃSKI: A ty nie wiesz?
ROBERTS: Wiem. Cały problem w tym, że wiem tylko ja. A jakbym chciał komuś coś podyktować, to i tak zapomni.
TRUSZYŃSKI: Ja bym nie zapomniał. W końcu mam to… to… no jak to się nazywało…
ROBERTS: To nie zadziała. W każdym razie, na pewno nie tak, jak myślisz. Sprawdzaliśmy. Ja wiem tylko dlatego, że byłem w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Nie da się tego powtórzyć. Chcemy spróbować powielić już istniejące wspomnienie. Ale to wiesz. Było na szkoleniu, nie?
TRUSZYŃSKI: Było.
[Truszyński wzdycha.]
TRUSZYŃSKI: Mówisz mi, bym trzymał kciuki, ale… na to się przecież umiera. Nie powiedziałem tego, jak mnie pytali, ale wujek miał glejaka i…
[Roberts unosi dłoń z kwaśnym uśmiechem na ustach. Truszyński milknie, ale wierci się.]
ROBERTS: Wiem. Naprawdę. Tak czy siak trzymaj.
TRUSZYŃSKI: A nie myślałeś, by gdzieś wyjechać? Zapewnić sobie jakieś wypasione wakacje? Pieprzyć to wszystko, ruszyć w…
ROBERTS: Przestań. Nie jestem taką osobą.
[KONIEC NAGRANIA]
Podczas zebrania zespołu badawczego SCP-PL-431 w celu analizy procesu selekcji kandydata na biorcę stopień podobieństwa osobowości oszacowano na 82%, a stopień podobieństwa doświadczeń i wspomnień na 70%. Inż. Jacek Truszyński został uznany za zgodnego z dawcą w stopniu niewystarczającym, by można było bezpiecznie przeprowadzić zabieg.
Tyle rozmów, tyle sesji, tyle siedzenia sam na sam z dyktafonem, wypluwania myśli, a i tak to we mnie tkwi. Siedzi gdzieś głęboko, boli i wkurwia, jak drzazga, której nie da się niczym chwycić. Mówię "nie jestem taki", mówię "nie chcę tego", mówię "to wszystko bujdy", a i tak myślę o tym bez przerwy, tym częściej, im bardziej mnie boli, im więcej razy upadam z drgawkami. Zalewa mi głowę za każdym razem, gdy kolejny poranek wypełniony wymiotami kończy się przerażającą ulgą. Psycholożka mówi, że ruminuję. Może to prawda. A może po prostu wreszcie czuję dokładnie, czym mnie lata temu napiętnowano.
Jestem sparaliżowany. Mentalnie. Odkąd tylko rodzice odciągnęli mnie zapłakanego od szpitalnej sali. Nie słyszałem ich ostrych słów. Nie widziałem sfrustrowanych gestów, zmartwień, które znalazły ujście w gniewie. Mogli mówić do mnie, co chcieli, a i tak moja głowa została tam. Młody ja się mylił. Nie zostałem naznaczony. Nie wyznaczono mnie na kolejną ofiarę. Uwięziono mnie.
Więc "ruminuję". Za każdym razem, kiedy muszę powiedzieć, że czegoś nie chcę, zatapiam się w pytaniu "a czego właściwie chcę?", bo wiem, że na znalezienie odpowiedzi kończy mi się czas. I przeraża mnie, jak wielką sprawia mi to trudność. Całe życie tkwię w jednym wspomnieniu. Ze strachu przed rychłą śmiercią porzuciłem wszystko dla każdej "ambicji", którą uważałem za "wartościową". Chwytałem się czegokolwiek, co zostawiłoby po mnie ślad. Czułem, jak zegar nade mną tyka. A kiedy rzeczywiście mogę zacząć zrywać kupony do własnego pogrzebu, okazuje się, że zostałem z niczym.
Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, czego pragnę. Nie wiem nawet, kogo bym, kurwa, pokochał. Uważałem miłość za stratę czasu. Odkryć siebie? To była bzdura. Coś niemożliwie daleko na liście priorytetów. Patrzyłem na wchodzących w kolejne przelotne związki znajomych w szkole, potem w trwalsze na studiach, i jako pierwsze myślałem, że to głupie, jako drugie, że nie dla mnie, a na końcu zostawał tylko strach. Ilekroć wyobrażałem sobie siebie w podobnej sytuacji, zamiast ekscytacji i podniecenia, zaczynałem panikować. Przyspieszało mi serce, pociłem się, drżałem. Zlękniony przed śmiercią odkładałem to na później.
Tego "później" już nie będzie. Mam trzydzieści siedem lat i jestem cholernie samotny. Ot, tyle. Nigdy mi to szczególnie nie przeszkadzało, ale przeraża mnie najbardziej, że nie wiem nawet, z kim chciałbym spędzić te ostatnie miesiące, gdybym miał taką opcję. Gdybym, nie wiem, zdecydował się jednak odejść z Fundacji po chorobie, wbrew namowom… nękaniu. W sumie to wbrew nękaniu.
Kogo chciałbym widzieć, trzymającego mnie pod koniec za słabiutką dłoń? Żonę? Męża? A może tak czy siak wolałbym przeżywać to samotnie? Nie przekazywać piętna nikomu innemu? Kiedy myślę, jak inaczej mogłoby wyglądać moje życie, gdybym tylko nie bał się zastanowić nad własnym "ja", kręci mi się w głowie.
Przeraża mnie to. Przeraża mnie, że mogłem realnie żyć, a wybrałem inaczej. Przeraża mnie, że teraz, kiedy moje ciało powoli pełza w stronę końca, widzę w lustrze kogoś obcego. Nieznanego. Konającego powoli anonima.
[Mężczyzna z trudem tłumi płacz.]
Nie mam pojęcia, kim właściwie jest Carl Roberts. I nie zdążę się już tego dowiedzieć. Wczoraj usłyszałem, że choroba postępuje pomimo leczenia. W sumie nikt niczego innego się nie spodziewał.
Dodatek PL-431.4: Jako drugiego kandydata na biorcę w ramach Protokołu INERTIA wskazano dr. Mariusza Cichockiego. Urodził się 15.08.1986 r., w wieku 15 lat stracił ojca w wypadku samochodowym, od tamtego czasu on i niepełnosprawna matka żyli utrzymywani przez starszego brata. 10.02.2008 r. matka dr. Cichockiego zmarła z powodu rozsianego raka przewodowego piersi. Kandydat zgłaszał bogate doświadczenia z bliskimi chorującymi na nowotwory, nieograniczające się wyłącznie do matki. Odmówił podania szczegółów.
W wieku 30 lat znalazł zatrudnienie w Fundacji, gdzie rok później, po zakończeniu prac terenowych, zdiagnozowano u niego AIS typu II. Ze względu na obiecujące zbieżności w wynikach testu MMPI-2 między nim a dr. Carlem Robertsem, została podjęta decyzja o przeprowadzeniu próby konfrontacyjnej.
NAGRANIE KAMER MONITORINGU 30.11.2025
GODZINA: 16:01
KAMERA: SALA-PRZESLUCHAN-CAM-1
[POCZĄTEK NAGRANIA]
[Mariusz Cichocki krąży wokół stolika w pokoju przesłuchań. Jest spokojny, porusza się płynnie, nieobecny wzrok wbija w ziemię. Co kilka chwil przystaje i spogląda na drzwi, z reguły w reakcji na odgłosy z biegnącego za nimi korytarza. Po około 2 minutach rozlega się głośne piknięcie czytnika kart. Drzwi lekko uchylają się, lecz osoba za nimi ma wyraźny problem z przepchnięciem ich w pełni i cicho przeklina. Cichocki podbiega wyjątkowo płynnym ruchem i otwiera je. Do pomieszczenia wjeżdża na wózku inwalidzkim Carl Roberts.]
ROBERTS: [Dysząc lekko.] Dziękuję. To chyba jedyne tak ciężkie drzwi.
[Obaj śmieją się cicho. Cichocki siada przy stoliku, Roberts ustawia się po drugiej stronie i powoli masuje palcami skroń.]
ROBERTS: Więc… [Roberts wyciąga nieznacznie dłoń. Cichocki zrywa się na nogi i ściska ją szybko, po czym ponownie siada.] Carl Roberts… Miło… miło poznać. Pan to… Pan. Nie pan. Mów mi na ty.
CICHOCKI: Mariusz Cichocki. [Mówi spokojnie i ze współczującym uśmiechem.]
ROBERTS: A, tak… mówili mi. Wybacz, wyleciało mi z głowy. Średnio się czuję.
CICHOCKI: Na spokojnie. Ostrzeżono mnie.
[Roberts podnosi na Cichockiego smutne spojrzenie.]
ROBERTS: To… to dobrze. Choć wolałbym wiedzieć, czy nie mówili…
CICHOCKI: Nie, powiedzieli tylko, że masz dziś gorszy dzień. I tyle.
ROBERTS: Ten gorszy dzień trwa od… tygodnia? Dwóch? Tracę trochę rachubę czasu.
[Cichocki przytakuje delikatnie i wbija zamyślony wzrok w ziemię. Obaj milczą przez kilka sekund.]
ROBERTS: A mówili, po… [Mruży oczy i masuje się po czole z grymasem.] Tłumaczyli, po co tu jesteś?
CICHOCKI: By porozmawiać, po prostu. Jeden na jeden. Oni mają obserwować i nie przeszkadzać, gdy poskaczemy sobie od tematu do tematu, no tak, mówili, a czemu…
ROBERTS: Czemu pytam? [Prycha i kiwa głową.] Bo poprzedni nie wiedział. To było… dwa? Dwa miesiące temu. Do tej pory nie wiem, czy…
[Roberts milknie. Cichocki wpatruje się w niego wyczekująco, stukając palcami o własne biodro. Trwa to około 6 sekund.]
CICHOCKI: Czy?
[Roberts potrząsa lekko głową i patrzy skołowany na Cichockiego.]
ROBERTS: Czy co… Coś nie tak?
CICHOCKI: Mówiłeś coś i przerwałeś. Że "do tej pory nie wiesz, czy"…
ROBERTS: Czy źle czuję się od tygodnia, czy od dwóch. Mam jakieś… pogorszenie. Kolejne.
[Cichocki uśmiecha się kwaśno.]
CICHOCKI: A… co jeszcze z tym poprzednim kandydatem?
ROBERTS: Kandydatem na co?
CICHOCKI: No na biorcę.
[Robertsowi drży podbródek. Strużka łez ścieka mu po policzku.]
ROBERTS: Kurwa… no tak, prze… przepraszam. Bardzo przepraszam, ja…
CICHOCKI: Nic się nie stało. Naprawdę.
ROBERTS: Do tej pory nie wiem, czy mu nie powiedzieli, czy po prostu był taki nie… niekumaty. Boże, nie wiem, przepraszam, uciekło mi to kompletnie z głowy i…
CICHOCKI: Nie musisz mnie przepraszać. Nie zrobiłeś nic złego. Zresztą…
[Cichocki nachyla się delikatnie do przodu i znów wbija wzrok w ziemię.]
CICHOCKI: Już to przerabiałem. Kilkukrotnie. Pamiętam, jak nie umiałem dogadać się z babcią. Najpierw mówiła dziwnie, potem rodzice zebrali pieniądze i mama poleciała z nią do Stanów. Do pogrzebu zastanawiałem się, gdzie zniknęła. A potem tata mi to wytłumaczył. Jakoś.
[Roberts widocznie się wzdryga.]
CICHOCKI: Coś nie tak? Przepraszam, nie powinienem tak od razu… nie chcę cię obciążać.
ROBERTS: Nie, nie, jest ok, tylko… tylko… kurwa… Boże, strasznie kręci mi się w głowie…
[KONIEC NAGRANIA]
Podczas zebrania zespołu badawczego SCP-PL-431 w celu analizy procesu selekcji kandydata na biorcę stopień podobieństwa osobowości oszacowano na 86%, a stopień podobieństwa doświadczeń i wspomnień na 72%. Dr Mariusz Cichocki został uznany za zgodnego z dawcą w stopniu niewystarczającym, by można było bezpiecznie przeprowadzić zabieg.
Chciałbym móc powiedzieć, że spoglądam na przyszłość z choć odrobiną nadziei, ale nie byłaby to już prawda. Może na początku, jeszcze w lipcu, jakaś część mnie twierdziła, że po prostu "będzie dobrze". Teraz został tylko strach. Boję się. Tak bardzo się boję.
Jeszcze chodzę. Może i o kulach, ale chodzę. Jestem w miarę samodzielny. Tylko że prawa noga robi się powoli tak sztywna, że mój fizjoterapeuta załamuje ręce, a lewą stopniowo zjada to cholerne, dziwaczne mrowienie. Jeździec apokalipsy. Wiem, co przyniesie. Może to być jutro, za tydzień lub za miesiąc, ale któregoś dnia otworzę oczy i odkryję, że jedyna sprawna noga stała się tylko przyczepionym do mnie kawałkiem mięsa. Obcym, który spija moją krew. Będę dotykał jej przerażony, licząc, że poczuję cokolwiek. Będę się szczypał, kłuł, może nawet kaleczył.
A ból? Już się pojawia. Przychodzi od czasu do czasu, zaskakuje mnie, przytwierdza do łóżka. Wyobraźnia podsuwa mi obraz, jak cała czaszka pęka na miliard kawałeczków, jak w każdy z nich oślizgłe okropieństwo wbija małą, gorącą igiełkę. A potem wszystko znika, zostawia mnie przerażonego na pastwę rozszalałych myśli.
[Mężczyzna mówi coraz bardziej drżącym głosem.]
Mam problem z podniesieniem kubka z wodą. Już teraz. Regularnie wypada mi z rąk, oblewa mnie, w ostatnim tygodniu potłukłem już trzy. Wszyscy próbują mi przemówić do rozsądku, bym przeszedł na plastikowe butelki, najlepiej te z dziubkiem. Kurwa, oni nie rozumieją. Nie chcą zrozumieć. Nie chcą pojąć, że to oznaczałoby przyznanie przed samym sobą, że gadzina zabrała mi nawet coś takiego. I że nie zamierza się zatrzymywać.
W koszmarach widzę siebie uwięzionego w łóżku. Powyginanego, rozrywanego przez ból, na przemian rzygającego i miotanego drgawkami. Mija dzień, noc, kolejny dzień, a ja tylko krążę błędnym wzrokiem szukając kogokolwiek, kto by mnie wyzwolił. Nikt nigdy nie przychodzi. Budzę się, gdy pomiędzy rozszalały instynkt wkrada się myśl, że zostałem całkiem sam. Zwykle w środku nocy. Zwykle znów odkrywam, że zaszczałem łóżko. Zwykle znów ryczę. Z trudem biorę prysznic. I ku przerażeniu reszty wracam do pracy. Też wiem, że nie powinno mnie tu być. Naprawdę. Wiem, że lekarz mówił, że nie mogę. Ale procedury mają inne zdanie. Tak to jest, jak zgodziło się zostać trybikiem w maszynie.
[Mężczyzna milczy przez kilkanaście sekund.]
Im częściej mnie boli, mrowi mnie w nodze, wylewam na siebie wodę, tym bardziej boję się, że mój koszmar w końcu się ziści. Że nie jest to tylko zły sen, lecz przepowiednia. Przypisany mi los, który na moment widzę aż nazbyt klarownie. Myślę sobie wtedy, i bardzo mi przez to wstyd, że powinienem zawalczyć o to, by odejść na własnych warunkach. Nie mogę. Jeszcze nie teraz. Nie wiem, kiedy byłby na to odpowiedni moment.
Dodatek PL-431.5: Trzecim kandydatem na biorcę wyselekcjonowanym w ramach Protokołu INERTIA został dr. Janusz Szulc. Urodził się 12.05.1986 r.. Gdy miał 10 lat, jego ojciec popełnił samobójstwo z powodu niedawnej straty własnej matki za sprawą nowotworu ośrodkowego układu nerwowego. Dopytywany nie potrafi stwierdzić, jakiego. Po upływie 5 lat matka Szulca zmarła przez niewydolność wątroby wynikającą z choroby alkoholowej. Od tamtego czasu aż do ukończenia studiów mieszkał u starszej siostry.
Zatrudnienie w Fundacji znalazł w wieku 25 lat. Rok później, podczas hospitalizacji w Chronionej Strefie PL-22, stwierdzono u niego AIS typu II. W teście MMPI-2 wykazuje obiecujące zbieżności z dr. Carlem Robertsem, z tego powodu zorganizowana została próba konfrontacyjna.
NAGRANIE KAMER MONITORINGU 26.01.2026
GODZINA: 15:30
KAMERA: SALA-PRZESLUCHAN-CAM-1
[POCZĄTEK NAGRANIA]
[Janusz Szulc siedzi prosto przy stoliku, stukając o blat palcami. Marszczy czoło i psyka nerwowo.]
SZULC: [Pod nosem.] "Może być ciężko, ale spróbujemy"…
[W reakcji na piknięcie czytnika kart dostępu, Szulc zrywa się i wbija wzrok w drzwi. Do pomieszczenia, prowadzony przez asystenta, wjeżdża Carl Roberts. Badacz nie rusza się, utrzymuje załzawione oczy na podłodze. Jedna połowa jego twarzy opada, drugą wykrzywia od czasu do czasu grymas bólu. Asystent ustawia Robertsa przy stole i idzie do wyjścia.]
SZULC: Jesteście pewni, że to…
[Słychać trzaśnięcie drzwiami. Szulc wzdycha i patrzy z troską na rozmówcę. Po cichu siada na swoim miejscu, trzęsie nogą i krąży zmieszanym spojrzeniem po pomieszczeniu, kilkukrotnie zatrzymuje je na kamerze. Roberts po chwili chrząka ciężko, by zwrócić na siebie jego uwagę, i powoli podnosi drżącą rękę. Badacze wymieniają się delikatnym uściskiem dłoni.]
ROBERTS: [Cicho.] Rob… Roberts. Carl. Wybacz…
SZULC: Janusz Szulc. Niech pan nie przeprasza. To panu należą się przeprosiny.
[Szulc uśmiecha się ciepło, co jego rozmówca odwzajemnia połową twarzy. Milczą przed kilkanaście sekund.]
SZULC: Cholera, nie potrafię udawać, że to normalne. Po prostu. Niech mi pan wybaczy. Nie wiem, kto wymyślił, by pana tutaj dziś ciągać. Czuje się pan w ogóle na siłach?
ROBERTS: Jest… ok…
[W oczach Robertsa gromadzą się łzy. Szulc psyka nerwowo.]
SZULC: Współczuję panu pracowników. Czy dyrektor o tym wie?
ROBERTS: Nie… nie wiem…
SZULC: To zgłoszę. [Odwraca się do kamery, twarz wykrzywia mu gniewny grymas.] Zgłoszę.
[Roberts uśmiecha się delikatnie przez łzy.]
ROBERTS: Mam tajemnicę.
SZULC: Niech się pan nie przemęcza, zaraz na pewno…
ROBERTS: Na… nachyl się. Proszę.
[Szulc wstaje i podchodzi niepewnie do wózka inwalidzkiego, po czym kuca przy nim i przybliża ucho do Robertsa.]
ROBERTS: [Szeptem.] Zniknęli. Są inni. Nie znam… Tylko… tylko ja wiem.
SZULC: [Szeptem.] Proszę wybaczyć, ale… chyba nie rozumiem…
ROBERTS: Zrozumiesz. Ty… ty zrozumiesz…
[KONIEC NAGRANIA]
Podczas zebrania zespołu badawczego SCP-PL-431 w celu analizy procesu selekcji kandydata na biorcę stopień podobieństwa osobowości oszacowano na 93%, a stopień podobieństwa doświadczeń i wspomnień na 87%. Dr Janusz Szulc został uznany za zgodnego z dawcą w stopniu umożliwiającym bezpieczne przeprowadzenie zabiegu.
Dr Szulc złożył pisemną skargę na sposób traktowania dr. Carla Robertsa do dyrektora Ośrodka PL-55, dr. Dariusza Addamsa. Organizatorzy próby konfrontacyjnej, mimo jej sukcesu, zostali zawieszeni w obowiązkach do momentu rozstrzygnięcia toczących się wobec nich postępowań dyscyplinarnych. W trakcie przeprowadzonej kontroli wykazano też obecność sfałszowanej dokumentacji, najprawdopodobniej sporządzonej w celu wyłudzenia większego finansowania projektu. Wśród znalezionych dokumentów znajdują się akta osobowe i protokoły dyżurowe 3 nieistniejących pracowników, w tym rzekomego zastępcy kierownika projektu "dr. hab. Marcina Lubieszko", a także agenta polowego "Konrada Wiśnickiego".
Nadszedł ten dzień. Nie potrafię już chodzić. Jeżdżę na wózku. Stało się tak, jak przewidywałem. Jedna noga mnie nie słucha, drugiej nie czuję. Panikowałem przez dobre pół godziny, zanim w ogóle wpadłem na pomysł, by po kogokolwiek zadzwonić.
[Słychać, jak mężczyzna wzdycha przez zakryte dłońmi usta.]
Kurwa, jak można być tak głupim.
Najśmieszniejsze i najtragiczniejsze jest to, że da się przekroczyć poziom strachu o własne życie, po którym zapominasz o tym, że rzeczywiście kiedyś umrzesz. Przez całe życie drżałem przed wszystkim, co spotyka mnie teraz, a i tak nie przewidziałem, że rzeczywiście może mnie spotkać. Strach urósł tak wielki, że wykroczył poza moje pojmowanie. Z czegoś realnego przemienił się w czystą abstrakcję. A to już jest niebezpieczne. Usypia czujność. I w ten oto sposób odkrywasz, że bałeś się śmierci tak bardzo, że niechcący wmówiłeś sobie, że jesteś nieśmiertelny.
Opracowaliśmy INERTIĘ niedługo po opisaniu procedur dla PL-431. To było pierwsze, na co wpadliśmy i co miało szansę zadziałać. Oczywiście od razu poddałem się lokalizowaniu tego wspomnienia, ale… to tyle. Wyszliśmy… wyszedłem. Ja. Ja wyszedłem z założenia, że jestem młody i jeszcze będziemy mieli czas, by to dopracować i by stworzyć jakieś "plany B". A na ten moment INERTIA wystarczy. Zwłaszcza, że do czasu, kiedy mielibyśmy wcielić ją w życie, wpadniemy na coś lepszego. Idiota.
Skończyło się paniką. Poszukiwanie potencjalnych biorców okazało się niesamowitym bagnem, a nawet jeśli wstępne wyniki są obiecujące, to już zdążyliśmy odkryć na przykładzie Truszyńskiego, że i tak wszystko może się spieprzyć. Na domiar złego coraz mniej we mnie człowieka. W sensie, w oczach zespołu. Z kierownika stałem się dawcą. Z decydującego głosu kimś, kto w zebraniach uczestniczy tylko honorowo, bo przecież musi się kurować. Iluzja podmiotowości okazała się o wiele bardziej krucha niż myślałem. Wszyscy jesteśmy tylko trybikami w fundacyjnej machinie. Na domiar złego, dwie najbardziej znane przeze mnie twarze w projekcie przepadły bez śladu. Zostałem sam.
Myślę sobie o postępie choroby, o braku perspektyw, o tym odczłowieczaniu i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wtedy w szpitalu za dzieciaka niczym mnie nie naznaczono. Ona nie przekazała mi klątwy. Chciała mnie tylko ostrzec. Może widząc moją sylwetkę za mętnymi oczami objawił jej się fragment przyszłości. Może ujrzała moje przenikające do życia koszmary i postanowiła powiedzieć mi w zrozumiałym tylko sobie języku, że kiedy nadejdzie ta chwila, mam pamiętać, jak skończyła ona, spróbować uniknąć jej losu…
[Słychać cichy płacz.]
Już teraz nie mam kontroli nad własnym życiem i… i wiem, że… że jakimś cudem jeszcze bardziej ją utracę. Dzień… dzień po dniu. K-kawałek po kawałeczku. Nie wiem, jak długo będę w stanie podjąć próbę jej odzyskania, ale… ale szukam na to odpowiedniej chwili. Może kiedy znajdziemy biorcę. Kiedy nie będę już potrzebny… Wtedy… wtedy po nią sięgnę.
Incydent PL-431.2: Po udanym zabiegu i niewystąpieniu żadnych oznak odrzucenia przeszczepu, dnia 07.02.2026 r. postanowiono wznowić wypełnianie czynności przechowawczych. Dr Janusz Szulc, jako nowy nosiciel SCP-PL-431, przejął obowiązki korekty aktywności podmiotu po dr. Carlu Robertsie. Podjęta tego dnia próba zakończyła się jednak niepowodzeniem.
Ze względu na ryzyko autodelecji SCP-PL-431, zidentyfikowanie przyczyny incydentu stało się dla zespołu projektowego zadaniem priorytetowym.
NAGRANIE KAMER MONITORINGU 07.02.2026
GODZINA: 12:00
KAMERA: PRZECHOWALNIA-PL-431-CAM-1
[POCZTEK NAGRANIA]
[Doktor Janusz Szulc wchodzi do przechowalni SCP-PL-431, trzymając w ręku niewielką teczkę. Kładzie ją na stoliku obok gabloty z SCP-PL-431-1 i odsuwa się, umożliwiając operatorowi kamery przybliżenie na jej treść. W środku znajdują się dwa pióra wieczne i dokumentacja poprzednich procedur. Obraz kamery zostaje oddalony, a niewielki głośnik uwalnia krótki sygnał dźwiękowy.]
SZULC: [Szeptem.] Czyli to tym się, biedaku, zajmowałeś…
[Szulc szybkim ruchem przyciska kartę magnetyczną do czytnika. Gablota otwiera się. Badacz ostrożnie kartkuje fioletowy zeszyt, licząc pod nosem strony, po czym zatrzymuje się, gdy tylko dociera do SCP-PL-431-1. Z dbałością wyjmuje pióro i zdejmuje skuwkę, nachyla się nad obiektem, myśli. Po około 4 sekundach marszczy czoło i odsuwa się od kartki.]
OPERATOR: Doktorze Szulc, czy chce pan zgłosić jakiś problem?
SZULC: Jeszcze nie. Dajcie mi chwilę.
OPERATOR: "Jeszcze"?
SZULC: Mówię. Dajcie mi chwilę. Może, nie wiem, może to kwestia, że nie sięgam do własnych wspomnień, tylko…
OPERATOR: Co się dzieje, doktorze?
SZULC: Potrzebuję chwili ciszy. Naprawdę.
[Badacz zakłada z powrotem skuwkę i krąży zamyślony wokół gabloty. Kilka razy podchodzi do niej i przygląda się pustej kartce, po czym znów odchodzi, klnąc pod nosem. W końcu kiwa przecząco głową, odkłada pióro z powrotem do teczki i odwraca się w kierunku kamery.]
SZULC: Mamy problem. Nie wiem, co mam napisać.
OPERATOR: Nie wie pan?
SZULC: Potrafię odtworzyć wszystkie wspomnienia, które mi przeszczepiliście, oprócz pozyskania i tego, czym jest obiekt. Proszę o wpisanie tego do protokołu i o zgodę na odroczenie procedury.
[W sali przez 12 sekund panuje cisza.]
OPERATOR: Zgody udzielam. Może pan zabrać rzeczy, zabezpieczyć obiekt i opuścić przechowalnię.
[KONIEC NAGRANIA]
Incydent PL-431.3: Dr Carl Roberts został znaleziony martwy dnia 12.07.2026r. w sanitariacie swojego gabinetu przez dr. Krzysztofa Olejniczaka, zastępcę kierownika projektu SCP-PL-431, który trafił tam w celu uzgodnienia z dr. Robertsem powtórzenia badań wstępnych, wykonanych przy opracowaniu Protokołu INERTIA. W sekcji zwłok i badaniu pośmiertnym wykazano, że przyczyną śmierci dr. Robertsa była zapaść oddechowa spowodowana celowym przedawkowaniem fenobarbitalu stosowanego przez niego na co dzień w kroplach w ramach profilaktyki napadów padaczkowych z racji na nieskuteczność innych leków.
Pośmiertnie wykonano obrazowanie okolicy, w której wcześniej lokalizował się ślad pamięciowy SCP-PL-431 i pobrano z niej wycinki do badania histopatologicznego. Wykazana została obecność pasm komórek nowotworowych przerywających połączenia synaptyczne w opisanym obszarze. Według opinii patomorfologów, w chwili pobrania od dr. Robertsa komórek macierzystych i ich taumaturgicznej modyfikacji, ślad pamięciowy, którego odtworzenie próbowano zaprogramować, został już bezpowrotnie utracony.
Uprawniło to zespół projektowy SCP-PL-431 do stwierdzenia dokonania się autodelecji podmiotu i rozpoczęcia procedury zmiany jego klasy na "Zneutralizowane".




