Wicher
Wicher
Byㅤ Doktor CruzDoktor Cruz
Published on 29 Apr 2024 07:37

ocena: +6+x

— Tak właściwie, czy to nie jest dziwne?

— Co takiego?

— Na pustyniach, nieważne gdzie pójdziesz, zawsze gdzieś leżą krowie czaszki. Zwykle występują pojedynczo i są od siebie mocno oddalone, ale im dalej zajdziesz, tym większa szansa na znalezienie kolejnej.

— Co w tym dziwnego?

— Gdzie jest reszta kości?

— Chyba nie rozumiem.

— Nigdy nie ma reszty szkieletu. Jeżeli są pogrzebane przez piasek, to czemu czaszki widać? Jeżeli się rozłożyły pod wpływem prażącego Słońca, to znowu, co z czaszką?

— Może ptactwo je roznosi? Wiesz, ciągle tu latają sępy. Na pewno niejeden skusiłby się na świeżo zmarłą krowę, chociaż—

— Chyba wiem, co chcesz powiedzieć. "Czemu miałyby rozrzucać kości, gdzie tylko popadnie?", racja? Ta…

— To wcale nie obala mojej teorii. Może tylko niekoniecznie robią to sępy. Nie tylko to biega po tej pustyni.

— Cholerne pustkowie pełne piachu i słońca… — powiedział, ocierając czoło. — Tyle dobrze, że udało mi się użyć Widmo do chłodzenia.

— To na pewno jest dosyć, cóż, niekonwencjonalna metoda. Cóż, ja przez tą pustynię, i nie tylko, zwyczajnie przelatywałam, ale… No. Oboje wiemy, jak to u ciebie wygląda.

— Tak, wiem, że nie potrafię latać. Skąd właściwie jesteś, że u was normą jest swobodne szybowanie w powietrzu?

— Dowiesz się za… Nie wiem za ile. Kwestia ile zajmie odzyskanie wszystkich kamieni. Potem masz wolną drogę do centrum, tam się nareszcie spotkamy. W sensie, wiesz, twarzą w twarz.

— Jak na razie to wiesz, w sumie przydałoby się ogarnąć transport.

— Zgadzam się. To całkiem rozsądna opc—

Ich rozmowę przerwał jego nagły uskok za kamień.

— Coś nie tak?

— Patrz tam — powiedział, wychylając się.

Palcem wskazał na to, co zobaczył. Około dziesięciu metrów od kamienia, olbrzymi skorpion o pancerzu podobnym do piasku gonił na swoich patykowatych odnóżach drewniany wóz i prowadzącego go konia. Jego właściciel co rusz poganiał swojego zwierza, lecz jedynie kwestią czasu było, aż kopytny padnie z zmęczenia, a pajęczak dogoni swoje ofiary.

— Co zamierzasz zrobić?

— To, co zwykle w takich sytuacjach. Słuszne.

Chmiel wyskoczył zza kryjówki, przetransformował Widmo do formy Mistrzowskiej Emisji i zaczął biec w stronę skorpiona. Kiedy zbliżył się do niego na odpowiednią według niego odległość, zatrzymał się i wystrzelił szybko dwie porcje energii cieplnej w odwłok oponenta. Pajęczak szybko odwrócił się w jego stronę, rozjuszony.

— Może zmierzyłbyś się z kimś swojego rozmiaru, co, twardzielu? — powiedział, transformując strzelbę na powrót w miecz.

Dopiero teraz mógł bliżej ocenić rozmiary kreatury, której gniew na siebie ściągnął. Od podłoża do czubka ogona uniesionego w górę mierzył około czterech metrów, a jego szczypce kolejne pół. Spomiędzy nich wyłaniała się mała głowa o krótkich szczękach.

Chmiel odsunął się o krok do tyłu i wysunął ostrze do przodu, po czym ugiął kolana i szybko skoczył do przodu. A przynajmniej tak chciał zrobić, bowiem w tym samym momencie skorpion zdołał pochwycić go na wysokości klatki piersiowej. Poczuł, jak drobne kolce szczypiec wbijały się z jednej strony w jego żebra, a z drugiej w kręgosłup, a skorpion próbował wbić się kolcem jadowym w jego ciało, jednak nie mógł trafić przez szamotanie się Jakuba.

— Dasz sobie radę? — spytała Tama.

Chmiel nie odpowiedział. Zamiast tego skorzystał z wolnych rąk i wbił ostrze w staw koło szczypiec skorpiona. Kiedy zwierzę ryknęło i poluzował uścisk wskutek odniesionych obrażeń, Chmieliński szybko wydobył ostrze z pancerza oponenta przez rozcięcie części tkanki, a potem wbił ostrze prosto w otwór gębowy.

— Nie mogło być lepiej.

Po upewnieniu się, że bestia już się nie poruszy, schował miecz do pochwy na plecach i podszedł do woźnicy.

— Wszystko dobrze?

Ocalony szybko zeskoczył z wozu i podbiegł do Chmiela.

— Rany, dzięki Bogu, że się pan zjawił. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdybym został tu sam. Pewnie nawet nie uszed—

— To dla mnie tylko formalność. Nie trzeba tak dziękować.

— Ocalił mi pan życie! Jakby… mogę się przynajmniej jakoś odwdzięczyć?

Chmiel spojrzał na wóz za nim.

— Nie trzeba mi mówić per pan. Wystarczy Chmiel. Poza tym, gdzie jedziesz?


— Daleko jeszcze chcesz pan jechać? — spytał przewoźnik Paweł.

Ów woźnica był młodym, na oko około dwudziestokilkuletnim mężczyzną o twarzy mocno spieczonej przez rażące słońce, dłoniach mocno startych przez lejce konia i umyśle wypełnionym wieloma różnorakimi anegdotami z czasu jeżdżenia w różne zakamarki pustyni. Na sobie miał brązowy kapelusz stetson z czarnym paskiem, pod którym ukrywały się jasnobrązowe włosy, jasnoniebieską, cienką koszulę z małymi guzikami z cyny, beżowe spodnie oraz skórzane buty z cienkimi paskami. Przed sobą miał konia o jasnoszarym umaszczeniu i białej grzywie, a za sobą drewniany wóz z białą płachtą.

Po chwili wewnątrz wozu usłyszał szamotanie się, stukoty i jęki. Widocznie klient korzystający z jego usług potrzebował chwili, a nawet i kilku, na doprowadzenie się do wygodnej pozycji i pozbieranie swoich rzeczy. Po chwili jednak jego łeb wynurzył się zza szpary w materiale, a potem reszta cielska. W ręku trzymał notes z rozprostowaną mapą. Na sobie miał białą, lnianą koszulkę na ramiączkach, szare, cienkie spodnie z dżinsu, ciężkawe, ciemnoszare buty o czarnej podeszwie oraz ciemnobrązowy, skórzany płaszcz. Z tyłu pleców dwoma paskami wmontowanymi w pochwę miał przyczepiony ów futerał, a w nim swoją szablę, która ciągle pochłaniała ciepło z otoczenia.

— Jak patrzę na zapiski, to jesteśmy w miarę blisko celu. Chyba po prostu wysiądę przy tym mieście, gdzie zaraz będziemy.

— Zanim to, to chcę spytać… Serio podróżujesz między wymiarami?

— Tak.

— I masz magiczny miecz i tak dalej?

— Dokładnie. Myślałem, że już ci to udowodniłem, jak spotkaliśmy tamtego monstrualnego skorpiona.

— Znaczy, no tak, ale, jak to ująć… Powiem tak: będę miał co opowiadać kolejnym.

— Miło mi, że cię zainteresowałem. W każdym razie już chyba jesteśmy na miejscu.

— Oh, faktycznie. To co no. Do ki—

Chmiel tylko wyszedł bez słowa, zostawiając odliczoną zapłatę w wozie.

Miasteczko, w którym obecnie się znalazł, według skali mapy znajdowało się maksymalnie dwie, może trzy godziny drogi od docelowego punktu podróży. Postanowił skorzystać z miejsca, w którym obecnie się znalazł, aby nieco podjeść i się nieco doinformować. Przeszedł na drugi kraniec wioski, wprost do baru. Zasiadł w rogu i zaczął wsłuchiwać się w rytm rozmów mieszkańców i ich treść.


Bar był dosyć spory — po prawej względem wejścia znajdowały się okrągłe stoły z czterema krzesłami wokół na każdy blat, po lewej zaś schody na wyższe piętro, a pod nimi przejście do drugiego pomieszczenia. W nim było więcej stołów oraz cicha melodia wydobywająca się z pianoli, zagłuszana przez rozmowy. Naprzeciw wejścia stała lada, a za nią barman, Chmiel postanowił od razu się do ów pracownika skierować. Zasiadł na jednym z stołków, a wtedy usłyszał:

— Co podać? — spytał barman.

Był on mężczyzną w wieku około trzydziestu pięciu lat o krótko ściętych, kruczoczarnych wręcz włosach i zmęczonych oczach ukrywanych za cienki szkłami w drucianej oprawce. Na sobie miał białą koszulę w pionowe czerwone paski, brązową kamizelkę z wystającym złotym łańcuszkiem, szare spodnie i brązowe półbuty. Obok niego na ladzie leżała książka mocno nadgryziona zębem czasu. Widocznie bardzo rozchwytywana lektura z lokalnej biblioteki.

— Cokolwiek. Jestem spragniony w cholerę.

Barman skinął głową bez pokazania żadnej emocji na twarzy, postawił szklankę i wlał do niej bezbarwny trunek. Chmiel wzrokiem zbadał zawartość kubka, po czym lekko powąchał. Musiał to jednak robić dyskretnie, żeby nie wzbudzić podejrzeń pracownika lokalu. Po upewnieniu się, że wszystko gra, wypił płyn duszkiem, rzucił dwie złote monety na blat i postawił naczynie z odetchnięciem pełnym satysfakcji. Barman tylko wziął szklankę, wyczyścił ją, odstawił na półkę za nim i wrócił do lektury.

Chmiel odwrócił się na stołku i rozejrzał po innych gościach w lokalu. Przy jednym siedziała trójka starców grających w pokera, głośno dyskutując przy flaszce whisky na jakiś temat. Przy drugim, bardziej w rogu, czwórka młodzieńców dyskutowała nad rozłożoną mapą i innymi papierzyskami, najpewniej na temat kolejnej wyprawy w celu łowienia nagród. Trzeci z kolei okupywał samotny rewolwerowiec, obracający z nudów broń z pustym magazynkiem na swoim palcu. Chmiel postanowił skorzystać z okazji i przepytać barmana. Wyjął notes i rozłożył stronę z mapą na ladzie.

— Tego, miałbym pytanie. Mieszkasz tutaj, więc obstawiam, że dobrze się znasz na okolicy, racja?

— Można tak powiedzieć — odpowiedział spokojnie mężczyzna za ladą, odkładając książkę. — Co takiego poszukujesz?

— Mam tu zapisane miejsce jako Kanion Wiecznej Burzy. Kilka godzin drogi pieszo stąd, na południe. Kojarzysz coś może, czego się spodziewać będąc tam?

— Nie jesteś stąd, racja?

— Skąd ta myśl?

— Niewiele osób znających to miejsce się tam zapuszcza. Cokolwiek tam się znajduje, podróż jest zwyczajnie zbyt niebezpieczna. Chociaż ostatnio coraz więcej ludzi postanawia tam zajść… ciekawe, ciekawe. Chociaż ja tam nie mam zbytnio odwagi.

— Co jest tam aż tak groźne?

— Jak sama nazwa mówi, wieczna burza. Burza piaskowa, będąc konkretnym. Wiatr jest tam niezwykle porywisty i zrywa się gwałtownie, ilekroć tylko ktoś tam podejdzie. Zupełnie jakby ktoś nim sterował. Dziwne, co nie?

— Można tak powie—

W tym momencie wszystkie rozmowy umilkły. W framudze drzwi stanął wysoki zakapior w wysokich butach z ostrogami, szerokich spodniami w brązowym kolorze i materiałowej, błękitnej bluzce. Rozejrzał się powoli po zgromadzonych w pomieszczeniu, a potem podszedł do stołu, gdzie siedział rewolwerowiec.

— Dobrze cię widzieć, Will — powiedział nowoprzybyły. Nie usłyszał jednak odpowiedzi, więc usiadł naprzeciwko i kontynuował: — Będę miał dla ciebie kolejną robotę. Jak nam się uda, to może i nawet ostatnią. Będziemy bogaci do końca życia.

— Dobrze wiesz, że nie robię tego dla pieniędzy, John. Muszę ci to za każdym razem powtarzać?

— A nie chcesz zasłynąć jako ten, który zdobył Kanion Wiecznej Burzy?

W międzyczasie pozostali klienci zdążyli już opuścić bar, więc została tylko czwórka zawodników — rewolwerowiec, Chmiel, barman i tajemniczy John.

— Co to za typ? — spytał szeptem Jakub barmana.

— Szalonooki John. Taki lokalny szef wszelkich typów spod ciemnej gwiazdy, ciągle są z nim problemy. Słuchaj, nie chcę być niemiły, więc będę delikatny. Im szybciej stąd pójdziesz, tym większa szansa, że dożyjesz jutra.

Chmiel tylko uśmiechnął się pod wąsem. Nie wstał, przysłuchiwał się tylko toczącym się negocjacjom.

— Serio? Znowu zaczynasz?

— Tym razem nam się uda, mówię ci.

— Mówisz?

— Mówię. Już opracowałem cały plan. Potrzebuję tylko twojej pomocy.

— No nie wiem, nie wiem…

— Skoro nie on — włączył się Jakub. — to może ja się dołączę?

— A ty to niby kto? — spytał szalonooki.

— Mów mi Chmiel. Jestem łowcą nagród. Wiesz, błąkam się tu i tam, zbieram co ciekawsze zlecenia… Zależy, na co trafię. Teraz z kolei słyszałem, że w tym całym Kanionie jest coś cennego. Coś, co chcę zobaczyć, może i nawet mnie zainteresuje.

— Interesująca oferta, nie powiem. A skoro Will nie chce, to może—

— Chyba żartujesz. Nie dam się wygryźć żadnemu przybłędzie.

Rewolwerowiec szybko złapał swoją broń w pewny uścisk, załadował magazynek kulami trzymanymi w kieszeni i wycelował w stojącego.

— Póki możesz, idź stąd. Radzę ci to tak długo, jak jestem miły. Chyba że wolisz skończyć wypełniony ołowiem.

— No cóż, w takim razie będę musiał sam zdobyć ten otoczony tajemnicą skarb. To co, do następnego! — Jakub machnął ręką i pokierował się w stronę wyjścia. Usłyszał pierwszy strzał, specjalnie nietrafiony.

— Każdy kolejny krok to kolejna kula. Tym razem jednak nie chybię.

Szabla powoli wytoczyła się z pochwy i unosiła się obok. Jakub postawił kolejny krok, a kiedy kula poleciała w jego stronę, miecz sam go zablokował. Gdy doszedł do wyjścia, magazynek był już pusty, a Widmo w formie strzelby zdołało sparaliżować napastnika przy stole. Na szczęście udało się w ostatniej chwili wstrzymać siłę ognia, dzięki czemu skończyło się na chwilowej nieprzytomności. Efekt pozostawienia narzędzia bez nadzoru. Narzędzia, które z powrotem wróciło na swoje miejsce, na plecach właściciela.

— Co tu się właśnie stało? — powiedział szeryf, który właśnie wszedł do baru.


— Jest to całkiem… ciekawa historia, nawet i spójna to muszę przyznać — powiedział szeryf. — Ale kompletnie niewiarygodna.

Ów funkcjonariusz był mężczyzną sędziwym, jego włosy i wąsy bowiem już mocno posiwiały, dalej jednak mógł cieszyć się bujnością fryzury. Skórę miał mocno opaloną, a oczy czujne i brązowe. Na sobie miał kraciastą, jasnoszarą koszulę, brązową kamizelkę z małą kieszonką, kremowe spodnie, pas z dwoma rewolwerami i ciemnobrązowe buty. Obok niego, na biurku, leżał dodatkowo kapelusz o kolorze podobnym do butów i jasnym pasku oraz przypięta wcześniej do kamizelki złota gwiazdka z napisem Szeryf McDunk.

— Nie rozumiem czemu. Nie mam żadnego powodu, by kłamać. — odparł spokojnie Chmiel.

— Przybłąkałeś się nie wiadomo skąd, rozpytujesz o najgroźniejsze miejsce w promieniu dwudziestu kilometrów, a jak wchodzę do baru, to widzę cię strzelającego do towarzysza w rozmowie Johna.

— Ciężko zaprzeczyć, jednakże to on zaatakował pierwszy.

— Ponieważ?

— Chciałem przejąć jego zlecenie, a potem uznałem, że zrobię to bez czyjegokolwiek kierownictwa. Chciałem ruszyć prosto do Kanionu, ale… no cóż, zostałem złapany.

— To… — szeryf odchrząknął. — Jestem w stanie ci uwierzyć. Znam go na tyle długo, że… nieważne zresztą. Wpłaciłeś kaucję, więc no. Nie mam po co cię tu dłużej trzymać. Jesteś wolny.

— Miło mi to słyszeć i przepraszam za problem.

— Dobra tam… Powiem szczerze. Nawet jestem trochę zadowolony z faktu, że ktoś mu utarł wreszcie nosa. Oby tylko nic wielkiego mu się nie stało.

— Nic się nie stanie, nie trzeba się bać. To nie jest mój pierwszy pojedynek, a od zbędnej krwi na rękach się od dawna trzymam z dala.

— Tsa, mam nadzieję. Przynajmniej tak długo, jak mówimy o moim terenie.

Szeryf wstał i podszedł do okna. Opierając się na parapecie, wyjrzał przez nie na resztkę miasteczka.

— Mogę ci coś powiedzieć coś, tak wiesz, szczerze?

— Skoro musisz. Jednak trochę goni mnie czas, wi—

— Starość mi ostatnio coraz mocniej daje w kość. Stawy bolą, moja szybkość się zmniejsza, jak na przykład gdy sięgam po spluwę, żar coraz częściej powoduje u mnie bóle głowy, no a roboty tylko przybywa.

— W sensie?

— W sensie niby co? Jestem tu szeryfem, cholera jasna! — krzyknął bardziej do siebie niż do Chmiela. — Jestem tutaj tym, który pilnuje porządku w całej tej dziurze. Kiedyś nie było dużo roboty, praktycznie same awantury w barach. Te pijaki ledwo sięgali do kabury, nie mówiąc nawet o stawaniu do pojedynków. A teraz co rusz przybywają kolejni górnicy, kolejni łowcy przygód, kolejni handlarze…

— Znaczy się, wiesz… Z jednej strony to chyba dobrze. Nowi ludzie przybywają, miasto się rozbudowuje, życie społeczne kwitnie, czyż można wymarzyć sobie lepszą sytuację?

— No niby racja, ale to, ile problemów to za sobą niesie, w ogóle nie pomaga.

— Właśnie do tego przechodziłem — zaczął Chmiel. — Wiesz, sam do niedawna zajmowałem się, że tak to ujmę… No wiesz no: Prawo to ja, Jesteś zatrzymany, Nie wyjdziesz z aresztu przez długi czas i tym podobne. Co prawda, w nieco większej organizacji i nieco większej aglomeracji, jednak no. Na początku nie było dużych problemów, wiesz. Ludzie nieczęsto napadali na innych, nawet bójki na ulicy bywały rzadkie. Chyba że w weekendy, wtedy to wiadomo, że to inaczej. Dobra, w każdym razie, zanim odbiegnę od tematu, słuchaj. Kraj ciągle się rozwijał, ludzi przybywało, zbrodni też. Grunt to mieć sojuszników.

— Szkoda tylko, że ja nawet zastępcy nie mam. Są ludzie kompetentni i są ludzie chętni, ale nie ma takich, co są zarazem chętni i kompetentni. Nie chcę ani nikogo zmuszać, a tym bardziej brać byle kogo. Chociaż chyba nie zostawiają mi wyboru… Ewentualnie mam jeszcze jeden.

— Jaki to?

— Leziesz do Kanionu Wiecznej Burzy, racja?

— No tak. Tłumaczyłem to już i myślałem, że się zrozumieliśmy.

— Nie przerywaj mi. Chodzi mi to, że… Legendy głoszą, że to tam ukryta została magiczna lampa. Podobno jest zdolna spełniać życzenia, ale jednocześnie jest niemalże niedostępna. Burze piaskowe są tam tak silne, że praktycznie ma jak tam przejść. Od setek lat nikt tam nie był, głównie przez problemy z myciem się po tym wszystkim.

— Barman mi mówił, że nikt tam się nie zapuszczał przez to, jak groźne to jest.

— Nie wierz mu, to zwykły kłamczuch. Często wmawia nowoprzybyłym różnorakie bajki… — Szeryf przerwał na chwilę i uśmiechnął się do siebie, zamyślony. — Nie to, że mnie to nie śmieszy. Ale no, w kwestii zagrożenia to nic więcej niż typowa burza piaskowa.

— W każdym razie… mam ci tą lampę przynieść, jak już skończysz swój udział w tej akcji, tak?

— Wystarczy mi tylko jedno życzenie. Chcę tylko odzyskać młodość. Tyle mi wystarczy. To tylko środek zastępczy do czasu, aż spotkam kogoś, komu będę mógł zaufać jako następca mojego stanowiska.

Milczenie. Przerwał je dopiero szeryf:

— W każdym razie, możesz to dla mnie zrobić?

Chmiel siedział jeszcze chwilę na krześle przy biurku, po czym wstał i wyszedł bez słowa. Nadeszła najwyższa pora aby zrobić to, co zrobione zostać musiało. Opuszczając miasto, Jakub wymamrotał do siebie:

— Czasem żałuję, że nie mogę tak po prostu pomóc wszystkim… Tego zwyczajnie nie da się zaakceptować w stu procentach. Tym razem robota jest zwyczajnie pilniejsza.


Dwie, może trzy godziny drogi okazały się sporym błędem w szacowaniu odległości. W miasteczku, zgodnie z wieżą zegarową kościoła, zjawił się około dziewiątej i wyjechał godzinę później, a gdy dotarł do szczytu kanionu, zbliżała się wpół do jedenastej.

Teraz stał na samej górze, tuż nad przepaścią. Kanion długi był na tyle, by oba jego końca znikały gdzieś za horyzontem, szeroki był na nawet i dwadzieścia metrów, a głęboki na tyle, że dno było ledwo widoczne. Oszacowanie wysokości od szczytu do samego dołu było trudne przez wiele rzeczy, ale obstawiać można było na spokojnie nawet i z dwieście metrów.

Echa obijały się ciągle o ściany, uciekając na zewnątrz razem z unoszącym się, porywanym przez podmuchy wiatrów drobny, bladozłoty piasek. Pozornie były to zwyczajne szumy przeplatane okazjonalnym świstem, gdy powietrze trafiało na ciasne przeszkody, jednak po wsłuchaniu się… To było jak wycie wielu wilków połączone z litanią potępionych dusz. Jakby ta wyrwa w pustynnej ziemi w swoich ścianach uwięziła wiele dusz w swoich skałach, a teraz ci skazańcy wołają o pomoc, prosząc o ratunek. Czyżby byli to poprzedni śmiałkowie, którzy próbowali ruszyć na podbój tego miejsca? Któż to wie…

— To całkiem, no, spora dziura. Muszę to przyznać, a ja… — urwał Chmiel.

— Coś nie tak? — spytała go Tama.

— Nie! Nie. Wszystko jest dobrze. Po prostu—

— Masz lęk wysokości?

— Skąd ta myśl?

— Ostatnim razem, w Dialterri, też się mocno stresowałeś podczas wspinaczki. Miałeś przed tym silne opory.

— Nie mam żadnego lęku wysokości i mogę ci to udowodnić w tym momencie.

— No to udowodnij. Zobaczymy, kto ma rację.

— Zrobię to w tym momencie, patrz teraz!

Powiedział, po czym skoczył. Kiedy tak leciał, czując, jak powietrze przelatuje pod jego płaszczem. Rozdmuchiwało mu rękawy, rozszerzając je do granic, a tylna część jest wywiewana w górę, za to jego koszulka falowała, w przeciwieństwie do spodni leżących na ugiętych nogach. Kiedy stopy Jakuba zbliżały się powoli do ziemi, złapał szablę w dłoń i wbił ją w kamienną ścianę, powoli wyhamowując. Gdy znalazł się metr nad ziemią i wytracił całą prędkość, miecz wrócił na swoje miejsce na plecach, a jego właściciel spoczął bezpiecznie na ziemi. Otrzepał się z piachu i rozprostował nogi.

— Cóż, dobrze widzieć, że mój mały plan zadziałał.

— Jaki plan?

— Nie mów, że nie miałam tu swojego udziału w przepchaniu twojego strachu na bok.

— Niczego się nie bałem. To tylko zdrowy rozsądek blokował mi mięśnie.

— Powiedzmy. W każdym razie—

— Czas wracać do roboty, zgadzam się.

Rozglądając się po dnie, zauważył tylko jedną interesującą rzecz, głównie przez silny wiatr niosący za sobą pył. Kamienie, które blokowały wejście do tunelu, z którego to głównie wydobywały się podmuchy wiatru. Chmiel zaczął je usuwać przy użyciu siły swoich rąk, kiedy nagle usłyszał głos za sobą:

— Ani kroku dalej.

Odwrócił się powoli. Ujrzał za sobą szeryfa celującego do niego z starego Remingtona. Widocznie postanowił samodzielnie rozwiązać swoje problemy.

— Nie spodziewałem się tu ciebie — powiedział spokojnie Chmiel.

— Twój problem. Prawdę powiedziawszy, aż nieco się zdziwiłem, że mnie nijak nie zauważyłeś, kiedy tutaj szliśmy. Muszę przyznać, że twój skok był efektywny… ale i strasznie głupi.

— Tak swoją drogą, jak ty tu zszedłeś?

— Przez dawno temu wykopany tunel prowadzący na dół. W sumie nie powinienem się dziwić, że go nie zauważyłeś, jest dobrze ukryty i tylko osoby, które znają to miejsce na wylot wiedzą, jak z niego bezpiecznie skorzystać.

— I teraz co planujesz? Zastrzelisz mnie?

— Nikomu nie oddam tego skarbu, nieważne ile mnie to będzie kosztować!

— A jak zamierzasz odsłonić przejście? Jest całe zawalone głazami. Sam nie dasz rady.

— No cóż, może i masz trochę racji, ale teraz—

— Teraz ja, drodzy panowie, pokażę wam, jak się robi prawdziwe wejście w wielkim stylu.

Szeryf szybko dobył swojej drugiej, identycznej spluwy i wycelował w nowoprzybyłego, trzeciego gracza na arenie. Był to sam strzelec William, spotkany wcześniej w salonie. Po paraliżu nie miał już żadnych śladów poza małą blizną na czole. Teraz kierował trzymaną przez siebie broń, wiernego Peacemakera, wprost w głowę szeryfa McDunka. Koło nóg wyborowy strzelec miał mały worek, którego zawartość była chwilowo nieznana reszcie.

— Nie dam żadnemu z was szansy na to, by odebrać moją szansę na sławę. Odbiorę należny mi tytuł za podbicie Kanionu Wiecznej Burzy, a skarb spieniężę razem z Johnem. Nareszcie będzie można wyrwać się z tej dziury i zabrać się za prawdziwy biznes.

W międzyczasie za plecami strzelca pojawiło się Widmo Emisji. Strzelba była kilka metrów za nim i wycelowana została wprost w jego plecy, na wysokości serca. William nie miał żadnej kontry w postaci drugiej broni.

— Chcę tylko spytać, zanim przejdziemy do punktu bez odwrotu… Na pewno nie ma opcji, aby się z tego wycofać? Mogę wam obiecać, jeszcze możecie się wycofać… Chyba że wolicie wybrać niechybną śmierć.

Ani McDunk, ani William nie odpowiedział. Tylko mocniej zacisnęli palce na swoich broniach. Kiedy rozległ się dźwięk odległego bicia dzwonów w kościele zwiastujący nastanie kolejnej, pełnej godziny, zakrzyknęli jednogłośnie:

— A więc w samo południe.

Rozległ się huk kilku strzałów, a potem tylko głuchy pisk w uszach i ciemność przed oczami.

Kiedy Chmiel się ocknął, zauważył, że siedzi pod ścianą. Wstając, poczuł, że coś mocno obtarło się o jego plecy, a na twarzy ma ślad zaschniętej krwi. Poza tym jednak trzymał się w całości. Oko zdążyło odrosnąć. Gorzej jednak sytuacja wyglądała u jego oponentów. Szeryf leżał na ziemi, stękając cicho, dalej ściskając rewolwery w dłoniach. Na nim jednak leżało cielsko Williama. Wyraźnie widoczna była dziura w głowie, a krew, która z niej wypływała, także zdążyła wyschnąć. Chmiel przywołał Widmo na swoje miejsce na plecach, po czym powoli wstał i podszedł do szeryfa. Najpierw wydarł z jego palców pistolety, wyrzucił kule z magazynku w dal, a spluwy schował do torby.

— Niemożliwe! — krzyknął starzec. — Widziałem, jak cię trafiam! Widziałem, jak pocisk przebija twoje oko! Jak kula przelatuje na wylot przez twoją czaszkę! Jak ty to niby przeżyłeś?!

— Mówiąc szczerze, już dużo gorzej mnie urządzano w przeszłości. Mam wiele pamiątek po starych walkach. W każdym razie, posłuchaj mnie teraz. Mam ofertę. Ja z ciebie zdejmę tego trupa, a potem razem odblokujemy przejście do czegokolwiek, co kryje się w tym tunelu, każdy weźmie co jego i się rozejdziemy. Każdy w swoją stronę.

Nie uzyskawszy odpowiedzi, Chmiel przykucnął i spytał, jeszcze raz chcąc odpowiedzi:

— To jak, może tak być?

— A mam jakiś inny wybór? Przyznaję, pokonałeś mnie. Nie mam pojęcia, jak ta twoja latająca strzelba ma aż tak duży odrzut, ale no. Nie będę kłamać.

— To mi wystarczy.

Chmiel ściągnął z szeryfa denata i ułożył go pod ścianą kanionu. Potem pomógł szeryfowi wstać i wspólnie zbadali zawartość worka pozostawioną przez zmarłego — dynamit. Pełno dynamitu. Rozstawili go na ścianie kamieni blokującej wejście, po czym schowali się za jednym z głazów. Lont został zapalony przez pocisk z żaru wystrzelony z Widma Emisji. Rozległ się potężny huk i wielka chmura dymu, która jednak szybko została rozwiana przez wiatr. Czując, jak wicher coraz mocniej wzbiera na sile, Chmiel razem z szeryfem co rusz wbiegli do tunelu, nienaruszonego widocznie przez wybuch.

Przeciskając się po ciasnej, rzeźbionej wieki temu w piaskowcu klatce schodowej dotarli w końcu do głównego pomieszczenia. Wyglądało jak grobowiec wybudowany tysiące lat temu, jednak w jego centrum zamiast sarkofagu albo i nawet zwykłej trumny znajdował się piedestał, na którym stał zmatowiały na powierzchni, złoty wazon.

— Podobno to miała być magiczna lampa — zauważył Chmiel.

— Wiesz, jak to jest z legendami. Ktoś coś przekręci, ktoś coś niedosłyszy… Ważne, że jest. Ciekawe tylko, czy faktycznie spełnia życzenia.

Chmieliński poszedł przodem, musiał jednak szybko się cofnąć, kiedy usłyszał warczenie. Po chwili zza podstawki, na której stał skarb, wyszedł olbrzymi wilk. Wydawało się, jakby jego futro tak naprawdę zbudowane było z okruchów piachu, jego oczy zaś świeciły na biało. Zwierzę nie ruszyło się, jedynie warczało. Gdy tylko Chmiel wziął szablę do ręki, bestia przemówiła:

— Kto pragnie naruszać święty teren spoczynku pradawnego Marykuji, boga wiatrów i władcy burz?

— Oh, więc umiesz mówić. Nie spodziewałem się tego tak do końca, muszę przyznać.

— Z szacunkiem, nędzny człowieku! Rozmawiasz z prastarym strażnikiem tego drobnego przybytku. Odejdź, póki masz okazję albo pokaż, że jesteś czymś więcej niż człowiekiem! Tylko ci z boską krwią mają prawo tutaj stąpać!

W odpowiedzi Chmiel przetransformował Widmo do swojej podstawowej formy i za pomocą lewitacji podsunął je pod pysk wilka. Ten powąchał kryształowe oko, a potem odrzucił je, skacząc w jego kierunku.

— Ten nędzny kryształ nie ma żadnej wartości, której się doszukuję. Ale jednak—

Zwierzę przerwało nagle i zaczęło węszyć po ziemi, powoli podchodząc do Jakuba. Ten stał nieruchomo, nawet kiedy zwierzę stanęło na dwóch tylnych łapach, przednimi opierając się o niego i zaczęło wąchać jego twarz. Potem zszedł z niego, zrobił dwa kroki w tył i powiedział:

— Wybacz, że się tak przeciwstawiłem, o godny. Czyń swoją powinność.

— Dobra psina — powiedział Chmieliński, głaszcząc wilka po głowie. Ten nie protestował, wydawał się wszak bardzo zadowolony z drapania za uchem.

Potem podszedł z złotego wazonu i podniósł go, ważąc w dłoni. Był pusty, a przez to strasznie lekki. Potarł dłonią wazę i powiedział:

— Chcę otrzymać Odłamek Wiatru.

I nic. Potarł jeszcze raz, mocniej i powiedział:

— Chcę, aby szeryf McDunk odzyskał młodość.

Znowu nic. Strażnik odezwał się:

— To nie jest magiczny przedmiot spełniający życzenia, przykro mi. Tylko ozdobna waza, a w niej resztki starego boga.

— W takiej razie wybacz mi futrzaku, ale… To będzie szybkie, obiecuję ci.

Jakub wykonał szybki zamach. Kiedy mlecznobiały kamień wykonywał małe salta w powietrzu, Chmiel wyjął szybko słoik, do którego wpadł świeżo pozyskany Odłamek Wiatru. W czasie lotu widmowe oko zdążyło jeszcze zeskanować pozyskany kryształ. Po sukcesywnej kontaminacji, Chmiel jeszcze ostatni raz dał wilkowi trochę czułości, a potem wraz z szeryfem opuścił grobowiec.

— A więc cała moja nadzieja była złudna — stwierdził gorzko McDunk.

— Możesz zawsze liczyć na to, że w końcu trafi się ktoś, kto spełni twoje kryteria. Chętnie bym cię zastąpił, ale rozumiesz… Muszę wracać na trasę.

— Ta, wiem. Powodzenia.

— Może kiedyś się zobaczymy.

Chmiel poklepał go po ramieniu, a potem odszedł. Wiatr ucichł, a Jakub miał kilka pytań do zadania Tamie. Nadszedł ten czas. Chociaż najpierw, cóż…

— Nie kłamali, piach jest wszędzie — powiedział, palcami przeczesując włosy. — Nie dość, że mam cały łeb do umycia, to jeszcze czuć go w skarpetach, pod koszulką, w kieszeniach i—

— Chyba nie potrzebuję więcej szczegółów.

— Dobrze, że jesteś. Pamiętasz, co mówiłaś mi kilka dni temu, racja?

— Że ci coś wyjaśnię, tylko potrzebuję czasu?

— Tak. Tylko, że doszła jeszcze przynajmniej jedna rzecz. Daj mi tylko kilka chwil… i przejdziemy w końcu do tej rozmowy.


Obozowisko zostało rozstawione nad jeziorem, niedaleko przejścia do kolejnego wymiaru. W skład przejściowego miejsca podróży składało się z namiotu, w którym leżała torba i świeże ubrania oraz ogniska, koło którego leżała paczka z jedzeniem. Puszka fasoli po bretońsku, druga puszka, z zupą pomidorową i rano kupiona bułka. Teraz właściciel tegoż obozu znajdował się w wodzie, zanurzony aż po czubek głowy, razem z gąbką i kostką mydła.

Wyszorowanie z siebie całego pyłu, piachu i potu zajęło solidne dwadzieścia minut. Nawet pomimo użycia Widma Absorbcji do usunięcia większości żaru w promieniu kilka metrów wokół niego, aż do poziomu temperatury pokojowej, Słońce padające na ubranie skutecznie powodowało nieprzyjemne reakcje organizmu. Na szczęście teraz udało się skutków w postaci odoru pozbyć, zastępując je przyjemną, delikatną wonią kwiatów.

Po wszystkim, mógł nareszcie się wynurzyć i wyjść na brzeg. Tam, w cieple ogniska i widoku rozgwieżdżonego nieba, wytarł się i ubrał. Do torby razem z gąbka i mydłem włożył też brzytwę i puste opakowanie po piance do golenia. Podszedł do tafli wody, trzymając wędkę i skrzynkę wędkarską. Uznał, że skoro i tak już najpewniej zostanie tu na noc i długą rozmowę, to przynajmniej skorzysta z okazji i się lekko zrelaksuje.

— Dobra, może miejmy to za sobą. Zanim przejdziemy do twojego wyznania, muszę wiedzieć jedną rzecz. Czemu ten wilk nie zareagował na przyłożony pod jego nos awenturyn, ale powąchał mnie i określił godnym?

— To ma… powiązanie z tym, co chcę ci powiedzieć.

— Tak samo jak to ostatnio, kiedy wykryli u mnie promieniowanie boskości?

— Tak jakby. Słuchaj, tylko daj mi wszystko wyja—

— Tylko pamiętaj, że jak tylko dowiem się, że mnie okłamałaś albo znowu coś zataiłaś, to przy naszym kolejnym spotkaniu zasadzę ci takiego kopa w dupę, że nigdy tego buta nie wyjmiesz.

— To całkiem… konkretna prośba.

— Przejdźmy do rzeczy.

Przez kwiat wydobył się odgłos ciężkiego wydechu, a potem Tama zaczęła:

— Pamiętasz, jak opowiadałam ci o Tadku?

