Nieśmiertelny Kupiec z Londynu

ocena: +4+x

W ostatnich chwilach życia, jedynymi myślami przewijającymi się przez umysł Osvendora Sarriana Enzana Juniora było zdezorientowanie.

Na wszelkie sposoby, jakie przychodziły mu do głowy, nie powinno jej tam być. Nigdy nie powinno jej tam być. Sprawdzali tak wiele razy przed samym atakiem, że po prostu nie mogło to mieć miejsca. Jedynymi osobami, które miały być na tym jachcie, byli Amos Marshall, Ruprecht Carter i Percival Darke, otoczeni przez swoją zaufaną ochronę. Nie ona.

A jednak Iris Dark stała przed nim wyprostowana.

– W czym problem? – powiedziała, uśmiechając się najokropniejszym uśmiechem, jaki mężczyzna widział w życiu, z diabelskimi oczami wwiercającymi się w jego czaszkę. – Nie tego się spodziewałeś, wężyku?

Głos kobiety był zimny, zimniejszy niż burzliwe powietrze i woda oceanu obijająca się o perłowo-biały jacht z każdej strony. Jej uścisk na jego gardle był tak mocny, że Enzan nie mógł już nawet skupić swoich myśli. Jedyną rzeczą, jaka teraz znajdowała się w jego głowie, był fakt, jak potężne były jego wypchane paratechnologiom rękawice i jak ktoś zdołał je tak łatwo rozbroić. Nawet deszcz lejący się z nieba nie był w stanie otrzeźwić go na tyle, aby mógł sformułować jakiś spójny plan.

Musiał się tylko wtopić w tłum bogaczy i wykorzystać nadającą się okazję, gdy wszyscy trzej partnerzy MC&D znajdą się w jednym miejscu, aby wpuścić ich w swoją pułapkę. To było takie łatwe. To powinno być takie łatwe. Szczerze mówią, najgorszą rzeczą w tej sytuacji, nie był fakt, że był pewien, że zginie, ale to, że nie zrobił nic złego, żeby na to zasłużyć. Robił wszystko zgodnie z planem. Co do joty. Nie zasługiwał na to, aby tu teraz być. Nie zasługiwał na to, żeby umrzeć w ten sposób.

Ale Iris Dark nie obchodziły jego uczucia, czy że nie było to zasłużone.

Enzan zamrugał, zaczynając odczuwać palące uczucie w jego pustych płucach. Jego mózg też to poczuł i w ciągu sekundy przeszedł na wyższy bieg, desperacko próbując uratować się przed nieuchronną śmiercią. Nawet jeśli wiedział, że nic to mu nie da, pozwolił swoim oczom błądzić po mokrym pokładzie jachtu w poszukiwaniu jakieś nieistniejącej nadziei. To było najlepsze, co mógł zrobić.

Tak jak podejrzewał, nie znalazł niczego swoim zamglonym już wzrokiem, co mogłoby mu pomóc. Nawet nieruchome zwłoki Marshalla i Cartera seniora, leżące tuż poza jego zasięgiem.

Wtedy zdał sobie sprawę z tego, na co patrzy. Dark uniosła brew, żeby sekundę później wybuchnąć zimnym śmiechem.

– Chyba powinnam ci podziękować, w pewnym sensie – wyszeptała kobieta, jeszcze bardziej zaciskając swój uścisk. Enzan wydał z siebie długi wdech, gorączkowo próbując nabrać powietrza — bądź czegokolwiek — co pozwoliłoby mu przetrwać, choć minutę dłużej, ale bezskutecznie. – Już od jakiegoś czasu chciałam się pozbyć tych dwóch starych dziadyg. Nic osobistego, po prostu nie podoba mi się, jak przeszkadzają w moich sprawach. I nikt nie mógł mi dać lepszej okazji do pozbycia się ich niż wy, wężyki – wypowiedziała z wyraźną złośliwością w stronę Enzana.

W swoich ostatnich chwilach życia, Osvendor Sarrian Enzan nie widział już żadnych szans. Nie mając nic poza wyczerpaniem wypełniającym każdą część jego ciała, po prostu kulił się uchwycony w ramieniu kobiety, o której ledwo co wiedział. Nie mogąc się ruszyć, nie mogąc myśleć, nie mogąc się sprzeciwić, poddał się temu okropnemu zimnu, które zaczęło obejmować jego umysł i w ciągu zaledwie chwili zamilkł.

A potem wszelkie światło zgasło.

