15.04.2014
— Uważaj na siebie, dobrze? — odezwał się kobiecy głos w słuchawce.
— Oczywiście, kochanie — odpowiedziałem. — Zostało nam jakieś pięć minut do strefy wykluczenia, muszę kończyć. Nie czekaj na mnie, wrócę pewnie dopiero nad ranem.
— Wiesz, że i tak będę — zaśmiała się cicho.
— No… Z zamkniętymi oczami — rzuciłem żartobliwie.
— To nieprawda! Mh… — w słuchawce zabrzmiało skrzypnięcie materaca. Monika musiała obrócić się na drugi bok. — Kocham cię — dodała w końcu, niemal szeptem.
Uśmiechnąłem się lekko.
— Ja ciebie też.
Przez chwilę słuchałem, jak jej oddech powoli się uspokajał.
— Śpij dobrze, słońce — powiedziałem cicho.
Odpowiedziało mi tylko niewyraźne „mhm”. Musiała już spać, więc postanowiłem zakończyć połączenie i wyłączyć komórkę. Następnie schowałem ją do kieszeni.
Odchyliłem się na tylnym siedzeniu samochodu, powoli wypuszczając powietrze, i spojrzałem przez okno. Nad nami ciągnęło się granatowe niebo poprzecinane ciężkimi, szarymi chmurami, między którymi rozlewały się smugi ciemnej czerwieni i ostrej żółci. Słońce dogasało już przy horyzoncie, chowając się za falującą linią pól. Cienie pojedynczych drzew przesuwały się po asfalcie długimi pasami, a monotonny szum opon i ciche warczenie silnika wypełniały wnętrze auta.
Po mojej prawej siedział siedemnastoletni chłopak o krótkich, lekko kręconych brązowych włosach i opadającej grzywce. Miał na sobie ciemną marynarkę oraz spodnie w tym samym kolorze. Na jego dłoniach widniały cztery czarne punkty — po dwa na każdej. Telefon trzymał luźno w rękach, wpatrując się w ekran z wyraźnym znudzeniem i przesuwając kciukiem kolejne wiadomości bez większego zainteresowania.
— Pana żona? — zapytał spokojnie, odkładając telefon i spoglądając przez okno.
— Ta. — Rozciągnąłem się lekko.
— Tak w ogóle to — zacząłem po chwili — nauczyłeś się już regeneracji?
— Hę? A… no, no nie. — Skrzywił się lekko. — Po prostu jakoś tego nie czuję.
Na ten moment potrafił leczyć taumaturgicznie tylko drobne rany, i to bardziej instynktownie niż świadomie.
— Michał, ty wiesz, że to już trochę trwa nie? Na razie to tylko to cię blokuje…
— Wiem! — przerwał mi i odwrócił głowę w stronę szyby. — Ale pan też wie, że u mnie nawet takie rzeczy wchodzą ciężko.
Zamilkł na chwile, przesuwając wzrokiem po mijanych polach.
— A poza tym — burknął — i tak jestem lepszy od całego departamentu. Grawitacyjną ogarniam najlepiej ze wszystkich.
Jedną z wad Taumaturgicznych Technik Grawitacyjnych była na pewno sama potrzeba zrozumienia jej. Niestety bardzo mocno było to widać na Michale. Sam mózg utrudniał próby nauki wszystkiego innego.
Westchnąłem lekko.
— Naprawdę nie będę ci mówił, co masz robić, ale… Hm, po prostu chcę dla ciebie jak najlepiej, okej?
Michał zamknął na chwilę oczy.
— Wiem… — powiedział cicho i oparł skroń o szybę. — Chociaż czasami może byłoby łatwiej, jakby pan to po prostu powiedział.
Przez kilka chwil siedział cicho. Jego wzrok przesunął się z odbicia w szybie na drogę przed nami, gdzie kopuła gęstej mgły znajdowała się już prawie przed nami.
— Jezu… — odezwał się. — Ale mgła.
Odblask policyjnego lizaka sprawił, że się powoli zatrzymaliśmy. Na poboczu stał szaroniebieski Mercedes Sprinter, a za nim dwóch policjantów. Jeden z nich ruszył w naszą stronę.
— Dobry wieczór, Starszy aspirant Dzik. Znajdujecie się na granicy strefy objętej stanem wyjątkowym — urwał, gdy kierowca bez słowa podał mu dokumenty.
— Proszę się nie martwić, sami swoi, operatorze — odezwał się spokojnie.
Operator zerknął do środka. Gdy nas dostrzegł, jego oczy rozszerzyły się odrobinę.
— Ach… to wy — mruknął, po czym skinął głową. — Naprawdę, szacunek za robotę, którą wykonujecie. Wypuściliśmy kilka dronów w głąb strefy. Wszystkie zostały zestrzelone przez jakąś energie jakby wybuchy czy coś. Mgła zaczyna się rozrzedzać, im bliżej wioski jesteście. Do zabudowań macie około dwóch kilometrów. Tam widoczność powinna być już… znośna.
— Dziękujemy — odpowiedziałem.
Operator cofnął się o krok.
— Niech Bóg ma was w swojej opiece.
Po tych słowach samochód ruszył. Chwilę później świat za szybą zniknął, a my zanurzyliśmy się w gęstej mgle, która połykała drogę metr po metrze.
Im bliżej byliśmy wioski, tym bardziej mgła się przerzedzała. Zbite ściany ustępowały miejsca pojedynczym smugom ciągnącym się nad asfaltem i polami.
— Hm… — mruknąłem po chwili — Może z jakieś sto metrów widoczności?
— Mhm — mruknął Michał.
Wyjrzałem przez okno. Po obu stronach drogi ciągnęły się kolumny drew, a ich korony stapiały się z ciemniejącym niebem.
— Panie Konradzie? — odezwał się nagle Michał. Jego głos był cichszy niż zwykle.
— Tak? — odpowiedziałem od razu, nie odrywając wzroku od krajobrazu.
Przez chwilę nic nie mówił. Zauważyłem kątem oka, jak zaczął się wiercić na siedzeniu. Telefon zniknął, dłonie spoczywały nieruchomo na kolanach.
— C-Chciałbym… — zaczął i urwał — Chciałbym mieć kiedyś rodzinę. — Westchnął — Ja, em… nie wiem czemu tak nagle o tym mówię, ale, no…
Odwróciłem głowę w jego stronę. Moja noga zaczęła lekko podskakiwać.
— Będziesz miał rodzinę — odpowiedziałem odruchowo, niemal ucinając temat.
Michał spojrzał lekko na mnie. Jego oczy były lekko zmrużone.
— A skąd może pan to niby wiedzieć? — mruknął z bladym, niewesołym uśmiechem.
— Bo…
— Kurwa! — krzyknął kierowca.
Opony zapiszczały, samochód szarpnął w bok i natychmiast skręcił w przeciwną stronę. Ciało wbiło mnie w siedzenie, pas napiął się na klatce piersiowej.
— Co jest?! — krzyknąłem.
— Człowiek… Ruszył się!
— Co… Kurwa zatrzymaj się!
Hamulce zapiszczały ostro, metalicznie, jak widelec szorujący o talerz, aż w końcu samochód stanął. Drzwi otworzyły się niemal jednocześnie; razem z Michałem wyskoczyliśmy na drogę. Rozejrzałem się. Mgła była tu już rzadsza. Po prawej stronie drogi stał znak z nazwą miejscowości, przekrzywiony, jakby ktoś próbował go wyrwać z ziemi. Przed nami majaczył pierwszy z nielicznych budynków — niski dom, ciemny, z oknami wlepionymi w drogę jak puste oczodoły.
— Krew — powiedział Michał, marszcząc lekko brwi.
Jego palec wskazywał asfalt. Pod naszymi stopami ciągnęła się ciemna, nieregularna smuga prowadząca dalej w dół drogi. Ruszyliśmy po wilgotnej nawierzchni, aż smuga doprowadziła nas do źródła. Ciało. A raczej to, co z niego zostało.
Mężczyzna leżał na brzuchu, próbując się czołgać, jakby jeszcze nie zrozumiał, że nie ma czym. Obie nogi kończyły się tuż poniżej kolan — albo raczej urywały się w poszarpanych kikutach. Skóra była rozdarta na strzępy, mięśnie rozerwane i odsłonięte. Między nimi bielały kości, połamane, wystające pod nienaturalnymi kątami. Krew sączyła się powoli, pulsując przy każdym ruchu, zostawiając pod nim śliską, czarniejącą kałużę. Z gardła wydobywał się chrapliwy, mokry jęk.
— Jezu… — wyszeptał Michał.
Poczułem, jak żołądek gwałtownie mi się ściska. Cofnąłem się o pół kroku, gardło zapiekło, a ślina nagle stała się gęsta i kwaśna. Przez moment byłem pewien, że zwymiotuję. Widziałem już zmasakrowane ciała. Widziałem ich za dużo. Ale ciało zniszczone w taki sposób, a mimo to wciąż żywe, było czymś innym. Zapach krwi uderzył we mnie dopiero po chwili. Zacisnąłem zęby, żeby nie stracić kontroli nad oddechem.
Michał stał jak sparaliżowany. Jego twarz była blada, oczy szeroko otwarte w przyćmionym świetle. Ręce miał opuszczone wzdłuż ciała, palce lekko drżały, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Mężczyzna poruszył głową. Jego oczy odnalazły nas natychmiast.
— Z-Zabijcie mnie… — wychrypiał. — P-Proszę…
Przełknąłem ślinę.
— O-Ona… — kontynuował, głos załamywał się przy każdym słowie. — Ta dziewczyna…
Z jego ust wyrwał się zduszony szloch.
Michał odwrócił głowę, jakby to było za dużo. Sięgnąłem odruchowo do pustej kabury przy pasie. Przekląłem w myślach. Moje palce same ułożyły się w kształt pistoletu, po czym uniosłem dłoń. Wciągnąłem chłodne powietrze, aż poczułem je w płucach. Zatrzymałem oddech.
Błysk.
Wystrzał.
Głowa mężczyzny uderzyła o asfalt, a światło zgasło tak szybko, jak się pojawiło.
— Przepraszam — powiedziałem cicho.
Zapadła cisza.
Wiatr przesuwał się między domami chłodnymi, nierównymi podmuchami, poruszając trawą i gałęziami drzew rosnących przy drodze. Wioska była cicha. Gdy wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy dalej pieszo, kroki, które robiliśmy wydawały się, nienaturalnie głośne. Im głębiej wchodziliśmy między zabudowania, tym trudniej było odwracać wzrok. Ciała leżały wszędzie - przy płotach, na podjazdach, pośrodku drogi. Niektórym brakowało kończyn, inni wyglądali tak, jakby coś rozszarpało ich na żywo i zostawiło dokładnie tam, gdzie upadli. Krew ciągnęło się po ziemi długimi smugami, wsiąkając w mokrą ziemię między domami.
— On ich… N-Nie zabijał — odezwał się Michał. Jego głos był cichy, pozbawiony tej pewności, do której zdążyłem się przyzwyczaić.
— Okaleczał ich — dopowiedziałem krótko.
Nieliczne latarnie, dawno po latach swojej świetności, rzucały blade, migotliwe kręgi światła na drogę. Ciemność między nimi była głęboka, lepka, a słabe odbite światło księżyca ledwie ją rozrzedzało. Zapach uderzył mnie dopiero po chwili. Ciężki, metaliczny i mdlący. Wiedziałem jednak, że to dopiero początek. Ciała były jeszcze świeże. Gorsze miało dopiero nadejść.
Trask!
Ciszę przeciął nagły metaliczny huk. Oboje natychmiast odwróciliśmy się w jego stronę.
— Co do… — zaczął Michał, głos załamał się w pół słowa.
— Spokojnie — odezwałem się natychmiast stanowczo, ale ciszej niż zamierzałem.
Po tej stronie drogi stał niewielki, stosunkowo nowoczesny budynek. Nad szeroko otwartymi drzwiami wisiał szyld z zieloną żabą, jaskrawy i świecący, niepodobny do miejsca, w którym się znajdował. Wnętrze tonęło w półmroku przerywane mrugającą co jakiś czas świetlówką.
— Myślisz, że… — Michał zawahał się, zerkając na mnie.
— Możliwe — przerwałem mu, nie spuszczając wzroku z drzwi.
Gdy przekroczyliśmy próg, natychmiast uderzyło w nas ciepłe, niemal duszne powietrze. Towarzyszyło mu ciche buczenie wentylacji oraz zapach warzyw, owoców i sklepowej chemii — wonie zwyczajne, wręcz kojące po tym, co czekało na zewnątrz. Przez chwile miałem wrażenie, jakbyśmy weszli do innego świata, oderwanego od krwi, ciszy i śmierci. Jedna z długich półek leżała przewrócona na podłodze, a wokół niej panował chaos: porozrzucane puszki, kartony, siatki z warzywami, wszystko bez ładu, jak po nagłym, brutalnym przerwaniu codzienności.
Wtedy usłyszeliśmy ciche szlochanie dochodzące z tyłu sklepu. Na krótką chwilę spojrzeliśmy na siebie, po czym ruszyliśmy powoli między dwoma regałami, które wciąż jeszcze stały. Ostrożnie. Krok za krokiem. Pod butami chrupało drobne szkło, więc instynktownie stawialiśmy stopy wolniej, ciszej.
Na końcu alejki siedziała skulona przy ścianie młoda dziewczyna. Płakała cicho, z twarzą częściowo schowaną między ramionami. Brązowe włosy miała związane niedbale w luźny węzeł, z którego wysuwały się pojedyncze kosmyki. Jasna, krótka koszulka odsłaniała całe jej ramiona, a dół materiału był poplamiony krwią. Ciemna spódnica, rozdarta przy jednym kolanie, była ubrudzona kurzem i pyłem. Zatrzymaliśmy się niemal jednocześnie.
— To… — Michał urwał, przełykając ślinę — To może być ona? — wyszeptał, napięcie w jego głosie było wyraźnie słyszalne.
Nie odpowiedziałem od razu. Rozmawialiśmy wcześniej o możliwym opętaniu, ale teraz w mojej głowie mieszały się już zupełnie inne myśli. Może była po prostu ostatnią osobą, która przeżyła. Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na nią w ciszy. Żadne z nas nie chciało zrobić pierwszego kroku. W końcu dziewczyna przestała szlochać. Powoli uniosła głowę i spojrzała w naszym kierunku.
— Uch — przetarła nos wierzchem dłoni. — K-Kim… Kim jesteście?
Pociągnęła nosem, a jej głos był zachrypnięty od płaczu.
Spojrzałem na Michała. On na mnie. Obaj byliśmy kompletnie zbici z tropu.
— My… — zacząłem.
— M-Michał? — wyszeptała nagle.
Powietrze jakby zgęstniało, a oczy Michała rozszerzyły się gwałtownie. Cofnął się o pół kroku.
— S-Skąd… — Oddech mu zadrżał.
Dziewczyna patrzyła na niego tak, jakby zaraz miała się rozpaść. Jakby go błagała o coś, ale sama nie wiedziała jeszcze o co. Zrobiliśmy krok w tył.
— Co ty…
— Muszę — Wstała, po czym machnęła nadgarstkiem.
Michał poleciał w regał, jakby ktoś wyrwał go z miejsca. Plastik i szkło eksplodowały wokół niego.
Drugie machnięcie.
Trzask!
Fragment sufitu runął w dół, grzebiąc go pod sobą.
— Kurwa! — krzyknąłem, unosząc dłoń. Za wolno. Zniknęła. Pojawiła się za mną w tej samej chwili.
Uderzenie w tył głowy było twarde i czyste — bez bólu, tylko nagłe zgaszenie światła.
Leżałem na zimnym betonie.
Kiedy otworzyłem oczy, przez chwilę widziałem tylko rozmytą szarość. Niebo wisiało nisko nad światem, ciężkie od poszarpanych chmur przesuwających się powoli jedna pod drugą. Powietrze było wilgotne i zimne, pachniało nadchodzącym deszczem. Podniosłem dłoń do twarzy i przetarłem oczy, próbując odzyskać ostrość widzenia. Głowa pulsowała tępym bólem, a myśli zbierały się powoli, jakby ktoś rozlał je w wodzie i kazał mi wyławiać je z powrotem.
Unosząc się do pozycji siedzącej, poczułem chłód betonu przeszywający ubranie aż do skóry. Przez chwilę siedziałem bez ruchu, pozwalając wiatrowi uderzać mnie w twarz. Był niespokojny. Szarpał włosami, wciskał się pod kołnierz i niósł ze sobą głęboki, jednostajny szum fal rozbijających się gdzieś w oddali.
Dopiero wtedy spojrzałem przed siebie. Po lewej stronie ciągnęła się mokra od wilgoci balustrada balkonu, a za nią rozpościerało się morze. Ogromne i niemal czarne. Księżyc przebijał się przez rozdarcie w chmurach, zostawiając na wodzie wąską smugę bladego światła. Daleko na horyzoncie, pośród fal i mgły, wystawały dwa ciemne kształty przypominające zniszczone wieże albo wraki. Stały nieruchomo jak pozostałości czegoś dawno zapomnianego.
Wiatr nasilił się nagle i przeciągnął przez balkon głuchym podmuchem. Metalowa barierka zadrżała cicho, a gdzieś nade mną chmury przesunęły się, odsłaniając kolejny raz na moment blady księżyc.
Dopiero wtedy ją zauważyłem. Młodą dziewczynę.
Stała kilka kroków przede mną. Jej sylwetka była nieruchoma, prawie zlana z nocą. Włosy poruszały się lekko na wietrze, ale ona zdawała się tego nie zauważać. Patrzyła gdzieś w bok. Śledziła coś, czego ja jeszcze nie mogłem zauważyć.
Kiedy w końcu się poruszyła, zrobiła to powoli. Odwróciła głowę w moją stronę. Jej oczy były głęboko niebieskie, niemal nienaturalnie jasne w tej ciemności. Pod nimi ciągnęły się cienie – nie takie jak po nieprzespanej nocy, ale głębsze, jakby cień należał do czegoś, co patrzyło z wnętrza.
— Gdzie jest Michał? — zapytałem cicho.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Przez moment stała zupełnie nieruchomo, jakby nie była pewna, czy w ogóle powinna się odwrócić. Potem jej ramiona nagle zadrżały. Powoli osunęła się na ziemię i oparła plecy o metalową balustradę. Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i ukryła twarz w dłoniach.
— N-Nie chciałam… — wyszeptała, a jej głos prawie zginął w szumie wiatru — Ja… nie…
Słowa urwały się, zanim zdążyły się ułożyć.
Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu. Nad nami chmury przesunęły się znowu, zasłaniając księżyc. Światło na wodzie zgasło, a morze stało się jeszcze ciemniejsze.
— To ty ich wszystkich zabiłaś? — zapytałem cicho.
Nie odpowiedziała.
— Dlaczego to zrobiłaś? — zapytałem w końcu, ciszej niż wcześniej.
Jej palce zacisnęły się na materiale spódnicy. Usłyszałem cichy, nierówny oddech. Siorbnęła lekko nosem.
— M-Musiałam… ja…
— Czemu?
Przez moment wydawało mi się, że w ogóle nie odpowie. Jej barki uniosły się powoli przy wdechu.
— Zmusił mnie — wyszeptała.
Podniosłem lekko głowę.
— Kto?
Jej usta lekko się rozchyliły. Widziałem, że próbuje odpowiedzieć. Przez krótką chwilę wyglądała, jakby chciała wyrzucić z siebie wszystko naraz. Nagle jednak napięła żuchwę, a drżące wargi powoli się zamknęły. W jej oczach pojawiło się coś innego. Strach albo opór. Jakby coś od środka zaciskało jej gardło i nie pozwalało wydobyć ani słowa.
— N-Nie mogę — wyszeptała po chwili ledwo słyszalnym głosem — Zabronił mi.
Po tym zdaniu opuściła głowę jeszcze niżej. Czasami tylko cichy szloch przerywał ciszę. Minęło kilka długich sekund. Morze uderzało gdzieś o skały, a wiatr przesuwał się po balkonie, szarpiąc jej i moimi włosami.
— Przyjęłam pakt — powiedziała w końcu chwiejnym głosem, jakby każde słowo ważyło zbyt dużo. — Obiecał mi… że mój chłopak wróci.
W gardle poczułem suchość.
— Co się z nim stało? — zapytałem.
Dziewczyna drgnęła.
— On…
Słowo zawisło w powietrzu. Mrugnąłem. Kiedy otworzyłem oczy, coś leżało na ziemi tuż przed nią. Kuchenny nóż. Brudne ostrze było całe pokryte świeżą głęboko czerwoną krwią. Dziewczyna zobaczyła go dopiero po chwili. Jej oddech urwał się nagle, a ramiona zesztywniały, jakby całe ciało próbowało cofnąć się szybciej niż było w stanie. Palce zacisnęły się na betonie. Patrzyła na nóż bez mrugnięcia, z ustami lekko rozchylonymi, ale wciąż nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Dopiero wtedy mój wzrok powoli przesunął się wyżej, na jej ręce.
Siniaki.
Wcześniej ich nie widziałem. Niektóre były stare, żółtobrązowe. Inne jeszcze świeże, czerwono-niebieskie. Rozlane na skórze jak plamy atramentu. Poczułem, jak zimny pot spływa mi powoli po plecach.
— Nie chciałam! Ba… Bałam się! — wyrzuciła z siebie nagle.
Oparła głowę o balustradę i odchyliła ją do tyłu, zamykając oczy tak mocno, jakby chciała odciąć się od wszystkiego. Wpatrywałem się w nią w bezruchu. Moje nogi stały sztywno. Nie potrafiłem wydobyć z siebie ani jednego słowa. Nie czułem się tak od dawna.
— B-Było ich dwóch…
Zgięła się w pół.
— Ach!
Przechyliła się i upadła na bok, jakby zabrakło jej siły.
— Prze… Przepraszam…
Jej głos był ledwo słyszalny. Zrobiłem pół kroku i zatrzymałem się. Nie mogłem do niej podejść. Chciałem jej pomóc, ale nie mogłem. Przynajmniej nie teraz. Przez kilka następnych sekund dziewczyna leżała na boku w bez ruchu, oddychając ciężko. W końcu chwyciła drżącą dłonią balustradę i powoli podniosła się na nogi.
Jej oczy były teraz przekrwione, szeroko otwarte i puste.
— Nie chcę tego… a-ale… — Jej dłoń drgnęła. — Muszę.
Wyprostowała dwa palce. Jej paznokcie w palcu wskazującym i środkowym zaczęły się wydłużać. Powoli. Cienkie, twarde, błyszczące w nikłym świetle. Rosły dalej, aż osiągnęły długość ostrza noża. Po chwili złączyły się ze sobą, tworząc jedno cienkie, proste ostrze.
Serce uderzyło mi mocniej. Natychmiast sięgnąłem do kabury. Nie zdążyłem. Poczułem jak coś gwałtownie się rozszerzyło, nie jak zwykły wybuch, lecz nagłe odwrócenie ciężaru świata. Powietrze zadrżało, ziemia uciekła spod stóp, a niewidzialna siła wbiła się we mnie z potężną mocą, momentalnie wybijając oddech z płuc. Świat obrócił się gwałtownie. Nad sobą zobaczyłem ciemne, ciężkie chmury przesuwające się nad morzem. Rozrywający ból przyszedł sekundę później, rozchodząc się po całym ciele. Potem obraz zaczął się rozmazywać, dźwięki przycichły,, a ja straciłem przytomność.
Kiedy w końcu odzyskałem przytomność, po całym ciele rozlał się ból. Leżałem na mokrej, zimnej ziemi. Przez chwilę nawet nie próbowałem się ruszyć. Oddychałem tylko płytko, jakby każdy wdech mógł rozbić mnie na kawałki. W końcu spróbowałem poruszyć lewą ręką. To był błąd.
Z gardła wyrwał się cichy jęk. Moje ramię było złamane. Nie musiałem go nawet oglądać, żeby to wiedzieć. Każdy najmniejszy ból rozchodził się po całym ciele jak fala.
Spróbowałem otworzyć oczy szerzej. Obraz falował i rozmywał się, jakbym patrzył na świat spod cienkiej tafli wody. Przez chwilę widziałem tylko światła i cienie. Moja głowa opadła powoli na bok. W stronę sklepu. Albo tego, co z niego zostało. Zobaczyłem coś.
Sylwetkę.
Unosiła się w powietrzu pośrodku pustej, wybitej przestrzeni budynku. Nieruchoma. Jej dłonie były złączone przed sobą jakby w spokojnym, niemal ceremonialnym geście. Widziałem tylko kontury. Ciemniejsze niż cień, wyraźne na tle zniszczonego wnętrza.
Mrugnąłem. Zniknęła.
Przez moment pomyślałem, że to tylko moja głowa. Powoli obróciłem ją w drugą stronę. Kilka metrów ode mnie była dziewczyna. Wciąż na nogach. Czy w ogóle coś jej się stało? Mrugnąłem ponownie. Sylwetka pojawiła się tuż za nią. Sekundę później rozbłysło światło i rozległo się głuche uderzenie.
Jej ciało wygięło się w nienaturalny łuk. Oderwała się od ziemi i poleciała do przodu, lekka i bezwładna jak rzucona zabawka. Zniknęła we wnętrzu budynku. Sekundę później ziemią wstrząsnął głuchy huk.
Drżenie przebiegło przez ziemię pod plecami. Dźwięk rozpadł się w biały, ogłuszający szum, a powieki opadły mi same.
Poczułem ciepło pulsujące na klatce piersiowej. Nieregularne, drżące, ale dziwnie kojące. Powoli otworzyłem oczy. Obraz był zamazany i rozciągnięty, jakby świat wracał do mnie kawałkami.
— U-Udało się? — Michał wypuścił powietrze i zaśmiał się nerwowo — Jezu, serio, udało się!
Mrugnąłem kilka razy, próbując złapać ostrość. Jego twarz była blisko. Oczy miał szeroko otwarte, jakby jeszcze chwilę temu był pewien, że już po mnie.
— Zatrzymałem taumaturgią krwawienie… chyba — dodał szybciej, jakby musiał się upewnić sam przed sobą. — Niecałkowicie, ale powinno trochę zmniejszyć ból.
Spróbowałem przełknąć ślinę. Gardło miałem suche jak papier. Poruszyłem się minimalnie, poprawiając ułożenie ciała. Natychmiast pożałowałem – ból rozszedł się po żebrach ostrą falą. Ale było trochę lepiej.
— Dzięki… — wydusiłem w końcu.
Michał skrzywił się lekko, odwrócił wzrok na krótką chwilę, po czym prychnął cicho i machnął ręką.
— Nie ma za co. I tak moja wina. Przestrzeliłem z zasięgiem… Dałem za duży promień masy ujemnej. Dlatego ciebie wyrzuciło.
Zamknąłem oczy na krótką chwilę i powoli wypuściłem powietrze. Próbowałem ułożyć fakty w całość, ale za każdym razem dochodziłem do tego samego wniosku. Powinienem był wtedy zginąć.
— Ona — zacząłem, czując, jak język robi się ciężki — przyjęła pakt z demonem.
Michał spojrzał na mnie natychmiast, ostro, już zupełnie przytomny.
— Po co?
— Jej chłopak…
Huk przeciął zdanie jak nóż. Obaj odruchowo odwróciliśmy głowy. Jeden z większych fragmentów zawalonej ściany przesunął się z chrzęstem i runął na bok, wzbijając w powietrze kurz i popiół. Z pyłu wyłoniła się kobieca sylwetka. Szła powoli, chwiejnie, jakby każdy krok wymagał od niej walki z własnym ciałem. Jedna ręka zwisała jej bezwładnie, złamana w kilku miejscach, kołysząc się nienaturalnie przy każdym kroku. Oczy miała zapadnięte, podkrążone i kipiące gniewem, bólem i czymś jeszcze, głębszym, pełnym głodu.
Michał niemal od razu poderwał się na nogi, przyjmując pozycje do walki.
Dziewczyna zatrzymała się na chwilę. Spojrzała na swoją rękę. Uniosła zdrową dłoń i złapała za zwisającą kończynę i szarpnęła. Dźwięk był krótki. Mięśnie napięły się pod skórą, kości przesunęły, jakby ktoś cofał całe ciało do wcześniejszego stanu. W kilka sekund ręka wróciła na swoje miejsce. Prosta i sprawna. Michał parsknął krótko, rozkładając ręce, jego głos lekko rozluźniony.
— Serio? Naprawdę chcesz się jeszcze bić?
Powietrze wokół niego zaczęło lekko drżeć. Poczułem znajome, ciężkie napięcie, energia zbierała się w jego ciele i promieniowała.
— N-Nie mam wyboru… — odpowiedziała w końcu cicho.
Z dwóch paznokci lewej i prawej dłoni sformowały się ponownie ostrza, po czym nie czekając ani chwili dłużej dziewczyna ruszyła.
Skróciła dystans niemal natychmiast. Pierwsze cięcie przeszło przez powietrze tuż przed twarzą Michała, drugie poszło w brzuch, przecinając tylko jego marynarkę. Ruszył do przodu i opadł na prawe kolano, wślizgując się pod jej ramieniem, a jego lewa dłoń dotknęła płasko jej brzucha.
— Ujemna — szepnął.
Błysk był krótki, ale ostry. Dziewczyna krzyknęła, jakby ktoś wyrwał jej powietrze z płuc i poleciała do tyłu, uderzając plecami w jedno drzewo, potem w drugie. Zsunęła się po korze na ziemię. W lewej dłoni Michała została dziura, która zaraz zaczęła się zamykać. Cztery czarne kropki, pozwalały mu ustalić epicentrum masy ujemnej — teraz zostały już tylko dwie.
Wstał i od razu skierował dwa palce w ziemię. Grunt zadrżał, po czym wyrwały się z niego zbite, twarde bryły kamienia. Jednym ruchem posłał je w jej stronę. Dziewczyna zdążyła tylko skrzyżować ręce przy głowie. Kamienie uderzyły z głuchymi trzaskami, rozcinając jej skórę i mięśnie, ale rany zaczęły się niemal od razu zamykać.
Michał był już przy niej. Szybki lewy sierpowy.
— Ujemna.
Błysk. Uderzenie nie tyle ją trafiło, ile wyrwało z miejsca. Poleciała z powrotem w moją stronę, koziołkując w powietrzu. Michał nie przestawał — pistolet w dół, w górę, zaciśnięta pięść, zamach.
Świst.
Z ziemi wyrwała się zbita kula skały i wystrzeliła jak pocisk, trafiając ją w bok i odrzucając jeszcze dalej. Dziewczyna uderzyła o ziemie i potoczyła się po niej kilka metrów, zostawiając za sobą ciemny ślad w mokrej trawie.
Michał wsunął ręce do kieszeni i ruszył w jej stronę spokojnym, równym krokiem, przeskakując po drodze nad dziurą w ziemi, z której wyrwał kule. Dziewczyna zatrzymała się dopiero kilka metrów dalej. Przez moment tylko leżała, stękając cicho. Potem zaczęła się podnosić, powoli, bardzo powoli. Michał zatrzymał się kilka metrów przed nią i spojrzał na swoje dłonie. Został mu już tylko jeden czarny punkt.
— Dlaczego chcesz mnie zabić? — krzyknął. — Przecież tu chodzi o mnie, ta?
— N-Nie mogę… — wyjęczała, ledwo stojąc. Kołysała się na nogach. Worki pod oczami miała już prawie czarne, jakby nie spała od tygodni, ale rany na jej ciele prawie całkowicie zniknęły. To musiał być jej limit.
Michał przychylił lekko głowę.
— Hę?
Dziewczyna, tracąc równowagę upadła na mokrą ziemię i niemal odruchowo chwyciła parę kamieni. Rzuciła pierwszym. Potem drugim i następnym. Kamienie odbijały się od Michała — od ramienia, klatki piersiowej, policzka — ale nawet go nie zatrzymywały.
— Serio? — prychnął kpiąco, nawet się nie zasłaniając.
Kolejny kamień uderzył go w bark. Następny przeleciał obok głowy. Dziewczyna odsuwała się coraz bardziej, podpierając się jedną ręką o ziemię, jakby ciało już ją ledwo słuchało. Michał zwolnił. W jego oczach nie było już napięcia.
— To wszystko?
Dziewczyna zacisnęła zęby. Pomiędzy kolejnymi rzutami nagle złamała dwa wydłużone paznokcie lewej ręki. Zamachnęła się. Pierwszy przeleciał obok lewej strony jego głowy. Drugi minął prawą. Michał nie drgnął.
Huk.
Dwa gwałtowne huki rozdarły powietrze tuż przy jego uszach. Powietrze zadrżało, a Michał odruchowo skulił ramiona.
— AGH! — krzyknął, momentalnie łapiąc się za uszy.
Pisk był nie do zniesienia.
Dziewczyna ruszyła. Ostatkami sił, chwiejnie, ale szybko. Oczy Michała rozszerzyły się, próbował złączyć ręce.
Świst.
Cięcie.
Lewa dłoń spadła na ziemie.
Świst.
Drugie cięcie przecięło twarz przez lewe oko. Michał runął na ziemie. Dziewczyna natychmiast usiadła na nim okrakiem i bez wahania wbiła prawe ostrze w gardło. Jego krzyk urwał się natychmiast jak odcięty nożem. Ciało napięło się jeszcze na sekundę, po czym ręka Michała opadła bezwładnie na ziemię.
— U-Udało si-się — wyszeptała do siebie, powoli wyciągając ostrze z jego gardła.
Nagle wygięła się w pół i zwymiotowała obok jego głowy. Długo i ciężko, jakby razem z odruchem wymiotnym uchodziły z niej strach, ból i resztki siły, która trzymała ją dotąd na nogach. Kiedy w końcu przestała, przez chwilę tylko klęczała nad nim, dysząc ciężko. Dłonie jej się trzęsły. Ostrza na palcach zadrżały i zaczęły się powoli cofać, jakby nie miała już siły ich utrzymać.
Była wykończona. Ledwo utrzymywała się na rękach, żeby nie przewrócić się na jego ciało.
— S-Spełniłam… — wyszeptała cicho. — Zrobiłam, co kazałeś…
Spojrzała na jego twarz. Na jego otwarte, nieruchome oko. Na krew, która nagle przestała wypływać z jego ran. Minęła sekunda. Wtedy jego klatka piersiowa poruszyła się minimalnie. Jak drgnięcie ciała, które powinno być już martwe. Dziewczyna patrzyła na niego. W jej oczach pojawiło się coś między szokiem a przerażeniem.
— Ty — wyszeptała.
Drżącą ręką uniosła ostrze. Bardzo powoli, jakby ważyło kilka kilogramów. Ustawiła je nad jego twarzą, celując w mózg.
W tym momencie prawie nieświadomie uniosłem rękę. Palce wyprostowały się same i wycelowałem w jej kierunku.
Promień wyrwał się z moich palców gwałtownym błyskiem, rozrywając powietrze ostrym hukiem. Uderzył ją w bok, odrzucając ciało na ziemie.
Opadłem. Świat wirował. Coś długiego i ciemnego wysunęło się z jej ciała i wpełzło w ziemię. Cienie pod oczami dziewczyny powoli pobladły.
Straciłem przytomność.
17.04.2014
Ciche jednostajne pikanie aparatury wypełniało mały, biały pokój szpitalny z jednym łóżkiem przy ścianie. Ja siedziałem na krześle obok. Nie wiedziałem, już jak długo tam byłem. Michał leżał nieruchomo. Oddychał spokojnie. Wyglądał, jakby po prostu spał. Tylko przewody i zimne światło monitorów przypominały, że to coś innego. Lekarz powiedział, że jego ciało jest już wyleczone. Że zużył zbyt dużo energii. Że to normalne. Skinąłem wtedy głową.
Odchyliłem się lekko na krześle i oparłem głowę o ścianę. Była chłodna. Nawet przyjemna. Wzrok sam powędrował ku sufitowi. Moje myśli tylko wracały uparcie. Spojrzałem znowu na Michała i na krótką chwilę to nie był on. Zobaczyłem Monikę.
— Nie chcę — wyszeptałem cicho — żeby ona stała się Pneumaturgiem.
Po jakimś czasie drzwi otworzyły się cicho. Ktoś wszedł do środka spokojnym krokiem. Otworzyłem ponownie oczy. Stał przy łóżku, patrząc na Michała. Podobne rysy, te same włosy, tylko trochę dłuższe. Przez chwilę nic nie mówił.
— Pan Konrad? — zapytał w końcu.
— Tak — odpowiedziałem cicho.