— Kim?

— A, wybacz. Zapomniałam… Nieważne. Chodzi o twojego prapraprapraprapra… ileś tam pra-dziadka, którego spotkałam. Świta ci coś?

— Tak, pamiętam. Mówiłaś, że też miał Widmo i że rodzina to coś więcej niż geny, takie rzeczy.

— Tak, dokładnie o niego chodzi. Twoja ruda koleżanka ci coś o nim mówiła zanim wyruszyłeś? Wspomniałem jej coś i, no wiesz, chcę tylko się upe—

— Nie. Gadaliśmy o, że tak powiem — przerwał na chwilę. — Czymś zupełnie innym. To trochę intymne i nieważne tutaj… chyba.

— Czyli nic nie zdradziła… Tyle dobrego… — powiedziała bardziej do siebie niż do Chmiela.

— Co tam mamroczesz?

— Nic, tylko do siebie mówiłam. W każdym razie, jak możesz się już domyślać, chodzi o twojego dziadka. Wiem, że to może być mylące, ale oszczędzenie sobie ciągłego powtarzania słowa "pra" kilkanaście razy jest więcej niż wygodą.

— Może być forma "p-dziadka". Będzie najprościej. W każdym razie, co z nim?

— Widzisz, um, jak to powiedzieć delikatni—

— Miałaś na myśli "powiedzieć to wprost i mieć za sobą", tak?

Nie odpowiedziała. Potrzebowała kilku sekund na przetrawienie tego i wyprodukowania odpowiedzi.

— Niech ci będzie. Słuchaj, to jest… coś, czego nie powiedziałam ci przy naszym pierwszym spotkaniu. Można powiedzieć, że byłam, um— powiem to inaczej. Podejrzewałam, że może być tak, jak myślę, ale nie miałam pewności. Uzyskałam ją dopiero podczas twoich badań, a dzisiaj się tylko utwierdziłam. Ale najpierw chcę… ostateczny dowód.

— Skąd go teraz wytrzaśniesz?

— Od ciebie. Chodzi o Mistrzowską Absorbcję i Mistrzowską Emisję. Powiedz tylko… Jak odblokowałeś te funkcje w awenturynie?

— Odzyskałem dłoń. W sensie odrosła mi. Tak w skrócie, straciłem ją wiele lat temu i nie mogła odrosnąć wskutek nałożonego zaklęcia. Przez ten czas używałem mechanicznej protezy, bo nikt w Fundacji nie potrafił tego zdjąć. Dopiero po około połowie wieku skonfrontowałem się z osobą odpowiedzialną za czar, a potem w pojedynku uczciwie wygrałem zdjęcie zaklęcia. Ot, cała historia.

— Kiedy tylko dłoń odrosła, natychmiast uzyskałeś dostęp do możliwości mistrzowskich?

Zanim odpowiedział, dokończył golenie się, po czym odłożył sprzęt na bok i zarzucił spławik.

— Tak. Widmo jeszcze powiedziało coś, że naprawiłem go, coś takiego. A potem, no, po prostu zmienił się w miecz.

— Ile czasu wtedy minęło między zdobyciem Widma a odblokowaniem formy miecza i formy strzelby?

— Bo ja wiem? Strzelałbym w osiem, może dziewięć lat. Nie używałem go wtedy aż tak często, służyło bardziej za, że tak to ujmę, "opcję, kiedy wszystko inne zawiodły". Rozumiesz, co mam myśli, co nie?

— Tak… to bez wątpienia znaczy to, co myślałam.

— A co takiego myślałaś?

— Pora, żebyś poznał prawdę. Ogólnie rzecz ujmując, jak to ująć… Z twoim p-dziadkiem łączyła mnie pewna bliska więź.

— Coś jak mnie i ciebie teraz? Wiesz, dowódcę i żołnierza?

— Trochę inna więź. Wiesz, kiedy kobieta i mężczyzna spotkają się i ich serca poczują, że to ten jedyny, to potem—

— Romansowałaś z nim?

— To bardzo… dosadne stwierdzenie, muszę przyznać.

— Dosadne czy nie, ważne, czy jest prawdziwe.

— Generalnie, można tak to ująć. Krótko przed zaczęciem misji zdążyliśmy nawet wziąć ślub, a kiedy wróciłam… No cóż. Wróciłam bez Tadka, ale za to z kimś… mniejszym. Spełniłam jego ostatnią wolę, zanim rozwiązaliśmy cały incydent i… urodziłam, a potem wychowałam jego syna tak, jak mnie o to poprosił.

Jego syna? Chcesz mi powiedzieć, że… Aż tak blisko?

— Aż tak blisko.

— Co się z nim potem stało?

— Wyrósł na wspaniałego męża stanu, założył swoją rodzinę, poszerzał swoje majątki, a ja… powiedzmy, że usunęłam się w cień. Zostawiłam tylko coś na wzór kopii mojego ciała, żeby miał co pogrzebać i testament, a potem zniknęłam z jego widoku.

— Do czego z tym dążysz? Zaraz. Czy to znaczy, że—

— Już zrozumiałeś?

— Tak mi się wydaje. Jakby, nie wiem czy dobrze rozumiem. Czy ty chcesz mi powiedzieć, że jesteś moją p-babcią?

— Tak. Słuchaj, wiem, że to może być ciężkie i szokujące dla ciebie, bo jakby, wiesz… Nie codziennie dowiadujesz się o takich rzeczach. W dodatku, skoro już wtedy od dawna byłam bóstwem, to oznacza- Hej, gdzie ty idziesz?

Chmiel nie odpowiedział. Utrzymywał oko na dystans, nad taflą jeziora, a sam poszedł odgrzać puszkę z fasolą. Siedział tak kilka długich minut. Gdy danie było gotowe do spożycia, ujął pojemnik w grubą szmatę, otworzył ją za pomocą noża i wrócił na miejsce nad wodą, z łyżką, z bułką i z puszką.

— To oznacza co? — spytał, jakby nigdy nic, potęgując ten efekt spożywaniem zawartości blaszanego walca.

— To oznacza, że prawdopodobnie w tobie też płynie pewna część boskiej krwi. Oczywiście, z racji czasu raczej nie aż tak duża, ale… Wiesz, to było za czasów złotej ery twojego kraju, kiedy wszystko się właściwie kształtowało. Ile to by minęło, z trzysta lat?

— No, coś koło.

— No właśnie. Nie jest to aż tak dużo, abyś miał jakieś nadzwyczajne zdolności, ale jednocześnie jest to nie na tyle mało, żeby obdarzone specjalną mocą artefakty na ciebie nie reagowały.

— To znaczy?

— Wiesz, normalnie, żeby osiągnąć Mistrzowską Absorpcję i Mistrzowską Emisję, ludzie potrzebują lat treningu. A tobie wystarczyło odrośnięcie ręki.

— A to, że wilk nie zareagował na Widmo?

— Tutaj cię minimalnie okłamałam, to fakt. Znaczy, inaczej: kryształ ma w sobie pewne pokłady boskiej mocy, ale nie na tyle duże, by było to wykrywalne.

— Czyli w tamtej celi całość promieniowania wykryli ode mnie? — spytał, dojadając resztki fasoli.

— Może nie całość, ale prawie całość.

Odstawił puszkę z łyżką na bok i otarł twarz o ścierkę.

— Więc… Um… Jakieś pytania?

— Nie powinni tego wykryć wcześniej? W sensie, Fundacja ma pełno czujników i ludzi odpowiedzialnych za używanie ich. Nie powinni wcześniej zauważyć wyższego promieniowania Akiva albo coś takiego?

— Tak właściwie, na ile miałeś wzgląd w swoją dokumentację?

— Zostawię to bez komentarza.

— No a poza tym, może twoje ciało samo w sobie nie emituje tego na tyle dużo, by było zauważane jako odchylenie od normy?

— Ta, może tak być. No i może też skupiali się bardziej na odchyleniach w rzeczywistości i te resztki boskości przemilczeli… Ale skoro teraz wiem to wszystko, to znaczy że… — przerwał na chwilę. — M mnie tak potrzebowała?

— Kim była M?

— Nie chcę do tego wracać, więc powiem wymagane minimum: najpierw, jak dobrze wszystko sobie poukładałem, jakoś sprawiła, że dostałem ten wisiorek na mojej szyi, a potem ględziła coś o wielkim planie, do czego jestem potrzebny. Poza regeneracją i nieśmiertelnością dostałem jeszcze manipulację rzeczywistością, ale zniknęła, jak M się zmyła.

— To całkiem możliwe. Skoro Widmo było w stanie pokazać ci tryb Mistrza, kiedy tylko miałeś pełne ciało, to skąd fakt, że ten naszyjnik mógł jakoś wzmocnić swoje działanie. Zniknięcie tej możliwości manipulacji rzeczywistości może wiązać się z jej bezpośrednią ingerencją, ale… Wtedy czemu regeneracja nie zniknęła?

— Kiedy zawarliśmy pakt, regeneracja nie uległa żadnemu wzmocnieniu ani nic, więc no, Może tak być. W sumie jeszcze był ten jeden raz z żetonem od ojca…

— W sensie?

— Dostałem go przed naszym… — przerwał na chwilę. — Ostatnim pożegnaniem. Przekazał mi go jako znak, że zawsze będzie gdzieś tam czuwał, a sama moneta miała dawać mu jego formę nieśmiertelności. Zgodnie z ustaleniami Fundacji, po prostu coś usuwało każdą szansę na śmierć, jako go mogła spotkać. Do czasu. Często go miałem przy sobie, a wtedy wszystko szło… jakby prościej.

— W sensie, uczucie jakbyś miał nad sobą jakiegoś rodzaju patrona?

— Trochę tak. Ale chodzi mi też o tą losowość. Pamiętam, że jak raz miałem wyjątkowo do dupy dzień, to mnie potem odwiedził Grzesiek. Ot, byliśmy umówieni na karty, tyle. Potem jeszcze graliśmy w kości. Pamiętam, że świetnie się grało i strasznie się wkręciłem. I graliśmy w kości. Powiedziałem głośno, już nieco podchmielony, coś w stylu "Proszę, daj mi wygrać tym razem…" i… Poczułem jak ten żeton, jakby… Nie mam pojęcia nawet jak to opisać. Ale jakoś sprawił, że wszędzie wypadła trójka. Rozumiesz? Na ośmiu kostkach ta sama liczba w jednym rzucie.

— Dokąd z tym wszystkim zmierzasz?

— Pamiętam, że raz jeszcze z ojcem gadałem i go spytałem, jak właściwie to wszystko się u niego zaczęło. Odpowiedział coś o wołaniach na pomoc do niebios, żeby dostać szansę na naprawę tego, a potem widział ukradkiem oka, jak ktoś go śledził. Potem noc, obudził się, znalazł żeton i… Cóż, reszta historii. Z kolei kiedy, wiesz… Powiedział, że moc z tej monety zniknęła. Ale tamtego wieczoru coś w niej aktywowała się na nowo. Poczułem to. Myślisz, że… wiesz no, to przeze się na nowo aktywowało?

— Jest to całkiem dobry trop, muszę przyznać… Ale prawdopodobnie musiałabym się przyjrzeć bliżej. Może jak kiedyś będę miała okazję, to uda mi się coś tam zna—

— Ostatnia rzecz — przerwał jej. — Tak właściwie, po co mi to mówisz? Wiesz, nie zrozum mnie źle, ale wątpię, żebyśmy mogli nawiązać jakieś niezwykłe, rodzinne relacje. Jesteś fajną babką i dobrze mi się z tobą współpracuje, ale nie wiem, czy to nie tyle.

— Prawdę powiedziawszy, to i tak więcej niż myślałam, że osiągnę. Po prostu chciałam być szczera z tobą i szczera z samą sobą. To w końcu podstawa dobrej współpracy, racja? Chociaż muszę przyznać, że wydajesz się mniej zszokowany, niż się spodziewałam.

— Jakby no, co mam ci odpowiedzieć? Moje życie ogólnie było dosyć wyboiste i to na tyle mocno, że już dawno nauczyłem się, co znaczy prawdziwe człowieczeństwo. Wiesz, tu nie chodzi tylko o ciało z mięsa i kości albo rzeczy typu zdolność do pokochania innej osoby. To jest coś schowane dużo głębiej. Trzeba to jednak znaleźć samodzielnie. O ile kiedykolwiek znajdę swoje własne…

— To dosyć… No cóż. Muszę przyznać, że piękne słowa.

— Tak, pra-babciu — powiedział, uśmiechając się sam do siebie. Nie musiał widzieć jej twarzy, ale był prawieże pewien, że też się uśmiechnęła.

Pomimo tego, poczuł ukłucie w gardle. Nie był pewien, na ile może znowu zaufać komuś ani na ile może znowu zaufać samemu sobie.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Uznanie autorstwa — na tych samych warunkach 3.0 unported