– Ehhh – parsknęła Iris Dark chwilę później, rzucając truchło tego głupca z Ręki na podłogę. Nie potrafiła powiedzieć, czego nienawidziła bardziej — faktu, że musiała go dotykać, czy tego, że to właśnie on był osobą, która pozwoliła jej wprowadzić swój plan w życie. Oczyszczając dłoń o swoją długą, czarną sukienkę, wzruszyła ramionami, zdając sobie sprawę, że nie obchodzi ją tak naprawdę ani jedno, ani drugie.

Zmierzając w stronę zejścia na dolny pokład, poprawiła swoje długie, mokre włosy. Nie przeszkadzała jej trwająca burza, która zapewniała dobrą osłonę, dzięki której nikt poza nią i Enzanem nie widział, co się stało kilka sekund wcześniej. I tak się złożyło, że bycie przez Iris jedynym świadkiem dzisiejszej masakry było bardziej niż korzystne.

Kładąc rękę na klamce do drzwi, usłyszała nagle jakiś dźwięk. Jej głowa szybko odwróciła się, w poszukiwaniu źródła przerażonego skowytu, dobiegającego najwidoczniej tuż spoza zasięgu światła. Zamrugała dwukrotnie sprawiając, że jej szkła kontaktowe przestawiły się na podczerwień. Och… Ktoś tam był. Ludzki kształt, skulony w pozycji embrionalnej. Uśmiechnęła się delikatnie, zakładając ciepłą maskę opiekuńczej osoby i podeszłą do niego, zrównując swoją głowę z głową mężczyzny.

– Czy wszystko w porządku? – zapytała matczynym tonem, uspokajając przerażonego mężczyznę w ciągu zaledwie sekundy. – Coś się stało?

– Ja… Ja… – jęknął, wskazując trzęsącym się palcem najpierw na ciała dwóch starców, których pozbyła się kilka minut wcześniej, a potem na nią. Iris zmarszczyła brwi.

– Co widziałeś? – odpowiedziała głosem, który w jednej chwili ogarnął lodowaty chłód.

– Proszę…

– Co. Widziałeś? – powtórzyła, tym razem mocniej niż wcześniej.

Mężczyzna przełknął ślinę.

– P-pani Dark, w-wi-widziałem… Widziałem p-panią m-m-mor… – Nie znalazł w sobie wystarczająco siły, aby dokończyć zdanie. Iris westchnęła.

– Nie, nie widziałeś – oparła ponownie swym ciepłym matczynym tonem. – Pozwól, że wyjaśnię ci, co dokładnie przed chwilą zobaczyłeś, dobrze?

Skwapliwie przytaknął.

– Ujrzałeś tego mężczyznę –powiedziała, wskazując na zwłoki Enzana – jak zabił panów Marshalla i Cartera przy użyciu magii, tak?

Ponownie przytaknął, choć nieco niepewnie.

– Bo widzisz, ten człowiek należał do Ręki Węża. Pewno wiesz, czym jest Ręka, wyglądasz na mądrego dzieciaka. I był niebezpieczny. Tak niebezpieczny, że nie zdołaliśmy się zorientować o ataku, zanim było już za późno. Prawda?

Mężczyzna przytaknął praktycznie natychmiastowo.

– Cudnie. Niektórzy ludzie mogą chcieć z tobą później o tym pogadać. Może nawet stary pan Darke będzie chciał zamienić z tobą słówko osobiście. Będą chcieli zadać ci pytania — całkiem sporo — ale powiesz im, że nie pamiętasz niczego poza tym, co ci właśnie powiedziałam. Rozumiesz, co mówię?

Znów przełknął ślinę.

– Będą mówić wiele, wiele rzeczy, ale przez cały ten czas musisz pamiętać: widziałeś tu tylko członka Ręki. Tylko jego. Będą próbowali kwestionować, czy to prawda — dlaczego w ogóle ktoś miałby robić coś tak głupiego i samobójczego jak to? — Ale będziesz musiał powiedzieć im tę prawdę, dobrze? Tylko prawdę. Kiedy to zrobisz, będą musieli zaakceptować, że masz rację i zrozumieją, że niektórzy członkowie Ręki są po prostu kretynami, którzy nie zawsze robią najmądrzejsze rzeczy.

– Poza tym – zachichotała, wraz z tym, jak zimny dreszcz przeszedł po kręgosłupie mężczyzny. – Uroboros zawsze pod koniec pożera samego siebie, czyż nie?

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported