Pamiętnik Jadwigi Chrostowskiej
Die 3 mensis Decembris anno Domini 1560 (03.12.1560)
Po raz kolejny spotkałam go wczoraj na cmentarzu. Wiem, że nasza relacja jest zakazana, w końcu jestem córką szlachcica, a on tylko synem zmarłego grabarza. A jednak… nie potrafię od niego uciec. Znamy się od dzieciństwa i różni się od wszystkich mężczyzn, których ojciec przyprowadza do dworu. Nie patrzy na mnie z wyrachowaniem, nie mówi o majątkach, nie przechwala się rodem. On mnie słucha. Opowiada o sztuce, której sam nie do końca rozumie, a w jego głosie jest coś, co sprawia, że świat przestaje być zimny i pusty.
Pamiętam, jak ostatnio zaprowadził mnie na skraj lasu. Pokazywał gwiazdy i powtarzał historie, które niegdyś szeptał mu jego ojciec. Mówił o świecie, którego nie znał tak pięknym, że aż nierealnym. Dziś spotkamy się znów, pod starym dębem. Zima dawno się zaczęła, ojciec ostrzegał, że będzie ostra i długa. Dlatego w tajemnicy przed nim kupiłam szary płaszcz na ryneczku w pobliskim mieście. Prosty, niepozorny, ale ciepły. Może choć trochę ochroni go przed mrozem. Wiem, że to niewiele, ale tyle mogę zrobić, by nie zdradzić tego, co nas łączy.
Die 4 mensis Decembris anno Domini 1560 (04.12.1560)
Wczoraj wieczorem znów wymknęłam się z dworu, choć serce waliło mi tak, że bałam się, iż obudzi cały dom. Cmentarz spowity był mgłą, ciężką i wilgotną, taką, co wdziera się w płuca i każe drżeć z zimna. On już tam był, czekał pod dębem jak zawsze. Kiedy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się tym swoim cichym, nieśmiałym uśmiechem i otulił mnie, jakby w ten sposób chciał ochronić mnie przed całym światem.
Mówił dziś o ucieczce. O tym, że kiedyś zabierze mnie daleko stąd, gdzie nikt nas nie znajdzie. Śmiałam się przez łzy, których mu nie pokazałam w końcu jestem córką rodu, który nie wybacza takich grzechów. Ale przez chwilę pozwoliłam sobie marzyć.
Płaszcz, który mu podarowałam, leżał na nim dobrze. Szary, prosty, a jednak wyglądał w nim jak ktoś zupełnie inny jakby ten chłopak spod cmentarnej kapliczki stał się kimś ważniejszym. Mówił, że nie pamięta już, kiedy ostatnio ktoś zrobił dla niego coś dobrego. Każde nasze spotkanie jest jak ogień ciepły i niebezpieczny. Wiem, że jeden nieostrożny krok może nas zgubić. A mimo to idę dalej.
Die 11 mensis Decembris anno Domini 1560 (11.12.1560)
Ojciec znów wysłał mnie dziś do kościoła. Nie protestowałam to w końcu niedziela, a on zawsze dba o wizerunek naszej rodziny. Chce, by wszyscy w wiosce pamiętali, że Chrostowscy są porządni i bogobojni. W drodze do świątyni zobaczyłam jego. Stał przy wozach kupców z Krakowa, którzy od kilku dni utknęli w naszej wiosce przez śnieg. Gdy tylko mnie dostrzegł, oderwał się od rozmowy i pobiegł do mnie. Jego policzki były czerwone od zimna, poprosił żebym poszła z nim na cmentarz. Bez wahania się zgodziłam.
Kiedy dotarliśmy pod stary dąb, powiedział mi, że poczynił przygotowania do naszej ucieczki. Dogadał się z kupcami którzy za kilka groszy i beczkę bimbru przewieźliby nas do Krakowa, a potem, jeśli szczęście by dopisało, nawet do Gdańska. Słuchałam w milczeniu, a w sercu miałam mieszaninę strachu i nadziei. Powiedziałam mu o karze, jaka nas czeka, jeśli ktoś się dowie. Myślałam, że się zdenerwuje, że podniesie głos, ale on tylko mnie objął i powiedział, że poczeka tak długo, jak trzeba, byle odejść stąd razem ze mną.
Kiedy rozległy się kościelne dzwony, od razu zerwałam się, by nie wzbudzić podejrzeń. Wtedy zatrzymał mnie jeszcze na chwilę. Wyjął z kieszeni mały pierścionek prosty, miedziany, z wyrytą różą. Wsunął mi go w dłoń. Powiedział, że to podziękowanie za płaszcz. W odpowiedzi pocałowałam go w policzek.
Gdy wracałam do kościoła, zauważyłam spojrzenie księdza. Patrzył na mnie dziwnie, przenikliwie. Podczas kazania robił to samo. Serce biło mi szybciej niż zwykle. Mam nadzieję, że nie zdradziłam naszego sekretu, nawet nieświadomie.
Die 15 mensis Decembris anno Domini 1560 (15.12.1560)
Od kilku dni mam wrażenie, że wszyscy we wsi patrzą na mnie inaczej. Gdziekolwiek się nie ruszę, czuję ich wzrok na plecach. Chłopi milkną, kiedy przechodzę, kobiety przestają szeptać, ale ich spojrzenia zdradzają wszystko. W dworku nie jest lepiej. Wczoraj, gdy wracałam z ogrodu, zobaczyłam Ojca i Księdza stojących blisko stajni. Rozmawiali, ale kiedy tylko mnie zauważyli, odwrócili się plecami i zaczęli mówić ciszej.
Matka również coś przeczuwa. Myśli, że nie widzę jej spojrzeń zimnych i czujnych, jakby próbowała mnie rozgryźć. Pożaliłam się jemu. Wysłuchał mnie uważnie, a potem powiedział, że może powinniśmy ograniczyć nasze spotkania. Przynajmniej na jakiś czas, dopóki wszystko się nie uspokoi. Albo aż zdecyduję się na jego plan. Ten, który z każdym dniem wydaje mi się coraz bardziej kuszący.
Die 16 mensis Decembris anno Domini 1560 (16.12.1560)
Dziś podjęłam decyzję. Uciekłam z dworku późno w nocy, gdy wszyscy spali. Przeszłam przez wieś w samej pelerynie, z sercem bijącym tak głośno, że bałam się, iż obudzę cała wieś. Zapukałam do jego małej chatki, kiedy otworzył drzwi i usłyszał moje słowa, że chcę z nim uciec na jego twarzy pojawił się uśmiech, jakiego jeszcze u niego nie widziałam. Bez słowa pocałował mnie w usta. Zaskoczył mnie, ale odwzajemniłam czuły gest.
Powiedział, że wyjedziemy 23 grudnia, do tego czasu mamy się nie spotykać, by ostudzić podejrzenia Ojca, Matki i Księdza. Rozstaliśmy się niechętnie, a gdy wracałam przez ciemność, śnieg skrzypiał pod nogami jakby chciał zdradzić każdy mój krok.
Nie wiem, co przyniosą kolejne dni, ale czuję, że już nie ma odwrotu.
Die 22 mensis Decembris anno Domini 1560 (22.12.1560)
Wszystko poszło źle. Nie wiem, jak się dowiedzieli. Boże, dlaczego? Ojciec wpadł do mojej izby w furii, ciągnąc słowa jak bicze. Domagał się wyjaśnień, mówił, że wie, co uczyniłam i z kim. Chciałam tłumaczyć, błagać, prosić o litość, ale on tylko uderzył mnie w twarz i popchnął. Powiedział, że jutro z rana wyśle mnie do klasztoru, a najpierw rozprawi się z tą „cmentarną sierotą”.
Matka złapała mnie i zamknęła w pokoju, tłumacząc, że to dla mojego dobra. Siedziałam przy oknie i patrzyłam przez szybę, palce ściskały zimne ramy, aż wreszcie usłyszałam hałas na dworze. Wyjrzałam, a ojciec rozmawiał z innymi szlachcicami oraz z kupcami z Krakowa. Widziałam, jak daje im woreczek z pieniędzmi. Jak biorą liny, pochodnie i szable.
Nie mogłam na to patrzeć. Rozbiłam szybę i wybiegłam boso na mroźną ziemię, śnieg szczypał stopy aż do krwi. Biegłam ile sił, przez wieś i lasek wołając jego imię, aż gardło piekło od krzyku. Chciałam ich powstrzymać. Ale byłam za wolna.
Przy Dębie znalazłam tylko ciszę i jego ciało zwisające na gałęzi, pod którą tak często spotykaliśmy. Śnieg kleił się do jego włosów a jego martwy wzrok spoglądał na mnie. Padłam na kolana, krzyczałam, wołałam, by go zdjęli, ale nikt mnie nie słuchał. Szlachcice tylko stali w oddali, śmiejąc się i szydząc, jakby jego śmierć była widowiskiem. Nikt go nie zdjął by go pochować.
Leżałam przy nim dopóki Ojciec nie zerwał mnie z ziemi i zaciągnął z powrotem do dworku. Modliłam się, choć słowa nie chciały wychodzić z ust. Nie wiem, jak żyć dalej bez niego.
Die 23 mensis Octobris anno Domini 1560 (23.10.1560)
W poprzednią noc przez wioskę przeszła wielka burza śnieżna. Kilka dachów w wiosce zostało zerwanych, a niektórym wieśniakom umierały zwierzęta w stodołach. Ludzie byli zmartwieni i przyszli złożyć skargę do Ojca już z samego rana. Niektórzy mówili, że to kara Boska za zabicie syna grabarza. Ojciec chciał ich przegonić szablą, ale Ksiądz powstrzymał go, mówiąc, że należy pochować jego ciało.
Mój Ojciec i Ksiądz wraz z kilkoma chłopami udali się na cmentarz. Udało mi się wymknąć z dworku i zakraść się za nimi. Gdy przyszłam na miejsce, zobaczyłam jego ciało, całe zamarznięte w nocy, przypominało lodowy posąg. Chłopi próbowali odwiązać liny wokół jego szyi, ale tylko zwalili jego ciało, które rozkruszyło się na kawałki, gdy uderzyło o ziemię. Nie wytrzymałam, i zwymiotowałam na widok tego strasznego obrazu.
Wtedy znalazł mnie Ojciec i kazał wracać do dworku. Jedyne, co widziałam, to jak chowają jego szczątki do worka i zakopują pod Dębem, na którym został powieszony. Gdy wróciłam do domu, płakałam cały dzień, tuląc pierścionek, którym mnie obdarował.
Die 31 mensis Decembris anno Domini 1560 (31.12.1560)
Od czasu pochowania ciała mojego ukochanego w naszej wiosce zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Mgła unosząca się z cmentarza i lasu nawiedza nas co noc, a ludzie, którzy w niej chodzą, twierdzą, że widzą zmarłych bliskich i powoli tracą zmysły. Nocą jest tak zimno, że woda zamarza, a zwierzęta zamieniają się w lodowe posągi, które kruszą się przy najlżejszym dotyku.
Ludzie są wściekli i szeptają, że to wszystko wina mojego ojca, który brutalnie zabił syna grabarza i nie pochował go z należnym szacunkiem. Ojciec wpadł w gniew i znów udał się do księdza, który poradził spalenie dębu i całego lasu. Nie minęła nawet godzina, gdy ksiądz przemówił do wieśniaków, nakłaniając ich do chwycenia wideł i pochodni, aby spalić „nasienie szatana” czające się na cmentarzu. Twierdził, że mój ukochany oddawał cześć szatanowi i to przez niego na naszą wioskę spadła klątwa.
Chciałam go uciszyć, by nie wygłaszał kłamstw, ale mój ojciec znów się wtrącił i zamknął mnie w dworku, pod czujnym okiem matki.
Die 1 mensis Ianuarii anno Domini 1561 (01.01.1561)
O Boże miej mnie w swojej opiece, zostałam sama. Wszyscy wszyscy inni nie żyją.
Wczoraj, późną nocą, usłyszałam krzyki z lasu. Były tak głośne, rozdzierające, błagały o litość. Matka modliła się gorączkowo, ściskając różaniec, a ja wykorzystałam jej nieuwagę i uciekłam w stronę lasku i cmentarza. To, co tam zobaczyłam. O Boże, tego nie da się zapomnieć.
We mgle ludzie oszaleli. Mówili do zmarłych, których już dawno nie było pośród nas, a potem rzucali się sobie nawzajem do gardeł. Słychać było trzask łamanych kości i krzyki rozpaczy. Niektórzy zostali pochwyceni przez żywe gałęzie i korzenie, które oplatały ich niczym węże i wciągały w głąb ziemi. Jeszcze inni zamienili się w lodowe posągi ich twarze zastygły w grymasie bólu, a ciała rozsypywały się w pył przy najdrobniejszym dotyku.
Próbowałam znaleźć ojca. Biegłam, potykając się w śniegu i mgle. A potem potknęłam się o coś twardego. Spojrzałam w dół. To był on. Ojciec roztrzaskany na tysiące kawałków lodu, jakby ktoś rozerwał go na części. Wtedy usłyszałam wrzask księdza.
Odwróciłam się i zobaczyłam jego. Mojego ukochanego. Stał nad księdzem i rozrywał go na pół. Gdy krzyknęłam, przerażona, odwrócił głowę w moją stronę. Zamarłam.
Jego ciało zaczęło się zmieniać. Rósł. Skóra zamieniała się w korę, z głowy wyrastały rogi z poskręcanych gałęzi, a oczy białe jak śnieg wpatrywały się we mnie. Myślałam, że zaraz zginę. Ale on tylko spojrzał na moją dłoń i pierścionek i okrył mnie swoim płaszczem.
Obudziłam się nad ranem. Wokół mnie tylko lodowe posągi. Wieśniacy, których znałam, zastygli w bezruchu. Zamarznięta krew błyszczała na śniegu. Uciekłam do wsi, ale tam było tak samo. Wszyscy martwi.
Boże, miej mnie w opiece. Codziennie wieczorami widzę go na skraju lasu. Patrzy w stronę dworku. Patrzy na mnie.
Boję się. Boję się tak bardzo. A jednak nie potrafię go opuścić. Wciąż go kocham. On tam jest, gdzieś tam i czeka….